onlyju
03.01.06, 16:01
Piekna, inteligentna, dobra, interesujaca, madrzejsza od niego, zaradna,
niezbedna. Przy niej czul sie lepszy, wartosciowy, kochany. Byla czula,
namietna, kochana, tulila, glaskala, czytala mu ksiazki, pisala mu wiersze,
odeszla. Do innego. Nie uniosl jej. Nie zdolal utrzymac. Czujac sie gorszym,
ciagnal ja w dol, nie wspieral rozwoju, choc wlasnie to w niej kochal -
wieczne dazenie do sukcesu, do osiagniec.
Drugi ze zlota. Bardzo do niej podobny. Zafascynowany nia, jej osiagnieciami
i nieustanna wspinaczka. Wsparl ja, dal jej nowe raki do tej wspinaczki
niezbedne, ciesza sie soba i kochaja dziko. Podobni. Wybuchaja, bywa, ze nie
panuja nad zloscia, wsciekaja sie w tym samym czasie. Marza o sobie i
przepadaja... jemu ciazy jej przeszlosc, jej - przeszlosc, ktora on ma za
soba. "Byli" ciagle obecni. W slowach, w myslach, we wspomnieniach. Ale
nieistotni.
Najistotniejsza wzajemna fascynacja. Milosc, ktorej nie da sie przeliczyc.
Heroina, ktora oboje lapczywie zazywaja, pozostala czesc tygodnia spedzajac
na glodzie.
Dzien dobry - mowia sobie co rano. Oczy nie widza, serca bija, strach
narasta, pewnosc coraz wieksza: to ten! to ta!
A skad walka? Skad strach, ze jesli tak strasznie podobni, zniszcza sie
nawzajem? Skad destrukcja? Czy Jung mial racje? Czy wymiana energii - nawet
negatywnej pomiedzy nimi, jest wazna? Oczyszczajaca? A jesli wymieniaja w
wiekszosci wylacznie negatywna energie - swoje obawy o ten zwiazek, strach,
lek, wscieklosc...