Dodaj do ulubionych

Zakochany w bulimiczce

IP: *.157.51.6.Dial1.Washington1.Level3.net 22.10.01, 16:03
Byla kiedys taka sytuacja. Dziewczyna z bulimia poznaje faceta. On nie wie o
bulimii i zakochuje sie po uszy. Mowi, ze jest piekna i cudowna a ona czesto
ni z gruszki ni z pietruszkie placze. Potem on dowiaduje sie o bulimii i
probuje jej pomoc. Pilnuje jej zeby nie rzygala, zabiera na silownie, na
spacery. Ona w ogole nie pozwala mu sie dotknac. Nie ma nawet o mowy o
seksie. On wreszcie odchodzi gdy ona idzie na terapie. Ona mysli, ze to przez
te lekarstwa, ktore przepisal jej doktor. Mysli , ze on odszedl bo nie chce
byc z dziewczyna na prochach itd.
Co o tym mylicie?

To jest historia kogos kogo znam. ale nie moja. Wiec prosze nie zaczynac
watkow, ze Anna26 to porzucona bulimiczka, bo reklamy juz nie potrzebuje. Ale
wrocmy do zagadnienia... Z poczatku ocenialam tego faceta bardzo zle, ze tchorz
i mieczak, psychotropow sie przestraszyl bla bla. Powinien o nia walczyc i
chorobe przegonic. A teraz po wielu latach i wielu przeczytanych ksiazkach z
psychologii i po artykule w ostatnich Obcasach o Anecie-bulimiczce mysle, ze on
jej zrobil przysluge odchodzac. Nie zostal az ta jej bulimi stanie sie czescia
ich zycia. Kopa jej dal i to takiego, ze dziewczyna uznala, ze nic jej nie
pozostaje tylko sie wyleczyc a nie powtarzc te same rytualy samoczyszczania i
potem wyplakiwac sie na jego ramieniu.

Nie wiem co sie dzieje oobecnie z ta kobieta ani z tym facetem. Mam nadzieje,
ze oboje sa zdrowi i szczesliwi i z daleka od siebie bez zalu.

Ale bardzo bym chciala poznac Wasza opinie na ten temat. Prosze nie zrozumiec,
ze ja kaze uciekac facetom od bulimiczek itd. Nie promuje tego. Po prostu
chyba wreszcie po tych ostatnich Obcasach rozumiem, ze niektore choroby czy
nalogi sa zbyt duzym ciezarem dla partnerow. I oni wtedy odchodza...nie
dlatego, ze sa tchorzami, ale dlatego, ze sa TYLKO ludzmi i juz moze nie maja
sily.

Any comments? Jesli to Wasza historia, to wypowiedzcie sie pod innymi
nickami. Obiecuje, ze nie bede dochodzic who is who.
Obserwuj wątek
    • Gość: sebo Re: Zakochany w bulimiczce IP: 220.20.200.* 22.10.01, 16:58
      Tak króciutko.
      Mówisz ciężarem.
      A może szansą by pokazać swoją dojrzałość?
      Z konieczności skróciłem trochę myśli, wrócę do tematu jutro.
      Dajesz przykład bulimki. A jeśli któreś ma bagaż innego rodzaju?
      Ludzie są w różnych sytuacjach, bardzo różnych w życiu.
    • Gość: mariposa Re: Zakochany w bulimiczce IP: 195.94.213.* 22.10.01, 16:58
      Czesc Anno!

      znowu mi mrowki przeszly po plecach. ten problem nurtuje mnie od dawna.

      przyjmijmy pewne zalozenie: upraszczajac mamy JA, JEGO i PROBLEM (nie wazne -
      bulimia, anoreksja, depresja, nerwica, alkoholizm, bezsennosc czy bezplodnosc)

      ON sie w NIEJ zakochuje, ale NIE WIE o PROBLEMIE. ONA nic nie mowi, bo juz
      dawno nie smiala sie tak szczerze i nie przytulala tak ufnie. za nic na swiecie
      nie chcialaby tego stracic, JEGO stracic. ale PROBLEM JEST, nie zniknal. jak
      dlugo ON sie nie domysli? dopoki nie pojada razem na wakacje, nie zamieszkaja
      razem, nie wezma slubu?

      PROBLEM sam nie zniknie. ON bedzie chcial JEJ pomoc. nie rzuci JEJ przeciez w
      takim momencie, bo nie jest OSTATNIA SWINIA.
      ale ON nie potrafi JEJ pomoc, traci cierpliwosc, nie tak mial wygladac ten
      zwiazek!!!

      ON odchodzi. albo ONA ucieka. czuje sie winna. przeciez to JEJ PROBLEM wszystko
      popsul.

      a PROBLEM nie znika. sam nie zniknie. JEJ sie wydawalo, ze kiedy sie zakocha,
      wszystko bedzie inaczej, ale zycie to nie jest bajka...

      ON ma wyrzuty sumienia, ale juz nie wytrzymuje i odchodzi.

      czy mozna Go winic? NIE.

      w takim razie ONA jest winna. sama sobie zgotowala taki los, bo ma PROBLEM.

      czy tak Anno?

      czy ludzie z PROBLEMEM nie maja prawa wciagac INNYCH? powinni zamknac sie w
      samotnosci, dopoki ich PROBLEM istnieje i probowac samemu sobie poradzic?

      tylko, ze potem ten mur chroniacy INNYCH przed PROBLEMEM rosnie i rosnie i z
      czasem jest juz tak wysoki, ze nie widac zza niego innych ludzi, potem domow,
      pozniej drzew... i juz nigdy nie da sie kompletnie zburzyc tego muru.

      czy na to zasluzyla sobie Bulimiczka???

      • Gość: Anna26 Re: Zakochany w bulimiczce/Mariposo IP: *.244.215.28.Dial1.Washington2.Level3.net 22.10.01, 19:13
        Blagam Cie nie mysl, ze ja tutaj chcialam winic Bulimiczke. To nawet nie o
        bulimie chodzilo tylko w ogole o jakis problem. Bulimie podalam jako
        ilustracje, bo przeczytalam ten artykul o Anecie i jej ojcu i przypomniala mi
        sie kupela ze studiow i jej chlopak.
        Wtedy gdy ona sie u mnie wyplakiwala to najlatwiej bylo winic FACETA.
        A dzisiaj po latach JEGO bym na pewno nie winila. JEJ tez nie. Winilabym
        PROBLEM. Ale jak napisalas problemy same nie odchodza.
        Co ten chlopak mial zrobic? Zostac z nia i pilnowac zeby nie wymiotowala. I
        tak przez 6 miesiecy, 9 miesiecy, rok. Wtedy gdy ona mi o tym powiedziala to
        wytoczylam goraca mowe typu: "on sie bal probelmow i jakikolwiek problem by to
        nie byl, to on by nie sprostal bla bla"
        A On moze sprostal by jakiemus innemu problemowi ale akurat TEMU nie sprostal.
        Wiec winic jego? Moze Inny Facet by sprostal? To nie byla dziewczyna
        zdesperowan, ktora w tym wlasnie zerwaniu widziala koniec swita.
        Nie wiem, moze on zerwal z nia bo jej nie kochal na tyle by to znosic?
        Co on mial zrobi? Co on mogl zrobic? Moze lepiej, ze ja zostawil zanim
        wszystko przeniesliby na wyzszy poziom wplatujac w to sex i jeszce pare innych
        rzeczy. Pytam o to, bo nie wiem.

        Dziewczyny, jesli macie jakis problem, bulimie czy cokolwiek innego, to nie
        myslcie, ze ja to pisze by Wam dokopac albo cos. Po prostu chodzi o to bysmy
        tutaj doszli do jakiegos wniosku jak radzic sobie w zwiazku gdy jest ON i ONA i
        PROBLEM.
        • Gość: kwieto ON, ONA, PROBLEM IP: *.ipartners.pl 22.10.01, 22:44
          Nie wiem...

          Ale interesuje mnie kilka rzeczy:

          Czy ONA walczyla z problemem zanim ON sie w niej zakochal?
          Jaki byl stosunek JEJ do NIEGO w trakcie terapii? - Podejrzewam, ze wmawiala mu, ze jest
          beznadziejna, ze on jest taki dobry, a ona taka zla bo choruje... To takie luzne
          przypuszczenia.
          W pewnym sensie sama jest sobie winna. Nie chce wydawac tutaj na nia wyroku, bo to nie
          o to chodzi. I nie chodzi o to, ze jest sobie winna, bo ON odszedl, ale jesli juz, to dlatego,
          ze zachorowala. Sproboje wytlumaczyc o co mi chodzi.

          W jakiejs ksiazce z zakresu psychologii przeczytalem kiedys tekst, ktorego sens byl mniej
          wiecej taki: "Za wszystko co Ci sie przydaza, to TY jestes odpowiedzialny". Czyli, jesli
          upadne i zlamie noge, to w pewnym sensie sam chcialem ta noge zlamac. Wiem, ze to
          brzmi niewiarygodnie, ale gdy zanalizowalem swoje przypadki, nieszczesliwe milosci,
          rozczarowania, choroby - wlasciwie w 99% procentach sie zgadza! Bo na przyklad chcialem
          aby rodzice sie mna czesciej zajmowali - buch do lozka, choroba i wszyscy biegaja dookola
          Ciebie na palcach. Bo wydawalo mi sie, ze jestem do niczego - wiec kazdy gest, slowo
          interpretowalem jako udowadnianie mi ze jestem gorszy. Taki absurd doprowadzilem do
          tego, ze wystarczylo, aby ktos za moimi plecami sie rozesmial - ja bylem w 100%
          przekonany, ze smieje sie wlasnie ze mnie...

          Moze tak postepowala ta dziewczyna? Podobno bulimia lub anoreksja pojawia sie w
          przypadku kosmicznego kryzysu samoakceptacji... Wiec moze ona (nieswiadomie
          oczywiscie) zadreczala go psychicznie, albo siebie (no bo spoznil sie 10 minut, wiec na
          pewno juz nie kocha...) i on to widzial? Nie mogl zniesc jak ona sie sama ze soba meczy?
          Kazdy ma pewien prog wytrzymalosci - moze jego prog zostal przekroczony?

          Jej winic tez nie mozna. Bo nawet jesli przyjmiemy, ze tak jak mowilem wyzej - ona sama
          jest odpowiedzialna za swoja chorobe - to nie sadze, aby ona chciala byc bulimiczka, chciala
          aby on odszedl. Sadze, ze raczej dzialalo to na zasadzie nieswiadomej "samosprawdzajacej sie
          przepowiedni"
          • mariposa Re: ON, ONA, PROBLEM 23.10.01, 09:49
            witam Was Kochani!

            to jest bardzo wazna dyskusja i mam nadzieje, ze wspolnie dojdziemy do jakis
            konstruktywnych wnioskow.

            po pierwsze - Anno, nie sadze, ze Ty winisz JA. chcialam tylko wskazac, jak
            bardzo nasuwa sie takie myslenie (mi rowniez).

            Kwieto - twierdzisz, ze nie mozna JEJ winic, ale jest sama sobie winna. czy
            uwazasz, ze naprawde jestesmy odpowiedzialni, za to co nam sie przytrafia?
            gdyby to bylo takie proste, ludzie dawno by w to uwierzyli i nie byloby
            PROBLEMOW. a one sa. i to coraz wieksze.

            zeby nie komplikowac - jeden post - jedno pytanie

            czy ONA ma prawo wciagac JEGO w swoje PROBLEMY czy powinna sama najpierw sie z
            nimi uporac?

            ps. nie konkretyzujmy PROBLEMU
            • Gość: Una Re: ON, ONA, PROBLEM IP: 62.233.128.* 23.10.01, 10:08
              Skomplikujmy sprawę: są razem już jakiś czas i nagle jednego z nich dopada
              bulimia, alkoholizm, nerwica itp. Chodzi mi o to, do jakiego momentu można
              uznać, że jeszcze się poznajemy i zastanawiamy, czy chcemy być razem na dobre i
              na złe, a gdzie zaczyna się już to BYCIE NA DOBRE I NA ZŁE? Ciekawa jestem
              Waszego zdania.
              • mariposa Re: ON, ONA, PROBLEM 23.10.01, 10:38
                kurcze, tak wiele pytan i tak niewiele odpowiedzi we mnie siedzi ;-)

                ale konsekwentnie (1 post- 1 pytanie).

                ONA ma PROBLEM.

                KIEDY powinna mu powiedziec?
                • Gość: Dagna Re: ON, ONA, PROBLEM IP: *.pl 23.10.01, 10:54
                  Kiedy?
                  Kiedy czuje, że to coś więcej niż spacer, pocałunek i długie spojrzenia w oczy.
                  Kiedy czuje, że ten PROBLEM jej przeszkadza, gdy jest z NIM, gdy z nim rozmawia.
                  Kiedy widzi, że ON też jest zaangażowany i będzie potrafił JEJ wysłuchać.
                  Nie da się określić precyzyjnie takiego momentu, uczuć nie mierzy się zwykle
                  linijką, więc raczej trzeba zaufać intuicji.
              • Gość: mariposa Re: ON, ONA, PROBLEM IP: 195.94.213.* 23.10.01, 10:50
                kurcze, tak wiele pytan i tak niewiele odpowiedzi we mnie siedzi ;-)

                ale konsekwentnie (1 post- 1 pytanie).

                ONA ma PROBLEM.

                KIEDY powinna mu powiedziec?
    • Gość: alka_xx Re: Zakochany w bulimiczce IP: 10.10.10.* / *.mr.com.pl 23.10.01, 10:50
      Bulimia jest podwojnie ciezka choroba, bo najpierw choruje dusza a potem
      przychodza dolegliwosci cielesne.
      Kochac bulimiczke jest naprawde bardzo trudno, ale to wlasnie milosc moze te
      chorobe uleczyc.I ten mezczyzna mial taka mozliwosc. Ale potrzebny byl czas,
      bulimii nie leczy sie z dnia na dzien wiec on odszedl bo nie mial czasu czekac/
      moze spieszylo mu sie do lozka?/albo nie mial sily trwac przy chorej, a moze
      wstyd mu bylo ze jego ukochana leczy sie u psychiatry, a moze wydawalo mu sie
      ze ja kocha...
      Czy sytuacja bylaby inna gdyby zakochal sie w dziewczynie a okazaloby sie ze
      ona ma raka...
      To nie jest problem diagnozowania schorzenia to problem dojrzalosci i sily
      uczucia. Amen.
      alka
    • Gość: kwieto Jedno pytanie - kilka odpowiedzi IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 23.10.01, 12:35
      mowiac "sama jest sobie winna" mialem na mysli pewne subtelnosci duszy, a nie
      prosty ciag myslowy winny=skazany.

      Gdybysmy szukali winnego bulimii musielibysmy przejsc przez jej rodzicow, ich
      rodzicow, i tak doszlibysmy na przyklad do dziesiatego pokolenia, w ktorym sie
      to wszystko zaczelo. Bo jesli zalozymy, ze bulimia bierze sie z
      niedowartosciowania (choroba duszy a potem ciala, jak ktos tu zauwazyl), to
      niedowartosciowanie bierze sie z braku milosci. A jesli ona byla niekochana, to
      zapewne dlatego, ze jej rodzice nie potrafili kochac, ich rodzice rowniez, i
      tak dalej, i tak dalej... ale chyba nie o to chodzi.

      Co do odpowiedzialnosci za to co sie nam przytrafia - tak, mysle ze sami za to
      odpowiadamy. Szczegolnie za te zdarzenia, ktore sa bolesne dla naszej psychiki.
      Oczywiscie jest pewien udzial "wypadkow przy pracy", ale jest on praktycznie
      nieistotny - rzad 1-go procenta. Moglbym tu wymieniac serie plag ktore mi sie
      przytrafily i podawac gdzie we mnie lezala przyczyna tych plag - ale chyba nie
      o to chodzi. Podam jeden przyklad, ktory mysle, ze jest calkiem ladny: Swego
      czasu bylem strasznie niedowartosciowany. Znalazla sie pewna niewiasta, ktora
      zachowywala sie w stosunku do mnie dziwnie - przynajmniej wtedy tak to
      odbieralem. Zastanawialem sie o co jej chodzi, a rzecz najprostrza - ze ona
      mnie po prostu podrywa, nie przeszla mi nawet przez glowe! Dlaczego? Bo MOJ
      punkt widzenia swiata wykluczal taka sytuacje. Skoro jestem kiepski, to jakim
      cudem ktos moze sie mna zainteresowac? I tylko MOJA wina jest to, ze wtedy nie
      zgodzilem sie na flirt, przy okazji ja raniac - "wez sie ze mnie nie nabijaj,
      czego ode mnie chcesz?" Wydawaloby sie prosta rzecz, jednoznaczna - a od
      nastawienia MOJEJ psyche zalezalo czy zinterpretuje ja w ten czy inny sposob.

      Osoba niedowartosciowana wszystko interpretuje na swoja niekorzysc. Dzwonisz do
      ukochanego, on mowi: "dzis musze zostac dluzej w pracy" a Tobie sie roi, ze on
      juz Cie nie kocha, a zamiast siedziec w pracy uprawia dziki seks z kolezanka
      biurowa.

      Bulimia, jak mi sie wydaje zwiazana jest z proba wyjscia z takiego kolka. Tylko
      ze proba podparta niestety zlymi przeslankami. Moim zdaniem jest to mniej
      wiecej tak: Widzisz, ze takie modelki sa slawne, uznawane za piekne - a Ty
      siedzisz niekochana i samotna. No to rozwiazanie wydaje sie proste - wystarczy
      miec figure modelki, a juz bedziemy szczesliwi, piekni i wspaniali. Tylko, ze
      Ty sie odchudzasz, a nastawienie otoczenia do Ciebie sie nie zmienia. No to
      moze za slabo? Odchudzasz sie coraz bardziej, coraz bardziej, a dookola ciagle
      po staremu! W koncu obsesja zyskania akceptacji przez wyglad jest tak silna, ze
      przestajesz jesc, przestajesz pic - byle tylko uzyskac upragniony wyglad (w
      domysle akceptacje, milosc, szczescie). A problem lezy nie w otoczeniu, nie w
      Twoim wygladzie ale w Twojej psychice! Moze jestes kochana, ale tego nawet nie
      dostrzegasz?


      No dobrze - ale odpowiedz wlasciwa: Nie mozna wciagac partnera w problem. Mozna
      mu o nim powiedziec, jesli sam zaoferuje pomoc - to w porzadku. Ale w zadnym
      wypadku nie obciazac go wlasnym problemem. On tego problemu nie rozwiaze za
      Ciebie, moze Cie tylko wesprzec. Ale to Ty musisz chciec ten problem rozwiazac.
      On wlasciwie moze jedynie przy tobie byc, i czekac na TWOJA decyzje. Nauczylem
      sie nie pomagac znajomym poki tego nie chca. Bo jesli zainteresowany nie chce
      nic zmienic to potem jest tak, ze Ty biegasz, zalatwiasz specjalistow,
      terapeutow, itd., a potem kiedy cos nie wyjdzie - to dowiesz sie, ze to TWOJA
      wina ze nie wychodzi...

      Jesli problem powstanie kiedy jestescie razem - sytuacja jest podobna. To
      nosiciel problemu musi zdecydowac, ze chce go rozwiazac. I ze on sam chce, a
      nie robi to ze wzgledu na Ciebie.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka