ania8314
26.05.07, 16:28
Z moim chłopakiem jestem już dość długo, mieszkamy razem. Znamy się na wylot,
swoje wady i zalety, a także wady i zalety naszych rodzin. On jest pedantem
(podobnie jak jego nudna matka), mi zdarza się często coś zostawić po sobie
albo prawie zawsze zrobić coś "nie tak". na dodatek jestem mało spostrzegawcza
i to jest przeważnie powód naszych coraz to gorszych kłótni. Pal licho,
kłótnie kłótniami, drażni mnie ta jego pednateria i taka czepliwość, ale
jestem w stanie to przeżyć i nie zaburzałoby mi to spokoju. Ostatnio np.
pokłócił się ze mną o to, że: 1. wyprany koc na którym śpi mały pies położyłam
na wezgłowiu kanapy, na której on trzyma głowę 2. Dałam jedzenie dla psa na
talerzu ludzkim, bo dwa psie były już w zmywarce i się myły.(jedzenie to
składało się z wątróbki i talerz został potem równiez dokładnie oczyszczony
przez zmywarkę). I to by nie stanowiło problemu, bo pies robi gorsze rzeczy na
podłogę i o to awantury nie ma więc nie narzekam. Jakkolwiek powód błahy -
urósł do rangi ogromnej. Usłyszałam nie tylko standard - że fleja, brudas,
bałaganiara "jak Twoja chora psychicznie matka", to jeszcze poszło o to, że
jak sie składamy na jedzenie(on pracuje, ja studiuję, ale mam dochody własne),
to mu oddaje z 4 dniowym opóxnieniem i że musi mi przypominać (więc ostatnie
zakupy zrobił sam i wara mi do nich - serio)Potem kolejny wyrzut- jego
mieszkanie. Bo mieszkamy u niego. Więc jako, że ja też mam swoje i ono jest
wynajmowane, a moja mama często wyjeżdża więc mamy kasę z jednego i
oszczędności na wodzie itd. na drugim. Więc usłyszałam i tu zacytuję, chociaż
strasznie mi wstyd, ale komu to powiem, chyba nie mamie i to nie w Dzień Matki
"Twoja mama powinna mnie po nogach lizać, ze pozwoliłem Tobie tu mieszkać".
Jestem załamana, czuję się potraktowana jak śmieć, jak najgorszy odpad. Dodam,
że takie słowa i wyrażenia słyszę tylko w kłótniach i potem mnie przeprasza,
mówi, że go nerwy poniosły, bo jak się nie kłócimy jest naprawdę nam bardzo
dobrze ze sobą. Nie jest to jakiś prostak, chłopak po studiach, z tzw.
"dobrej" rodziny, gdzie rodzice żyją tak jak Pan Bóg przykazał. Co tydzień
biega do kościółka i ciągnie mnie na siłę prawie ze sobą. Pracuje w dobrej
firmie, dobry i przykładny pracownik, nie pijący, nie przeklinający, nie
palący, normalnie cud by się mogło zdawać. Tylko,że ten cud w momencie kiedy
go nerwy ponoszą robi się okropny, gada takie okropne rzeczy o mnie, ale pal
licho, że o mnie, o mojej rodzinie, że psychicznie chorzy, ze mnie
przechowali, a nie wychowali, że mama nie nauczyła mnie sprzątania, jaka to
jego rodzina nie jest wspaniała i w ogóle to ja mam z nim raj bo kupił
ostatnio najnowsza pralkę, zmywarkę i inne rzeczy a ode mnie wymaga sprzątania
tylko po sobie. To prawda, czasem leżą na przykład na krześle moje rzeczy,
biurko jak się uczę to mam w nieładzie, zdarza mi sie zapomnieć czegoś
odnieść, ale nie mamy syfu nie wiadomo jakiego, jest naprawdę czysto, jak na
mój gust. I to bym mu przebaczyła, tak jak zawsze przebaczam, ale dziś
wyprawia urodziny na domku letniskowym u jego rodziców. jego mamuśka
oczywiście wpierdzieliła się, żeby przygotować obiad, ciasto i w ogóle dla
kochanego synusia. Nie jestem z nim. Po słowach, które zacytowałam, a które
dzisiaj usłyszałam, obraziłam się, licząc na przeprosiny, bo nie będzie nawet
chciał szopki robić przed rodzicami. Jednak pojechał sam. Informując mnie
tylko, że mam nie syfić i nie mogę nic z jego półki z lodówki wziąć do
jedzenia, tylko swoje. To, że o tym pisze na forum uważam za moją porażkę. To,
że siedzę nadal u niego w mieszkaniu i się nie wyniosłam trzaskając drzwiami
za drugą - wiem, że to się kiedyś mi odbije tzw. czkawką. Dodam tylko
nieskromnie, że nie jestem ani brzydka, ani głupia, mam dużo kolegów, którzy
dają mi do zrozumienia, że mogę się podobać. Ostatnio nawet zaczęłam poważnie
myśleć o znalezieniu sobie innego faceta, ale gdzie dorwać porządnego, bez
nałogów i takiego z którym się dogaduję. Bo poza kłótniami się dość dobrze
dogadujemy. Przeraża mnie tylko fakt, wiem że bzdurny, ale i tak mnie
przeraża, że zostane sama, mam 25 lat, prawie kończę studia. Pochodzę z tzw.
"rozbitej rodziny" i to tylko potęguje mój lęk przed samotnością. Co robić?
Zmieniać go (nie zmienię), prosić?-Prosiłam, tłumaczyłam. Obiecywał, że będzie
panował nad językiem. Może wziąć to tylko za głupie gadanie, ale ono jest w
sumie poniżające dla mnie jako dla dziewczyny szanującej siebie i swój dom.
Zostawić? Boję się i jednak kocham, pomimo wszystko. O mojej desperacji
świadczy fakt, że najbardziej przeżywam fakt, że nie jestem z nim na tych jego
urodzinach, bo przecież wszyscy bliscy sobie ludzie chcą spędzać wolne, różne
święta i własne urodziny przede wszystkim razem.No to co zostaję? Bardzo
proszę o jakąś sensowną poradę