rozczarowana40
18.03.08, 14:31
Zaczęło się od gorącego flirtu. W powietrzu iskrzyło, serce biło mocniej niż
zwykle, Poznań jakby piękniejszy był tej jesieni a wyobraźnia szalała. Dorosły
mężczyzna zachowywał się jak onieśmielony, zadurzony nastolatek. Miałam
wrażenie, że nie jestem mu obojętna. Komplementy, miłe słowa, nawet nie
zauważyłam kiedy popłynęłam. Chciałam wiedzieć czy on czuje to samo. Nie
wytrzymałam ciśnienia i zapytałam wprost – czy ty się we mnie zakochałeś?
Jednoznacznej odpowiedzi nigdy nie otrzymałam. Milczał lub serwował mi coś w
stylu – nie potwierdzam i nie zaprzeczam, a ja dociskałam. Prosiłam – to dla
mnie ważne, zleży mi na odpowiedzi, chcę wiedzieć na czym stoję. Może tak, a
może nie – i tyle. Odpuściłam. Przestałam pytać. Temat został przemilczany.
Wykonywał głupie uniki, wiedząc co do niego czuję. Przecież wystarczyła krótka
negatywna odpowiedź i zniknęłabym z jego życia na zawsze, wiedział o tym, nie
zrobił tego. Rozmyślnie trzymał mnie przy sobie podtrzymując nadzieję, po
co??? Już wtedy powinnam uciekać gdzie pieprz rośnie, lecz niestety zakochana
kretynka myślałam – nie mówi nie, nie mówi tak, coś jest na rzeczy. Nieśmiały,
boi się odsłonić. Nie będę definitywnie zrywać tej znajomości, zobaczymy co
czas przyniesie. I w taki oto sposób zaczęła się nasza „przyjaźń”.
Twierdził, że w damsko-męską przyjaźń nie wierzy lecz szukał ze mną kontaktu.
Kręcił się wokół coraz częściej i coraz bliżej. Poobijany psychicznie po
wcześniejszych związkach, nieufny... oswajałam go powoli jak dzikie zwierzę.
Przez prawie pół roku znajomość rozwijała się, nabierała rumieńców. Zostałam
"rozświetlaczką" jego życia, bratnią duszą. Pojawiło się zaufanie, bliskość
emocjonalna, intymne zwierzenia i coraz wyraźniejsza wzajemna fascynacja
intelektualna i..... fizyczna. Znów (tak jak kiedyś) zaczął ze mną flirtować.
Znów komplementy, znów słodkie słówka itd. A ja coraz częściej zadawałam sobie
pytanie - co to właściwie jest? Przyjaźń? Przecież wg. niego damsko-męska
przyjaźń nie istnieje. Miłość? Nigdy nie mówił o uczuciach, gdyby mnie kochał
powiedziałby o tym. Dziwaczna znajomość, która nie mieści się w żadnych
schematach... Być może powinnam cieszyć z tego co mam. Przecież mężczyzna,
którego kocham jest przy mnie. Jestem mu potrzebna, szuka kontaktu ze mną,
ufa, szanuje, podziwia moją urodę i inteligencję (a przynajmniej tak mówi)
czego chcieć więcej????
Emocje znów wzięły górę. Niepewność, tłamszone uczucie, czas przeciekający
przez palce i wracające pytanie – kim ja właściwie dla niego jestem? Zabawką
łechcącą jego ego? Rękawem do wypłakania się? Pewnego pięknego popołudnia
wypaliłam – uważam, że nasza znajomość znalazła się w takim punkcie gdy można
tylko: albo zrobić krok do przodu, albo definitywnie ją zakończyć. Choć mam
pewne obawy chciałabym spróbować pójść dalej. Zaskoczył mnie. Odpowiedział, że
od dłuższego czasu też o tym myśli. Przyjaźń ze mną nie jest tym na czym mu
zależy, lecz nie miał odwagi by powiedzieć o tym wprost, też chciałby
spróbować. Nie będę opisywać to co wtedy czułam. Przez chwilę byłam
najszczęśliwszą kobietą na Ziemi. Przez chwilę, bo od tamtego czasu już się
nie odezwał. Czekałam, w końcu przełamałam się i napisałam maila – nie wiem
jak mam interpretować twoje milczenie. Jeśli zmieniłeś zdanie, po prostu
napisz. Zakończmy tę znajomość w przyjaznej atmosferze, przecież nie o takich
sprawach rozmawialiśmy, więcej odwagi:) Otrzymałam tylko potwierdzenie
przeczytania maila, nic więcej. Cisza... tak jak kiedyś... Ani tak, ani nie...
Nie potwierdzam i nie zaprzeczam - ściana. Zastanawiam się dlaczego to
robi.... Przecież doskonale wie, że czekam jego na odpowiedź. Czy to forma
"ukarania mnie"? Zwykłe tchórzostwo? Kompletny brak empatii + totalne olewanie
uczuć drugiego człowieka? A może rozmyślne działanie – przemilczę, samo
rozejdzie się po kościach? Naprawdę nie rozumiem...
Mam żal do siebie, bo drugi raz dałam się temu człowiekowi nabrać. Jest mi
smutno, bo w moim długim życiu nigdy nie zaznałam odwzajemnionej miłości.
Pierwszy raz tak mocno pokochałam i biorąc pod uwagę mój wiek, pewnie po raz
ostatni. Myślicie, że histeryzuję? Pewnie tak... jestem jedną z tych kretynek,
dla których miłość jest sensem życia. Nie praca, nie sława, nie bogactwo, nie
rodzina, tylko miłość... Odwzajemnione uczucie, które łączy dwoje ludzi
tworząc coś niezwykłego, pięknego... Już nigdy nie dowiem się jak to smakuje i
tego najbardziej mi żal... Nie człowieka, który dwukrotnie mnie zranił
milcząco olewając, lecz tego co straciłam, a co mogłoby się zdarzyć... Wiosna
w Poznaniu bywa piękna, lecz nie w tym roku... Czy życie bez miłości ma sens?
Dla mnie nie.