Dodaj do ulubionych

SYNDROM OPUSZCZONEGO GNIAZDA

03.09.02, 22:24

Troche na przekór wątkowi "ON znowu wyjechal z mamuśką" powiedzcie
mauśki "wyfruwających piskląt" jak to znosicie? Ja zawsze głosiłam poglądy,że
dzieci się nie ma dla siebie i należy szybko przeciąć pępowinę .I dalej
głoszę.Chociaż trochę mi smutno jak w moim gnazdku co raz mniej zostaje po
pisklętach,jeszcze jakieś piórko,jakieś świecidełko .....i odlatują .Jest
pustawo i takie głupie uczucie,że nie trzeba już codziennie gotować obiadu.
A z drugiej strony jestem bardzo szczęśliwa,że ktoś jszcze kocha moje
dzieci.Dlatego nie bardzo rozumiem matki nienawidzace partnerów swoich
pociech.Przecież dziecko właściwie się wychowuje dla nich tych którzy je
pokochaja takie jakie my je ukształtowałysmy m.innym.Zapraszam do rozmowy na
ten temat
Obserwuj wątek
    • iwa.ja Re: SYNDROM OPUSZCZONEGO GNIAZDA 03.09.02, 22:40
      Powiedziałam dzisiaj córce przez telefon, że ugotowałam grzybową i może
      wpadnie. Też ugotowała grzybową, więc nie wpadła. Nie jest mi z tym ani dobrze,
      ani źle. Życie. Troche jeszcze z inercji dopytuję, martwię się. Ale... mam
      wieczory dla siebie, mogę pójść do kosmetyczki zamiast do garów. Saldo? Teraz
      ja! I nawet mi to pasuje...
    • Gość: inka_sama Re: SYNDROM OPUSZCZONEGO GNIAZDA IP: *.poleczki.dialup.inetia.pl 03.09.02, 22:42
      Moje pisklaki są jeszcze bardzo malutkie.
      Przede mna wiele lat zanim wyfruna z gniazda. Choc przeciez od samego początku
      to wyfruwanie gdzies krazy... Pierwsze kroki do mamy i ... pierwsze ucieczki na
      spacerze. Pierwsze wyprawy dookoła piaskownicy, pierwszy dzień w przedszkolu,
      szkole... Jeśli rodzice - nie tylko matki! - rozsądnie podchodza do tych
      kolejnych kroków - i oni i ich dzieci są szczęśliwsze w życiu.

      Niestety - choć ja miałąm szczęście do mądrych rodziców - widzę wokół siebie
      wiele osób-dzieci którym rodzice wyrzadzili krzywdę wiażąć je do siebie.
      To ogromny temat.
      Ciesze sie że są ludzie którzy maja świadomość że dzieci nie sa ich właśnością.
      jak się poczyta listy na forum i porozgląda wokół siebie zaczyna sie wątpić że
      tacy normalni są większością....
      Znacie tekst: matke masz tylko jedną a żon możesz mieć kilka? Wygłoszony przez
      matkę do syna na jego weselu?...

      Mamosz - twoje dzieci mają fajna mamę!
      i_s
    • mamosz Re: SYNDROM OPUSZCZONEGO GNIAZDA 03.09.02, 22:52
      To prawda,że nareszcie ma sie trochę czasu tylko dla siebie,i chyba to jest
      dobra postawa,zamiast płakać,że ich nie ma.. porobić coś na co się nigdy nie
      miało czasu (to szczególnie w przypadku samotnych matek jest ważne) ja
      np.poszłam sobie na studia podyplomowe i mam duzo frajdy chyba wiecej niz
      podczas normalnych studiow.To nie znaczy,że kontakty sie urwały nie, ale teraz
      jest ich czas szukania sobie swojej niszy i chyba trzeba to uszanować.
      A żeby nie bylo tak rzewnie to pytam po raz drugi TYLKO dlaczego do cholery JA
      musze ciągle wychodzić z psami?! I nie mowcie mi że to "dla twojego zdrowia
      mateczko" Kocham moje psy ale dlaczego tylko jaaa? :O
      • iwa.ja Re: SYNDROM OPUSZCZONEGO GNIAZDA 03.09.02, 23:02
        a myślisz, że kto chodzi 4 razy dziennie na spacerki z moim ogonem? Oni już
        mają swoje życie, a mnie został pies (no, nie tylko). Pocieszam się, że: a.
        pies mnie kocha i b. od spacerów cztery litery nie mają szans urosnąć.
        Tylko nie za bardzo mi się podoba chłopak córki. Ale to jej sprawa. Teraz ona
        lepi swoje życie.
        • default Re: SYNDROM OPUSZCZONEGO GNIAZDA 04.09.02, 11:32
          A ja zmieniłam gniazdo, pozostawiając pisklę w tym starym.....Ale to jej wybór,
          nie chciała się z nami przeprowadzić i teraz jakoś mi głupio i nijako...Wpadam
          do starego mieszkania na chwilę po pracy, podrzucam jej jakieś zakupy, czasem
          coś ugotuję - i lecę do nowego domu. A ona zostaje sama i twierdzi, że jest jej
          dobrze, żebym się nie martwiła. Wiem, że czasem nocuje u niej jej chłopak,
          zresztą ona tego nie ukrywa. Lubię go, choć w głębi serca wolałabym żeby był
          bardziej energiczny, zaradny, wyższy, przystojniejszy....No ale to jej chłopak,
          nie mój.
          No i w ten sposób zostaliśmy sami...Może nie trzeba było się godzić na jej
          pozostanie w starym mieszkaniu, po prostu je sprzedać albo wynająć i zmusić ją
          do przeprowadzki z nami? Ale myślę sobie, że takie rozwiązanie więcej by szkody
          niż pożytku przyniosło, a ona w końcu jest (formalnie) dorosła, niech się uczy
          samodzielności. Tylko czemu ja się nie umiem przyzwyczaić do życia osobno....
          • iwa.ja Re: SYNDROM OPUSZCZONEGO GNIAZDA 04.09.02, 11:38
            Zupełnie tak samo napiszę pewnie za rok. Tak samo. Ale, Default, gryź się w język, ile razy zechcesz córce
            powiedzieć cokolwiek na temat jej chłopaka. Był na to czas, kiedy ona miała 15 lat, już nie teraz! Bo przejdzie do
            opozycji. Lepiej gryźć się po cichu... A ze sprzątania po cichu, robienia dla niej zakupów, prania itp. też zrezygnuj - to
            już jej zycie. I nie czuj się sama - bo nie jesteś. Masz córkę. Serdecznie pozdrawiam
            • default Re: SYNDROM OPUSZCZONEGO GNIAZDA 04.09.02, 13:25
              Nie, ja nigdy nie robię uwag na temat jej chłopaka. Zresztą naprawdę go lubię i
              przyzwyczaiłam się do niego (to już ponad dwa lata).
              Natomiast nie potrafię opanować tych opiekuńczych gestów typu zakupy czy
              sprzątanie. Wczoraj jak zobaczyłam podłogę w łazience, to ręka mi sama
              poleciała po szmatę, chociaż powinnam to olać - w końcu to ona tam teraz
              mieszka, nie ja. No, ale to lata przyzwyczajeń. W każdym razie próbuję się
              oduczać :)
              Pozdrawiam,
              def
              • Gość: Olrunn Re: SYNDROM OPUSZCZONEGO GNIAZDA IP: *.szeptel.net.pl 04.09.02, 14:13
                Nie wiem...mozliwe, ze ta sprawa była juz poruszana, ale mimo to.
                Mieszkam jeszcze z rodzicami. Starszy brat wyfrunął już z gniazda, całkiem
                niedawno. Niedługo urodzi się jego pierwsze dziecko. Mam jeszcze jednego brata.
                Jest w ostatniej klasie liceum. Ja za rok skoncze studia. I wszystko byłoby
                cudowne gdyby nie mój tato. W zeszłym roku wyznał, że ma kochankę i nie kocha
                mojej mamy. To był dla nas dramat. Mama przeżyła załamanie nerwowe.My razem z
                nią. Nie wiedzieliśmy jak sobie dać radę z mamą, jej lękami, depresją.Ale
                staraliśmy się. Dopiero teraz odstawiła proszki i poszła na terapię. Trzymam za
                nia kciuki. Ojciec ciągle z nami mieszka, pomaga czasem, ale jego obecność nie
                wpływa na nas i na mame najlepiej. Tato chyba przestał upokarzać mamę od czasu
                jak nakrzyczałam na niego. Jesteśmy uzależnieni od niego finansowo. On się nie
                wyprowadzi i żyje w dwóch domach. W pewnym sensie to wina mamy, bo ona nie
                zgadza się na sprzedaż domu i kupno dwóch mieszkań. Namawialiśmy ją na to, ale
                to na nic.
                Mama cieszy się, że będzie wnuk. Czasem płacze, gdy mój brat wraca do siebie z
                żoną. Mieszkają w innym mieście. Robi się jej po prostu smutno.
                Ja często zamykam sie w swym pokoju lub po prostu wychodzę z domu. Źle się w
                nim czuję, gdy jest tato. Mama raz przypadkiem żaliła się na to. Więc zostałam
                w domu, ale nie mogłam dłużej. Ciocia (siostra mamy) skrytykowała mnie, że nie
                pomagam mamie, że wychodzę z domu. Mówiła, że powinnam posiedzieć z mamą. Sama
                jednak rzadko nas odwiedza choć mieszka osiedle dalej, bo jak mówi obecność
                szwagra ja drażni. A mnie nie?
                Mama coraz częściej mówi, żebym znalazła sobie w końcu jakiegoś chłopaka, żebym
                wyszła za mąż i żebym z mężem i z nią zamieszkała w domu. Mówi to niby w
                żartach, ale wiem, że ona bardzo by tego chciała. Czasem napomykam , że nie
                chcę mieszkać w tym domu, że się wyprowadzę, ale czynię to rzadko, żeby jej nie
                sprawiać bólu i wtedy, gdy jest dużo ludzi i ona ma akurat dobry nastrój.
                Nie mam chłopaka,i nie chcę robić nic na siłę. Zawsze myślałam, że gdy
                opuszczę dom, to zostawię kochających się rodziców. wierzyłąm, że będę mogła
                być o nich spokojna, wiedząc, że są razem. A teraz? Ojciec zburzył mi Tą wizję.
                Nie wiem jak wyjść z domu, gdy on tam zostanie.Boję się o mamę. On nie kocha i
                nie szanuje jej. Z kolei młodszy brat jest kochany, ale to trudny i bardzo
                zbuntowany chłopak. ciągle mam jakieś poczucie winy, że nie robię wszystkiego
                jak trzeba. Wszyscy mi mówią, że nie mogę żyć życiem mojej mamy. Ale jak to
                zrobić? Jak to pogodzić?
                Pozdrawiam
                Olrunn
    • xkropka Re: SYNDROM OPUSZCZONEGO GNIAZDA 04.09.02, 14:19
      No to jeszcze nalezy sie wam, drogie mamusie, analiza sytuacji z drugiej
      strony. Ja dom opuszczalam stopniowo - najpierw dwa lata dojezdzalam na rozne
      kursy i wyklady do Warszawy, teraz juz tam mieszkam i pracuje, mam swoje M-2.
      Pamietam swoje boje z mama o to, by pozwolila mi zostac w Wwie na dluzej w
      czasie sesji i nie domagala sie tak mojego powrotu. Byly argumenty, ze ma duzo
      pracy w domu, ze jestem jej tam potrzebna, ze w Warszawie to sie obijam, ze
      lepiej bedzie mi sie uczyc w domu itp. Potem wyprowadzilam sie na stale,
      dopiero niedawno dowiedzialam sie, ze rodzice mieli ciezkie obawy wypuszczajac
      mnnie mala, biedna, sama do tej okropnej Warszawy, ale poradzilam sobie. Moja
      mama tez sobie radzi z prowadzeniem domu beze mnie. Dwa lata po mnie
      wyprowadzil sie od rodzicow moj brat i zostali tam sami (z kotem).
      I tu dopiero zaczely sie schody - okazalo sie, ze moja mama oprocz zajmowania
      sie domem i nami nie miala zadnych zainteresowan. Kiedy jej mowilam, zeby
      zajela sie czyms, co ja interesuje, ze ma teraz czas na wlasne zycie,
      twierdzila, ze jej zycie to my. Zamiast cieszyc sie, ze radzimy sobie sami, bez
      koniecznosci ciaglej pomocy od rodzicow, robila mi ciezkie wyrzuty, ze nie
      informuje jej o wszystkim, co sie w moim zyciu dzieje i ze nie sprawdzam, co
      robi moj brat. Ciezko jej bylo przyzwyczaic sie do mysli, ze doroslam i ze
      potrafie sama podjac decyzje. Mama obraza sie na mnie, kiedy mowie, ze do domu
      rodzinnego przyjezdzam na "goscinne wystepy", a ja po prostu szanuje ich
      prywatnosc i nie czepiam sie np. o to, ze zabrala z "mojego" dawnego pokoju
      stolik, ktory bardzo lubilam...
      Pewnego razu powiedzialam mamie wprost, ze nie bede spowiadac sie z kazdej
      glupiej sprawy, ktora mi sie przydarza, i ze jak cos waznego sie stanie, to
      rodzice beda wiedzieli pierwsi. Tej zasady sie trzymam.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka