pluszowa
25.02.07, 16:02
nieco ponad miesiac temu skończyl sie moj dlugi związek. faakt, ostatnie dwa,
trzy miesiace nie byly udane, konflikty, kłótnie, w koncu on nie wytrzymal i
odszedl. w klotni, pod wplywem emocji. prosilam go kilka razy, zeby dobrze
sie zastanowil, czy to jego ostateczna decyzja, zeby sie jeszcze zastanowil,
za kazdym razem stanowczo odpowiadal, ze decyzja jest ostateczna. mimo iz
mamy wspolne inewstycje, w ktore zaangazowalismy kazdy swoje finanse, mnostwo
wspolnych spraw, zylismy jak malzenstwo, zerwal to. bylo mi strasznie ciezko,
swait zawalil mi sie na glowe. jednakze kilka dni po jego wyprowadzce zaczelo
sie. zaczal dazwonic, spotykac sie ze mna. zaczelismy rozmawiac o tym
wszystkim. po wielu rozmowach konkluizja byla taka: on uwaza, ze to ja
glownie zwwinilam i przyczynilam sie do rozpadu zwiazku (nie ma tu mowy o
zadnej zdradzie czy innych klamstwach, mowi, ze czul sie zaniedbany), ale ze
kocha i ze ma nadzieje, ze jeszcze sie pouklada. z drugiej strony boi sie, ze
historia sie powtorzsy i ze znow go zaniedbam kiedys tam. i chcial czasu do
namyslu, a ja, bo kocham, dawalam mu. wygladalo to tak przez ostatnie
tygodnie widywalismy sie praktycznie non stop, bylo tak jakbysmy byli ze
soba, tyle ze jego rzeczy byly w innym mieszkaniu, tym do ktorego sie
wyprowadzil. ja o niego dbalam, chcialam mu pokazac, ze nadal kocham, on
wygladal na szczesliwego, jakby mialo wszystko sie poskaldac do kupy. ale nie
ma tak latwo. wtracili sie jego rodzice (niestety tak sie nasze zycie
potoczylo, ze mimo iz mamy po okolo 30 lat, i jedni i drudzy rodzice jakis
czas temu pomogli nam finansowo zaczac pewne zyciowe inwestycje). doszlo do
rozmowy, ja, on, jego i moi rodzice, w celu ustalen finansowych. i stalo sie
cos, czego sie nie spodziewalam. mimo, ze on, moj ex przez te ostatnie dwa,
trzy tygodnie zachowywal sie tak, jakby mialo wszystko sie ulozyc, na tej
rozmowie odcial sie ode mnie. tak jakby wogole nie bylo tego ponieszkiwania u
mnie, przebywania ze mna, jego deklaracji, ze chcialby, zeby sie ulozylo.
oslupialam, czuje sie tak, jakbym dostala w twarz. nie wiem, czy od niego, od
zycia, czy to moze jego rodzice go w jakis sposob emocjonalnie i finansowo
szantazuja (mniemam, ze sa do tego zdolni). przezywam swoj wlasny horror.
jakby ktos robil mi operacje na otawrtym sercu bez znieczulenia. sama nie
wiem, czy zostalam przez niego oszukana, czy po prostu przez te ostatnie
tygodnie razem po wyprowadzce widzialam tylko to, co chcialam widziec... nie
mam pojecia, co mam myslec...
od owej rozmowy o finansach on sie do mnie nie odezwal, ni slowem, ja tez
nie. bo z jednej strony czuje sie bardzo skrzywdzona, w pewnien sposob
oszukana (bo po co mnie karmil gadkamji, ze chce zeby sie wszystko ulozyla a
podczas rozmowy zachowywal, jakby tego wogle nie bylo), zdrugiej strony
zastanawiam sie, jak on sie moze czuc? byc moze gnebiony przez swoich
rodzicow... moja rodzina bardzo mnie wspiera i radza na razie oprzynajmniej
sie do niego nie odzywac, bo to on musi sie w koncu okreslic, czy chce mnie
czy nie, musi sam ze soba dojsc do ladu. czy ja i nasz zwiazek jest
wazniejszy, czy bedzie sie sluichal rodzicow? ja z jednej strony tez tak
czuje, a z drugiej tesknie bardzo, tak naprawde nie mam pojecia co on czuje,
moze czeka na moj ruch... czasem wydajem i sie, ze tylko rozlaka pomoze nam
do siebie wrocic, skoro nie pomogl czas spedzany razem (ten po jego
wyprowadzce)
co ja mam robic? odzywac sie? czy nie? czekac na znak od niego? mam w glowie
tysiace mysli, przeroznych... pomozcie...