evva79
11.09.06, 20:35
Witam wszystkich,
Mam nadzieję, że mi coś doradzicie. Już bardzo dawno nie pisałam na żadnym
forum ale teraz czuję, że muszę.
Od prawie 2 lat jestem w związku. Nie powiem, żebym nie była szczęśliwa,
jakby to powiedzieć, mam spokój i poczucie bezpieczeństwa czego mi prawie
zawsze brakowało w moich poprzednich związkach. W ten związek zaangażowałam
się po bardzo ciężkich przeżyciach z moim poprzednim facetem, który mnie
zostawił i po prostu zniknął. Mój obecny facet uratował mnie, nie pozwolił mi
zwiariować i zgorzknieć do końca. Związek się rozwijał, było ok ale przyszedł
moment kiedy zaczeły mnie dopadać myśli czy aby sama siebie nie oszukuję, czy
to jest na pewno Ten, kochałam go i kocham ale inaczej niż kiedyś. Bez
porywów namiętności - tego mi brakuje, fascynacji i tych
przysłowiowych "motyli w brzuchu". Jest spokój, czasem monotonia i nuda. Nie
powiem złego słowa na mojego faceta, bo jest to dobry człowiek na którego
można liczyć i, który chyba mnie bardzo kocha ale czasem odnoszę wrażenie, że
chyba on mnie bardziej kocha niż ja jego a może nie... Nie wiem...
Teraz chcę dojść do sedna sprawy. Przez 2 lata nie podobał mi się żaden
facet, jestem dość wybredna i lubię określony typ facetów dlatego bardzo
rzadko (a właściwie to ze 2 razy w życiu) trafiam na taką "bratnią duszę" aż
chyba do zeszłego piątku...choć nie wiem czy można tak szybko mówić o
bratniej duszy ale wydaje mi się, że takie rzeczy czuje się od razu. Otóż
zobaczyłam go i trafiło mnie grom z jasnego nieba-nagle i intesywnie. A
miałam spędzić z nim i jeszcze z paroma osobami cały dzień i w sumie cały
weekend. Jest obcokrajowcem zza wschodniej granicy. Na początku trzymałam się
od niego z daleka dyskretnie go obserwując Potem zauważyłam, że on sam szuka
kontaktu ale ogólnie mówiąc na początku nie zwracał na mnie uwagi albo ja
tego nie widziałam. Byliśmy razem w knajpie, zwiedzaliśmy miasto. Wieczorem
byliśmy na imprezie, trochę wypiłam i zrobiłam się odważniejsza, tzn. byłam
bardziej rozmowna bo raczej jestem nieśmiała, no i zrobiło się miło,
śmialiśmy się razem itd. Potem przyszedł czas rozstania i oni pojechali do
hotelu a ja do domu. Przy pożegnaniu złapał mnie za rękę, pocałował w
policzek i spytał czy go jutro odwiedzę a ja powiedziałam, że tak i
pojechałam do domu. Nazajutrz poszłyśmy z koleżanką w odwiedziny ale niestety
ich nie zastałyśmy bo na konkretną godzinę się nie umówiliśmy. Zmartwiłam
się, że już go nie spotkam, wysłałam mu smsa ale nie wiem czy go dostał więc
postanowłam, że jadę do domu a w drodze do domu on zadzwonił i mówi, że chce
się spotkać więc się spotkaliśmy, czekał na mnie i powiedział, że bardzo się
cieszy, że mnie widzi i zaprosił do knajpy, bylismy w gronie jego kolegów i
osób z mojej pracy, nie odstępował mnie na krok, wiedziałam już, że chyba mu
się naprawdę spodobałam, potem zapytał czy pójdziemy na spacer po mieście,
zgodziłam się, po drodze wstąpiliśmy do hotelu w którym nocował i tam jeszcze
pogadaliśmy ze wszystkimi i potem zostaliśmy sami, zaczął mi opowiadać o
sobie i powiedział, że mu się od razu spodobałam jak tylko mnie zabaczył, ja
mu powiedziałam to samo, mówił mi tyle miłych rzeczy, ze czuje jakby mnie
znał już od dawna, też wyczułam w nim bratnią duszę. Nie jestem naiwna i
raczej nie wierzę nikomu, facetom tym bardziej więc uznałam, że mówi mi to
wszystko tylko po to żeby mnie zaciągnąć do łóżka i owszem chciał ale
powiedział nie bo nie chcę i tyle. Dalej był miły i spytał czy może do mnie
kiedyś przyjechać. Mówił, że jest wolny, nie ma nikogo, że jeszcze nie
znalazł takiej dziewczyny z którą mógłby spędzić całe życie i żeby jeszcze
miała coś w głowie a ja powiedziałam, że pewnie tak mówi każdej napotkanej na
co on, że gdyby tak każdej mówił to już dawno miałby obrączkę. No Wam będę
jeszcze pisać - mówił dużo bardzo miłych rzeczy, na koniec powiedział, żebym
nie wychodziła jeszcze za mąż bo zostanę jego żoną niedługo Chciałam mu w to
wszystko co mówił wierzyć ale mój wrodzony pesymizm mi chyba na to końca nie
pozwolił. W każdym bądź razie po paru godzinach z nim spędzonych pojechałam
do domu, spytał czy spotkamy się jeszcze ostatniego dnia, czyli w nd,
zgodziłam sie, miał zadzwonić a ja pracowałam do wieczora i do końca pracy
nie zadzwonił więc poszłam z koleżanką do knajpy i tam spotkalismy go z
kolegami, ucieszył się chyba, że mnie zobaczył, a ja byłam tak zestresowana,
że prawie nic nie mówiłam, nawet nie spytałam czy miał zadzwonić zeby się
pożegnać czy nie, odprowadziłam go, mówil, że bardzo chciałby tu zostać,
spytał czy przyjadę do niego i, że on przyjedzie do mnie, że będzie pisał.
Pożegnaliśmy się czule. I pojechał... A ja teraz myślę cały czas o nim i nie
wiem co myśleć. Nie mam kaca moralnego, że postąpiłam nieuczciwie wobec
swojego chłopaka, może niedługo będę się psychicznie źle czuła, nie wiem,
ostatnio nie układało się między nami najlepiej. Ale na dzień dzisiejszy nie
żałuję, to nie moja wina, że ktoś mi się tak spodobał, najwidoczniej
brakowało mi czegoś, czego nie mam w obecnym związku. A on jeszcze pytał czy
mam faceta a mi było głupio się przyznać i nic nie powiedziałam. Nie żałuję
bo poczułam się wspaniale i te durne albo i nie durne motyle w brzuchu miałam
i czułam, że żyję chcę do niego pojechać ale nie wiem jak się do tego czasu
sytuacja rozwinie. Wysłałam mu smsa wczoraj, że już za nim tęsknie i tak
czekam na jakiś znak od niego a, że jestem niecierpliwa to przeżywam
prawdziwe katusze duchowe i ten niepokój, pewnie wkrótce minie.
Wiem jedno - ja w nim wyczułam prawdziwą bratnią duszę ale czy on we mnie też
to nie wiem.
Pewnie zastanawiacie się, jesli oczywiście dobrnęliście do tego momentu czego
od Was oczekuję. Musiałam się komuś anonimowemu wygadać i potrzebuję Waszej
opinii co myślicie i co byście zrobili na moim miejscu. Czy Wy mnie w ogóle
rozumiecie?
Może mi za parę dni przejdzie a może nie, trochę już siebie znam i czuję, że
mogłoby być z tego coś naprawdę fajnego i wartościowego...