Gość: mysiak
IP: *.gazetaolsztynska.pl
22.07.02, 17:09
Ciężko mi o tym pisać, ale postanowiłam podzielić się z
wami moim problemem. Może znajdzie się ktoś, kto
szczerze doradzi, spojrzy się na sprawę obiektywnie,
podtrzyma na duchu lub realistycznie przyłoży między
oczy ;)
Mam 27 wiosen (powinnam chyba napisać jesieni, bo
urodziłam się w porze pożółkłych liści), skończyłam
studia, pracuję. Słowem: jestem samodzielna. 2,5 roku
temu poznałam fajnego chłopaka. Zakochaliśmy się w
sobie, mieszkamy razem od 2 lat (wynajmujemy
mieszkanie). Mój mężczyzna pojawił się w trudnym
momencie mojego życia, właśnie leczyłam rany po
nieudanym, krótkotrwałym lecz wyjątkowo bolesnym
związku. Kuba był jak opoka, pomimo moich początkowych
drastycznych zmian nastrojów - nie zniechęcił się. Był
cierpiliwy, aż przełamał lody. To wrażliwy facet z
charakterem :)
Przechodzę do sedna mojego problemu. 1,5 roku temu mój
Kuba stracił pracę. Na początku podchodziłam do tego w
sposób naturalny: nic się nie stało (ta praca nie była
szczytem marzeń), jest okazja by rozejrzeć się za czymś
nowym, atrakcyjniejszym. Miesiące mijały, Kuba dostał
"kuroniówkę" i jakoś to wszystko biegło torem spokojnym
i pełnym nadziei. Po pierwszym szoku zaczął składać
podania, CV - ale bez większego powodzenia. To zaczepił
się gdzieś na 2-3 mies., to siedział w domu i czekał na
mnie z obiadem (lubi gotować). Głupio się przyznać, ale
na początku ta sytuacja nawet mi pasowała. Miałam go w
końcu tylko dla siebie (wcześniejsza praca pochłaniała
nawet 12 godz.). Cieszyliśmy się sobą, żyliśmy
oszczędnie - ale bez większych zawirowań.
Wiadomo, że teraz trudno o pracę - przynajmniej w tym
regionie, gdzie mieszkamy. Tym usprawiedliwiałam całą
sytuację. Rozumiałam też Kubę, bo sama byłam w podobnej
sytuacji 3 lata wcześniej. Dodawałam mu otuchy, chociaż
muszę przyznać, że szukanie pracy szło mu coraz bardziej
opornie. Latem ub. roku Kuba pracował w firmie handlowej
2 mies. Właściciel jednak zwinął interes. Jałmużna od
pana Kuronia skończyła się i... naszedł krach. Jakoś to
wytrzymywałam, ale w tym miesiącu zaczęło coś we mnie
pękać...
W czerwcu tego roku Kuba zaczął pracować jako
przedstawiciel handlowy, ale po prostu go oszukali
(firma wydawała mi się podejrzana od początku, ale on im
zaufał) i zarobił w czerwcu 250 zł, a w lipcu... 70 zł
(!).
PROBLEM:
Od trzech miesięcy ledwie wiążemy koniec z końcem.
Utrzymujemy się tylko z mojej wypłaty. Ja płacę
rachunki, dopłacam mu do opłat za mieszkanie, dałam 350
zł na jego zaoczne studia, 100 zł na paszport (bo może w
sierpniu wyjedzie do Niemiec zbierać jabłka). Sytuacja
jest taka, że pod koniec mies. nie starcza nam już na
nic. Ze swojej wypłaty muszę spłacać także kredyt
studencki, więc wypłukujemy się do czysta.
Ciężko haruję, wzięłam dodatkowe obowiązki na umowę
zlecenie, by zarobić więcej. Jestem zmęczona,
przygnębiona i... zaczęłam poważnie zastanawiać się nad
naszą przyszłością...
Kocham Kubę (jest młodszy o 3 lata), nie wyobrażam sobie
bez niego życia - tylko gdyby była ta praca i te
pieniądze. Wtedy moglibyśmy zaplanować wspólną
pszyszłość, zaręczyć się, założyć rodzinę. A tak...
kolejna sprawa, która mnie boli. Brak pierścionka
zaręczynowego, konkretnych planów co do przyszłości.
Wszystko rozmywa się o jakieś "gdzieś-kiedyś". Może i
jestem tradycyjną gąską, ale... ten pierścionek tak mi
się marzy... Po 2,5 letnim związku mogę chyba o tym
porozmyślać, prawda? A tu nic :(
Wiecie jak to jest. Przyjaciółki zapraszają na śluby,
młodszy brat właśnie się zaręczył. Rodzina podpytuje: "A
kiedy wy?". A ja tylko wzruszam ramionami. Tak bym
chciała, ale...
Kuba ma wiele zalet i wad - nikt nie jest ideałem,
ale... to, że nie potrafi znaleźć pracy i jest
praktycznie od 2-3 mies. na moim utrzymaniu - dobija
mnie psychicznie. Z jednej strony tłumaczę sobie, że dla
miłości nie liczą się pieniądze. Że daję, bo kocham. Z
drugiej strony mam do niego coraz większy żal - o to, że
nie może zabrać mnie do kina, że znowu nici z
wakacyjnego wyjazdu w Beskidy, że przestał się starać.
Raz jestem upierdliwa i złoszczę się na niego za byle co
(wystarczy byle pretekst, a mi już wszystko się
przypomina), innym razem mam wyrzuty sumienia i staram
się mu wynagrodzić moje humory...
Lipiec 2002. To chyba jeszcze nie ostateczna granica,
ale jest mi już bardzo ciężko. Czy miłość może umrzeć z
powodu braku pieniędzy? Pracy? Co robić?!!!
Czekam na Wasze opinie i z góry dziękuję.
mysiak