ola32
16.01.02, 22:23
Mój maz doprowadza mnie do depresji. Lecze się od jakiegos czasu u psychiatry
ale nie widze poprawy:(
Jest to czlowiek który nie ma pracy, mnostwo kompleksow, lekow. On najlepiej
się czuje w mieszkaniu ( przed TV), nie lubi gdy ktos nas odwiedza (de facto
nikt już prawie do nas nie przychodzi), nie lubi odwiedzac innych ludzi. Jednym
slowem zero kontaktow. Nawet rodzina moglaby nie istniec dla niego ( mam na
mysli jego matke, ojca, brata, moja rodzine). Mamy dwojke dzieci: syna i
corke. Jest dla nich bardzo kochajacym ojcem. Nie jest idealny: często
krzyczy, bardzo duzo wymaga od nich, straszy i ogranicza ale dzieciaki naprawde
go uwielbiaja. Jest wiele dobrych chwil pomiedzy nimi. Przytula je i okazuje
milosc i troske. Zreszta on wiecznie jest w domu wiec sila rzeczy kontakt ma z
nimi praktycznie non stop.
Od trzech lat utrzymuje sama cala rodzine. Tak prawde mowiac wcale mi to nie
przeszkadza. Mezowi tym bardziej. Taki jest uklad pomiedzy nami. On zajmuje się
domem, ja praca. To znaczy on niby chcialby pracowac. Wiem ze to mu jakos nie
pasuje to siedzenie w domu ale tylko dlatego ze jest mu wstyd. Nie dlatego ze
dzieki pracy mialby mozliwosc samorealizacji, kontakt z ludzmi, ze zarobilby
pieniadze czy odciazyl mnie itd.. On się dobrze czuje w domu. Pracy szuka ale
pracy nie ma.
Nie zaniedbuje go. Seks mamy bardzo udany. Nie zdradzam. Jak jestem w domu to
robie wszystko (gdy wracam z pracy jego obowiazki i rola konczy, w trakcie
mycia naczyn potrafi odejsc od zlewu)
A on?:( Wzbudza we mnie ciagle poczucie winy. Wszystko robie zle. Kazda moja
decyzja jest chybiona. Rozlicza mnie z kazdej minuty. Zabrania wychodzenia do
kolezanek. Jeśli się upre i raz na kwartal wyjde na 2 godziny z domu to jestem
wyzwana przed wyjsciem, straszona + uwagi typu zobaczcie dzieci (10, 11 lat)
mama idzie się dobrze bawic (czytaj- posiedziec u kolezanki w pokoju przy
herbacie), a nas zostawia. W efekcie ide ale jestem nieszczesliwa, mam za
przeproszeniem "kluche" w gardle i co chwile patrze na zegarek.
Wszedzie widzi niebezpieczenstwo i te swoje strachy przelewa oczywiście na
mnie. Codziennie jestem raczona opowiesciami jak to na kazdym rogu czyha na
mnie banda która chce mnie zgwalcic i zamordowac. Ludzie w pracy chca mnie
oszukac. Kolezanki spiskuja za moimi plecami. A tak w ogole to jestem glupia i
zginelabym bez niego! Uwielbia narzekac. Oglada TV miedzy innymi po to by
uslyszec negatywne informacje potwierdzajace jego teorie zyciowe ( kazda
informacja jest przekazywana zonie-nauczylam się puszczac je mimo uszu)
Sama nie wiem czy ON ma depresje czy nie. Np. często oglada TV i umie się wtedy
tak glosno smiac i szczerze. Bywa i w stosunku do nas często wesoly i zabawny.
Czasem gdy po raz kolejny placze po jego kolejnych napadach wscieklosci i
trzaskaniu drzwiami to zaczyna mnie rozsmieszac i ja się godze.
W ogole to wszystkie konflikty i klotnie sa rozwiazywane bardzo szybko pomiedzy
nami. Czasem w lozku.
Niekiedy obiecuje sobie ze już wiecej się do niego nie odezwe, ze się nie
pogodze, ze musze mu pokazac ze mnie rani i tak nie wolno...ale tylko tak
mowie. Jestem uzalezniona od jego akceptacji, chce mieć spokoj w domu. Sama
mam problemy ze soba?:(
Wszystko dusze w sobie. Mam wrazenie ze cos we mnie powoli peka. Musze cos
zrobic ze swoim zyciem bo oszaleje. Przed chwila się poklocilismy znowu. Jutro
będzie mnie przepraszal. A ja się pogodze. I tak wciąż.
On nie pojdzie do zadnego psychologa ani psychoterapeuty bo "on nie jest
czubkiem". Poza tym w mojej miescinie nie ma kogos takiego. Jedynie psychiatra
do którego sama tez trafilam.
Co zrobic w takiej sytuacji? POOOOOMOZCIE:((((
Ola
PS
Sorki ze tak duzo napisalam