mandy2002
05.02.07, 10:22
Postaram się wszystko streścić chociaż sprawa jest złożona.
Parę lat temu był ktoś kto mi się strasznie podobał - czułam to co dobrze
znacie - tajemnicze przyciąganie. Niestety było między nami wiele różnic i
przeszkód tak że wtedy nawet mnie nie znał, zresztą potem dowiedziałam się że
jest zajęty więc odpuściłam.
Poznałam kogoś, wyszłam za mąż, było nam dobrze, może nie było tego "czegoś"
ale było naprawdę ok i byłam szczęśliwa. Do czasu...
Z czasem mój mąż zaczął przejawiać zachowania które mnie niepokoiły -
widziałam w jego oczach straszną agresję kiedy próbowałam mu na coś zwrócić
uwagę, ze musi powoli szukać lepszej pracy, że nie możemy ciagle liczyć na
rodziców itp... Poleciały wyzwiska od materialistek i gorszych - nie będę się
nad tym rozwodzić. Potem ta agresja przeszla w agresję fizyczną, najpierw
były to popchnięcia itp, w sumie nic wielkiego. Na co dzień był kochany i
przepraszał ale zawsze kiedy, powiedzmy wprost się czepiałam (która żona tego
nie robi? ) atakował mnie fizycznie, zawsze było to pojedyncze uderzenie..
Jednocześnie ten ktoś z
początku opowieści zaczął mnie zauważać, spotkania, rozmowy - nic poważnego
ale... Odpychałam go bo było już za późno, bo już się związałam i niby byłam
szczęśliwa, ale w domu gdy nikt nie widział...
Potwierdziły się książkowe schematy, atak, przeprosiny, miodowy miesiąc
(teraz tydzień) i wkrótce nowo narosła agresja, atak itd. Ostatnio
zdeklarował się że już więcej mnie
nie uderzy i na razie się tego trzyma, ale we mnie coś chyba umarło...
Nie
wiem co robić... czy ratować to co jest, zerwać kontakt z tym drugim, czy
moze po prostu odpuścić i zaczekać co los przyniesie? Gdybym wiedziała że
jest co ratować ale sprawy zaszły już tak daleko że mam poważne wątpliwości
Tego kogoś kto był w zasadzie tym pierwszym na pewno nie chcę w to wszystko
wciągać i on nawet nie ma pojęcia co się tak naprawdę w moim związku dzieje
To nie jest do końca tak, że mój mąż jest sadystą. Moze przytłacza go nadmiar
problemów, obowiązków, czasami moich mniej lub bardziej zasadnych pretensji...
Na razie widzę, że się stara, znosi moje poddenerwowanie, na razie mnie nie
uderzył - fakt, że nie było między nami kłótni takiego rozmiaru, który zwykle
go do tego prowokował ale może tym razem będzie inaczej - nie wiem gdzie
wyznaczyć granicę, czy po prostu powiedzieć - jeszcze jeden raz i to koniec...
To właśnie jest chyba najtrudniejsze - gdyby cały czas był okropny łatwiej
byłoby podjąć konkretne kroki, a tutaj równia pochyła...
Najgorsze jest to że we mnie coś chyba się zepsuło, już nie umiem jak kiedyś
poprostu zapomnieć i żyć jak przedtem... Wybaczyłam mu ale chyba stał mi się
obojętny. Może to wszystko się jeszcze da z czasem naprawić, a może z czasem
będzie jeszcze gorzej... Nie chcę udawać że jest dobrze gdy tego nie czuję
ale
nie chcę też z góry tego skreślić - to chyba nie byłoby teraz w porządku...
I jest jeszcze kwestia tego kogoś... Nie mamy ognistego romansu ani nic z
tych
rzeczy ale czysto przyjacielska relacja to też nie jest... Wytyczyłam granicę
których dopóki jestem mężatką nie przekroczę i on zdaje sobie z tego sprawę.
Wiecie jak to jest bo każda to przeżyła - taki etap badania czy byłoby nam
dobrze czy pasowalibyśmy do siebie - tego nie można odrazu wiedzieć -
potrzeba
czasu...
Czuję się jak w zawieszeniu - z jednej strony mąż który wyrządził mi wiele
krzywd i przez to zabił we mnie część uczucia ale (mam taką cały czas
nadzieję)
nie jest złym człowiekiem, z drugiej ten ktoś z kim mogłoby być mi dobrze,
kim
się zauroczyłam - tak trochę szczeniacko zanim poznałam męża, ale wtedy nie
mogło nam wyjść - normalnie jak w greckiej tragedii:)
Nie chciałabym nikogo skrzywdzić, męża przede wszystkim. Ale czuję że
cokolwiek
nie zrobię będzie to dla kogoś bolesne... Wybiorę ratowanie małżeństwa - a
może
to błąd, może on się nie zmieni i za parę lat będę żałować że straciłam coś
fajnego w imię moralności i zasad (dzieci nie mamy), z drugiej strony -
badając
czy mogłabym być z tym drugim, pokochać go i na nowo budować z nim życie,
krzywdzę męża i bądź tu mądrym:(
Czekam, patrzę co przynoszą kolejne dni, ale boję się tego co będzie dalej...