szmaragdy
18.06.06, 02:44
Jestesmy oboje bardzo mlodzi, laczylo nas glebokie uczucie przez okolo 2,5
roku. Problem istnial w odmiennych charakterach i stylu zycia. Ja bardzo
zaradna, obowiazkowa, odpowiedzialna i ambitna, szczera, konkretna, on -
zamkniety w sobie, prozny, bez ambicji, nieodpowiedzialny, dziecinny. Ja - bez
rodzicow, w dobrej sytuacji finansowej. On- najmlodszy syn, rodzice toksyczni
wrecz, bardzo religijni i rodzinni. Jego rodzina mnie nie akceptowala.
Musielismy sie kryc z tym zwiazkiem. Wiele nas roznilo i rozni- ale bardzo sie
kochalismy. Od samego poczatku twierdzil ze nie moge sie zakochac, ale to on
pierwszy sie wyjawil z uczuciem. I zaczela sie gleboka wzajemna fascynacja.
Jednak zaczelam w ta milosc z jego strony watpic- poniewaz sie nie staral aby
bylo lepiej ale i nie pozwalal odejsc. Sila wymusilam wrecz koniec, nim bym
uschla ze smutku. Po jakims czasie zauwazylam ze mi go bardzo brak. On jednak
- nie chce raptem jakiegokolwiek kontaktu i bardzo, ale naprawe bardzo brzydko
sie do mnie odzywa i zachowuje. Twierdzi ze juz nie kocha, ze juz bawi sie
innymi dziewczynami i po co ja wlasciwie dzwonie. Odklada, jest chamski i
bezczelny. A mi sie nie chce w to po prostu wierzyc... ze tak po prostu sie
poddaje, zamiast wszystko wyjasnic. Czy ten czlowiekkiedykolwiek mnie kochal?
Czy tylko tak mowil, tak sobie? Rodzice sa mu wazniejsi od wlasnego zycia. Nie
moge sobie tego wytlumaczyc..