deltia
31.05.08, 00:37
Bardzo dzielnie walczyłam o różne aspekty swojego życia i nagle w przeciągu
kilku miesięcy wszystko straciłam. Wymarzoną pracę, musiałam zrezygnować z
dalszych studiów, ukochaną osobę (związek odciągnął mnie od przyjaciół, więc
była to też jedyna na tę chwilę osoba), do tego doszedł rozwód rodziców.
Zacisnęłam zęby i przetrwałam, staram się rekonstruować i odbudowywać.
Codziennie wstaje dziwnie wcześnie, wszystko robię świadomie i poprawnie.
Wszystko zapisuje, na wszystko jestem gotowa. Może nawet już ostatecznie
jestem dorosła, ale...każdy dzień przypomina mi próbę przejścia przez
terytorium wroga. Katuje swoje ciało kolejnymi sportami, bo tylko wtedy czuję,
że żyje - dopiero na granicy zmęczenia łapię oddech.
Może komuś z Was udało się w jakiś dobry sposób wyjść z podobnego stanu? Tzw.
otwarcie się na nowych ludzi bardzo mnie rozczarowało. Kiedyś miałam
dziesiątki słabości i wad, ale potrafiłam być z siebie dumna lub zadowolona.
Teraz udaje mi się tylko od czasu do czasu westchnąć - ostatni sygnał, że
jeszcze gdzieś tam w środku to wszystko żyje. Może zdrowiej było by pozwolić
się sobie na jakiś czas załamać?