pochodnia_nerona
26.08.07, 23:06
No właśnie - wróciłam z wakacji, krótkich, bo krótkich i czuję
rozpaczliwą pustkę i bezsens. Pracę mam tymczasową, zresztą nawet
nie lubię jej, bo nie rozwijam się tam (wzięłam, bo trzeba z czegoś
żyć). Miałam i jeszcze mam resztki marzeń, ale coraz mniejszą
nadzieję na to, że się ziszczą. Zmarnowałam kupę czasu na studia,
które co prawda, coś mi dały, ale zabrały czas, a i w pośredniaku (
i nie tylko tam) postrzega się mnie wyłącznie przez pryzmat zawodu,
którego nigdy nie chciałam wykonywać. Jestem na utrzymaniu matki,
nie licząc tych paru groszy, które dokładam do kasy, nie mam
mieszkania, mój chłopak też mieszka z matką, ciągle słyszę tylko o
kredytach, spłatach, ratach, nie stać nas nawet na pilny remont, a w
chałupie wszystko się psuje. Zaczynam naprawdę mieć powoli dosyć,
nasilają się jakieś nerwicowe objawy (obsesyjne drapanie krostek i
nierówności na twarzy), jestem rozdrażniona, zdołowana i mam
serdeczną chęć zakończyć ten mój żywot, tylko czuję, że przecież nie
jestem taka ostatnia. Że przecież mam zainteresowania, jestem
wykształcona, jestem kochana... ale ta praca i uczucie bezradności
życiowej doprowadzają mnie do rozpaczy. Sorry, że wylewam tu gorzkie
żale, ale naprawdę nie mam komu o tym powiedzieć, a ile można
wieszać na uszach partnerowi, który ma podobne problemy...