Dodaj do ulubionych

Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:(

16.01.02, 22:23
Mój maz doprowadza mnie do depresji. Lecze się od jakiegos czasu u psychiatry
ale nie widze poprawy:(
Jest to czlowiek który nie ma pracy, mnostwo kompleksow, lekow. On najlepiej
się czuje w mieszkaniu ( przed TV), nie lubi gdy ktos nas odwiedza (de facto
nikt już prawie do nas nie przychodzi), nie lubi odwiedzac innych ludzi. Jednym
slowem zero kontaktow. Nawet rodzina moglaby nie istniec dla niego ( mam na
mysli jego matke, ojca, brata, moja rodzine). Mamy dwojke dzieci: syna i
corke. Jest dla nich bardzo kochajacym ojcem. Nie jest idealny: często
krzyczy, bardzo duzo wymaga od nich, straszy i ogranicza ale dzieciaki naprawde
go uwielbiaja. Jest wiele dobrych chwil pomiedzy nimi. Przytula je i okazuje
milosc i troske. Zreszta on wiecznie jest w domu wiec sila rzeczy kontakt ma z
nimi praktycznie non stop.
Od trzech lat utrzymuje sama cala rodzine. Tak prawde mowiac wcale mi to nie
przeszkadza. Mezowi tym bardziej. Taki jest uklad pomiedzy nami. On zajmuje się
domem, ja praca. To znaczy on niby chcialby pracowac. Wiem ze to mu jakos nie
pasuje to siedzenie w domu ale tylko dlatego ze jest mu wstyd. Nie dlatego ze
dzieki pracy mialby mozliwosc samorealizacji, kontakt z ludzmi, ze zarobilby
pieniadze czy odciazyl mnie itd.. On się dobrze czuje w domu. Pracy szuka ale
pracy nie ma.


Nie zaniedbuje go. Seks mamy bardzo udany. Nie zdradzam. Jak jestem w domu to
robie wszystko (gdy wracam z pracy jego obowiazki i rola konczy, w trakcie
mycia naczyn potrafi odejsc od zlewu)
A on?:( Wzbudza we mnie ciagle poczucie winy. Wszystko robie zle. Kazda moja
decyzja jest chybiona. Rozlicza mnie z kazdej minuty. Zabrania wychodzenia do
kolezanek. Jeśli się upre i raz na kwartal wyjde na 2 godziny z domu to jestem
wyzwana przed wyjsciem, straszona + uwagi typu zobaczcie dzieci (10, 11 lat)
mama idzie się dobrze bawic (czytaj- posiedziec u kolezanki w pokoju przy
herbacie), a nas zostawia. W efekcie ide ale jestem nieszczesliwa, mam za
przeproszeniem "kluche" w gardle i co chwile patrze na zegarek.
Wszedzie widzi niebezpieczenstwo i te swoje strachy przelewa oczywiście na
mnie. Codziennie jestem raczona opowiesciami jak to na kazdym rogu czyha na
mnie banda która chce mnie zgwalcic i zamordowac. Ludzie w pracy chca mnie
oszukac. Kolezanki spiskuja za moimi plecami. A tak w ogole to jestem glupia i
zginelabym bez niego! Uwielbia narzekac. Oglada TV miedzy innymi po to by
uslyszec negatywne informacje potwierdzajace jego teorie zyciowe ( kazda
informacja jest przekazywana zonie-nauczylam się puszczac je mimo uszu)
Sama nie wiem czy ON ma depresje czy nie. Np. często oglada TV i umie się wtedy
tak glosno smiac i szczerze. Bywa i w stosunku do nas często wesoly i zabawny.
Czasem gdy po raz kolejny placze po jego kolejnych napadach wscieklosci i
trzaskaniu drzwiami to zaczyna mnie rozsmieszac i ja się godze.
W ogole to wszystkie konflikty i klotnie sa rozwiazywane bardzo szybko pomiedzy
nami. Czasem w lozku.
Niekiedy obiecuje sobie ze już wiecej się do niego nie odezwe, ze się nie
pogodze, ze musze mu pokazac ze mnie rani i tak nie wolno...ale tylko tak
mowie. Jestem uzalezniona od jego akceptacji, chce mieć spokoj w domu. Sama
mam problemy ze soba?:(

Wszystko dusze w sobie. Mam wrazenie ze cos we mnie powoli peka. Musze cos
zrobic ze swoim zyciem bo oszaleje. Przed chwila się poklocilismy znowu. Jutro
będzie mnie przepraszal. A ja się pogodze. I tak wciąż.
On nie pojdzie do zadnego psychologa ani psychoterapeuty bo "on nie jest
czubkiem". Poza tym w mojej miescinie nie ma kogos takiego. Jedynie psychiatra
do którego sama tez trafilam.
Co zrobic w takiej sytuacji? POOOOOMOZCIE:((((
Ola

PS
Sorki ze tak duzo napisalam
Obserwuj wątek
    • Gość: Anna27 Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( IP: *.proxy.aol.com 16.01.02, 22:38
      Z opisanego przypadku wynika, ze to bardziej maz nadaje sie na terapie niz TY.

      Skoro tka bardzo lubi siedziec w domu, czy nie moglby podjac pracy, ktora mozna
      wykonywac w domu. Taka praca mogloby byc tlumaczenia, e-business, liczenie
      podatkow ludzimo itd. Pisanie ksiazek, malowanie obrazow, domowe przedszkole
      itd. Czy maz posiada jakies tworcze zdolosci?
      • kwieto Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( 16.01.02, 22:45
        Zawsze mozesz sie "odgryzc" ze skoro taki madry, to niech on zarabia pieniadze,
        a Ty chetnie posiedzisz w domu... pokonac go wlasna bronia - tylko trzeba
        uwazac, zeby nie nastapila eskalacja konfliktu - ale na tekst w stosunku do
        dzieci "mama sie idzie dobrze bawic" mozesz powiedziec "mama haruje caly dzien
        jak wol, i idzie odpoczac, bo przy wiecznie narzekajacym tatusiu nie moze..." I
        zobaczyc, co na to powie - podejrzewam, ze zbaranieje zupelnie.

        Albo mozesz mu powiedziec, jesli Cie w kolko dyskredytuje - "to sie ze mna
        rozstan", to go moze nieco otrzezwic, bo skoro Ty jestes chetna do rozstania,
        to...
        i tak dalej. Tylko trzeba uwazac, zeby dzieci na takich utarczkach nie
        cierpialy...
        • ola32 Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( 16.01.02, 23:15
          kwieto napisał(a):

          > Zawsze mozesz sie "odgryzc" ze skoro taki madry, to niech on zarabia pieniadze,

          Hehehe kwieto:) Nie uzywalam nigdy takich argumentow ktore moglyby mnie zabolec
          gdyby mi ktos tak powiedzial. Zawsze staralam sie byc "dobra" i "grzeczna".
          Ale chyba juz mam dosc. Zrobie tak przy najblizszej okazji.
          ola
          • kwieto Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( 16.01.02, 23:23
            Sproboj, to moze podzialac jak terapia szokowa. Bo moim zdaniem on na Tobie
            wyladowuje swoje wlasne kompleksy. A Ty sie dajesz :(((

            Posluze sie terminem "asertywnosc" - dla mnie to jest grzeczne, acz stanowcze
            pokazanie komus, zeby sie nie czepial, jesli nie ma nic do powiedzenia. A (byc
            moze dyskryminuje) ktos kto nie zarabia na swoje utrzymanie,i nic z tym nie
            robi, (rozumialbym, gdyby szukal pracy, wkladal w to pewien wysilek, ale bez
            skutku) wedlug mnie nie ma prawa narzekac na zachowanie osoby, na ktorej
            "garnuszku" siedzi. I to mu trzeba pokazac. Zeby zamiast wyszukiwac problemy w
            Tobie - zajal sie swoimi wlasnymi.
            Jesli uwaza, ze to co robisz jest zle - niech sam sprobuje, skoro taki madry
            (pewnie po takiej propozycji mina mu nieco zrzednie...)


            A jesli nie poskutkuje - coz, zostaje moj lub Andrzeja post ponizej - czyli
            rozwod...
      • ola32 Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( 16.01.02, 23:09
        Gość portalu: Anna27 napisał(a):

        > Z opisanego przypadku wynika, ze to bardziej maz nadaje sie na terapie niz TY.
        >
        > Skoro tka bardzo lubi siedziec w domu, czy nie moglby podjac pracy, ktora mozna
        >
        > wykonywac w domu. Taka praca mogloby byc tlumaczenia, e-business, liczenie
        > podatkow ludzimo itd. Pisanie ksiazek, malowanie obrazow, domowe przedszkole
        > itd. Czy maz posiada jakies tworcze zdolosci?

        Nie posiada zadnych zdolnosci tworczych. Jest nieprzystosowany spolecznie i
        leniwy. Przy tym bardzo inteligentny. Tylko ze ta jego inteligencja jest
        diabelska:(
        ola

    • Gość: Andrzej Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( IP: *.unl.edu 16.01.02, 22:42
      ola32 napisał(a):

      > Mój maz doprowadza mnie do depresji. Lecze się od jakiegos czasu u psychiatry
      > ale nie widze poprawy:(
      > Jest to czlowiek który nie ma pracy, mnostwo kompleksow, lekow. On najlepiej
      > się czuje w mieszkaniu ( przed TV), nie lubi gdy ktos nas odwiedza (de facto
      > nikt już prawie do nas nie przychodzi), nie lubi odwiedzac innych ludzi. Jednym
      >
      > slowem zero kontaktow. Nawet rodzina moglaby nie istniec dla niego ( mam na
      > mysli jego matke, ojca, brata, moja rodzine). Mamy dwojke dzieci: syna i
      > corke. Jest dla nich bardzo kochajacym ojcem. Nie jest idealny: często
      > krzyczy, bardzo duzo wymaga od nich, straszy i ogranicza ale dzieciaki naprawde
      >
      > go uwielbiaja. Jest wiele dobrych chwil pomiedzy nimi. Przytula je i okazuje
      > milosc i troske. Zreszta on wiecznie jest w domu wiec sila rzeczy kontakt ma z
      > nimi praktycznie non stop.
      > Od trzech lat utrzymuje sama cala rodzine. Tak prawde mowiac wcale mi to nie
      > przeszkadza. Mezowi tym bardziej. Taki jest uklad pomiedzy nami. On zajmuje się
      >
      > domem, ja praca. To znaczy on niby chcialby pracowac. Wiem ze to mu jakos nie
      > pasuje to siedzenie w domu ale tylko dlatego ze jest mu wstyd. Nie dlatego ze
      > dzieki pracy mialby mozliwosc samorealizacji, kontakt z ludzmi, ze zarobilby
      > pieniadze czy odciazyl mnie itd.. On się dobrze czuje w domu. Pracy szuka ale
      > pracy nie ma.
      >
      >
      > Nie zaniedbuje go. Seks mamy bardzo udany. Nie zdradzam. Jak jestem w domu to
      > robie wszystko (gdy wracam z pracy jego obowiazki i rola konczy, w trakcie
      > mycia naczyn potrafi odejsc od zlewu)
      > A on?:( Wzbudza we mnie ciagle poczucie winy. Wszystko robie zle. Kazda moja
      > decyzja jest chybiona. Rozlicza mnie z kazdej minuty. Zabrania wychodzenia do
      > kolezanek. Jeśli się upre i raz na kwartal wyjde na 2 godziny z domu to jestem
      > wyzwana przed wyjsciem, straszona + uwagi typu zobaczcie dzieci (10, 11 lat)
      > mama idzie się dobrze bawic (czytaj- posiedziec u kolezanki w pokoju przy
      > herbacie), a nas zostawia. W efekcie ide ale jestem nieszczesliwa, mam za
      > przeproszeniem "kluche" w gardle i co chwile patrze na zegarek.
      > Wszedzie widzi niebezpieczenstwo i te swoje strachy przelewa oczywiście na
      > mnie. Codziennie jestem raczona opowiesciami jak to na kazdym rogu czyha na
      > mnie banda która chce mnie zgwalcic i zamordowac. Ludzie w pracy chca mnie
      > oszukac. Kolezanki spiskuja za moimi plecami. A tak w ogole to jestem glupia i
      > zginelabym bez niego! Uwielbia narzekac. Oglada TV miedzy innymi po to by
      > uslyszec negatywne informacje potwierdzajace jego teorie zyciowe ( kazda
      > informacja jest przekazywana zonie-nauczylam się puszczac je mimo uszu)
      > Sama nie wiem czy ON ma depresje czy nie. Np. często oglada TV i umie się wtedy
      >
      > tak glosno smiac i szczerze. Bywa i w stosunku do nas często wesoly i zabawny.
      > Czasem gdy po raz kolejny placze po jego kolejnych napadach wscieklosci i
      > trzaskaniu drzwiami to zaczyna mnie rozsmieszac i ja się godze.
      > W ogole to wszystkie konflikty i klotnie sa rozwiazywane bardzo szybko pomiedzy
      >
      > nami. Czasem w lozku.
      > Niekiedy obiecuje sobie ze już wiecej się do niego nie odezwe, ze się nie
      > pogodze, ze musze mu pokazac ze mnie rani i tak nie wolno...ale tylko tak
      > mowie. Jestem uzalezniona od jego akceptacji, chce mieć spokoj w domu. Sama
      > mam problemy ze soba?:(
      >
      > Wszystko dusze w sobie. Mam wrazenie ze cos we mnie powoli peka. Musze cos
      > zrobic ze swoim zyciem bo oszaleje. Przed chwila się poklocilismy znowu. Jutro
      > będzie mnie przepraszal. A ja się pogodze. I tak wciąż.
      > On nie pojdzie do zadnego psychologa ani psychoterapeuty bo "on nie jest
      > czubkiem". Poza tym w mojej miescinie nie ma kogos takiego. Jedynie psychiatra
      > do którego sama tez trafilam.
      > Co zrobic w takiej sytuacji? POOOOOMOZCIE:((((
      > Ola
      >
      > PS
      > Sorki ze tak duzo napisalam

      Cholera jasna, gdyby Cie chociaz bil, sprawa bylaby latwiejsza. Gdybyscie nie
      mieli seksu z soba, pomogloby to bardziej, albo gdyby pil alkohol.
      A tak, niby cierpisz, ale znajdujesz tyle dobrych slow dla niego. Choc bylem 3
      razy zonaty, nie wiem co Ci poradzic. To ciekawe co opisalas. Widze, ze jednak
      macie z soba nitke komunikacji, przeciez jutro Cie przeprosi, moze usiadzcie
      sobie razem i raz porzadnie porozmawiajcie.
      Sukcesu zycze, Andrzej.
      • ola32 Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( 16.01.02, 22:57
        Cierpie bardzo. Ostatnio zauwazylam ze zyje jak automat. Nic mnie nie cieszy.
        Znalazlam cieple slowa dla niego poniewaz chce byc obiektywna. Jest tak jak
        opisalam. Tyle ze juz sama nie wiem czy go kocham czy jestem z nim dlatego ze
        sa dzieci, ze nie umialabym zyc sama. Moze za kilka lat odejde.

        Rozmowa nic nie da. Bylo ich wiele. To znaczy rozmawialam sama ze soba bo on
        nie ma zadnych problemow. To ja mam problemy wedlug niego. Przy tym wszystkim
        on jest bardzo pewny siebie!!!!!! Czasem nie potrafie go zrozumiec i rozgryzc.
        Sama siebie tez nie rozumiem. W sumie to mam do niego tyle zalu ze nie wiem
        czemu ten seks jest udany. Juz sie zastanawialam kiedys nad tym i stwierdzilam
        ze to nie jest milosc. On mi jakos imponuje jako mezczyna..jest taki pewny
        siebie i wladczy. A ja taka ofiara:( Te jego silne cechy osobowosci to
        oczywiscie jest ewidentna bzdura. Nie wiem, nie wiem, nie wiem.
        Jutro sie pogodze to prawda. Tylko ze robie to juz od jakiegos czasu bez
        przekonania w sercu. Ot tak by miec spokoj. I to wszystko narasta we mnie,
        narasta.
        Ola
        • Gość: Andrzej Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( IP: *.unl.edu 16.01.02, 23:10
          ola32 napisał(a):

          > Cierpie bardzo. Ostatnio zauwazylam ze zyje jak automat. Nic mnie nie cieszy.
          > Znalazlam cieple slowa dla niego poniewaz chce byc obiektywna. Jest tak jak
          > opisalam. Tyle ze juz sama nie wiem czy go kocham czy jestem z nim dlatego ze
          > sa dzieci, ze nie umialabym zyc sama. Moze za kilka lat odejde.
          >
          > Rozmowa nic nie da. Bylo ich wiele. To znaczy rozmawialam sama ze soba bo on
          > nie ma zadnych problemow. To ja mam problemy wedlug niego. Przy tym wszystkim
          > on jest bardzo pewny siebie!!!!!! Czasem nie potrafie go zrozumiec i rozgryzc.
          > Sama siebie tez nie rozumiem. W sumie to mam do niego tyle zalu ze nie wiem
          > czemu ten seks jest udany. Juz sie zastanawialam kiedys nad tym i stwierdzilam
          > ze to nie jest milosc. On mi jakos imponuje jako mezczyna..jest taki pewny
          > siebie i wladczy. A ja taka ofiara:( Te jego silne cechy osobowosci to
          > oczywiscie jest ewidentna bzdura. Nie wiem, nie wiem, nie wiem.
          > Jutro sie pogodze to prawda. Tylko ze robie to juz od jakiegos czasu bez
          > przekonania w sercu. Ot tak by miec spokoj. I to wszystko narasta we mnie,
          > narasta.
          > Ola

          Takie typy tu w Hameryce nazywaja "nonnegotiable", czy ludzie z ktorymi nie
          mozliwe sa negocjacje. Czesc mezczyzn jest taka. Chyba zainteresuj sie sprawa
          rozwodowa, nie ma powodu by tracic nerwy i zycie z takim klientem. U mnie bylo
          inaczej, bo to ja odchodzilem.
          Pozdr, Andrzej.
          • kwieto Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( 16.01.02, 23:16
            Uhm... bo skoro on niszczy Twoje zycie... wiesz nawet dzieci niekoniecznie sa
            argumentem, one czuja, ze jest cos nie tak. A moze trzeba porozamawiac z
            dziecmi, jak one widza sprawe? A potem podjac decyzje o rozwodzie?
            Bo jesli to Ty utrzymujesz rodzine, to nawet zatrudnienie opiekunki zamiast
            zywienia meza moze sie oplacic... Kosztowo wyjdzie na jedno, a Ty wreszcie
            bedziesz mogla odpoczac. W koncu nie liczy sie "Co" a "Jak" - czyli mniej czy
            masz meza, a bardziej jak sie z tym mezem czujesz - jesli Ci zle, to nie boj
            sie tego zmienic.
          • ola32 Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( 16.01.02, 23:18
            > U mnie bylo inaczej, bo to ja odchodzilem.
            > Pozdr, Andrzej.
            Z podobnych powodow Andrzej? Uprzykrzano Ci zycie, wpedzano w poczucie winy i
            ograniczano wolnosc?
            ola

          • ola32 Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( 16.01.02, 23:30
            Nie moge sie rozwiesc. Gdybym teraz zlozyla pozew o rozwod moj maz potraktowalby
            mnie jak ufoludka z innej planety albo niepoczytalna umyslowo. Ola jest jego i
            dla niego. Dzieci sa szczesliwe z nim. Dzieci przezylyby jeszcze wiekszy szok.
            Moze tak jak proponuje kwieto nauczyc sie asertywnosci. Tylko ze to ja sie
            zmienie. A on nie. I co mi to da? On i tak bedzie smecil przy kazdej okazji i
            zatruwal mi zycie.
            ola

            • kwieto Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( 16.01.02, 23:37
              A skad wiesz? moze dzieciom tez smeci, i maja go troche dosc? Dzieci sa na
              prawde sporo wrazliwsze niz sie nam zwykle wydaje...
              A jesli Ty sie nauczysz asertywnosci, to on moze zobaczy, ze jego "smety" nie
              sa skuteczne i da spokoj? albo sie zmieni sam z siebie? Wazne jest, abys Ty sie
              tymi smetami nie przejmowala, i to sie liczy.
              Po prostu ignoruj go. chodz na spotkania z przyjaciolkami, a na protesty po
              prostu sie odgryzaj. z niewinnym usmiechem i zdziwieniem w stylu: "nie
              pozwolisz mi, bedziesz az tak okrutny?" najlepiej...
              • Gość: Anna27 Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( IP: *.proxy.aol.com 16.01.02, 23:57
                Musicie isc na terapie.

                Ola, jak bedziesz dalej grzeczna to nic sie nie zmienie. Nie namawaim Cie do
                rzowodu, ale musisz coz w tym malzenstwie zmienic. Moze tak jak mowi kwieto
                trzeba zrobic facetowi terapie szokowa i od walkoni nawymyslac. (Pisze to
                bedac bezrobotna, wiec troche sama poczulam sie teraz jak walkon, ale ja
                przynajmniej wysylam swoje cv.)

                Moze on tez sie czuje malutki, bo nie ma pracy i przed Toba zgrywa takiego
                super-omnibusa z IQ 200. Czasem bezrobocie ma taki wplyw na czlowieka. Wiem
                bo na studiach mnie uczyli do jakiego nijakiego samopoczucia moze doprowadzic
                brak pracy. Nie bardzo chce mi sie wierzyc, ze ktos lubi siedziec w domu.
                Mnie szlag trafia bez pracy mimo, ze moje bezrobocie nie jest takie dlugie i
                pene pracy tworczej niskozrobkowej.
                • Gość: kwieto Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( IP: *.dhcp.adsl.tpnet.pl 17.01.02, 00:03
                  Uhm, Ida, masz racje (sam tez jestem bezrobotny). Tylko ze ja (do cholery)
                  wysylam CV, przegladam Internet, a ostatnio podlapalem extra-zlecenie - wiec
                  cos robie! A siedzenie w domu przez dluzszy czas i nie robienie niczego
                  doprowadzilo by mnie pewnie do szalu.

                  Natomiast jak ktos siedzi i nic nie robi, a do tego lagodne traktowanie go nie
                  skutkuje - to czasem trzeba takiemu takiego kopniaka dac, zeby przelecial pare
                  metrow... zawsze moze sie czegos nauczy, a jak nie, to potem wykopac go przez
                  okno lzej... Nie wiem, ale jakby ktos na moim garnuszku ciagle narzekal i nic
                  nie robil, to bym po prostu wypedzil go z domu, albo dawkowal "miesieczne"
                  (dosc niskie) i niech sie o reszte sam stara.
              • Gość: anka Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 23.01.02, 00:36
                hmm czytam sobie ta historie o pomyslalm czy to o mnie ola pisze????ale nie to
                przeciez ja anka przezywam takie streru kazdego dnia jest miedzy nami ta
                roznica ze mam z mezem osobne lozka ..wiem pieknie mowicie doradzacie to plynie
                z serca ja wiem ale w ptaktyce z takim czlowiekiem bardzo trudno sie zyje
                mowicie wyjdz do kolezanki po pracy zasluzylas i mamy problem jezlei wyjde na
                co musi sie pan laskawie zgodzic /zadko sie zdaza/ wrocic na czas i jeszcze
                sluchac awantury....z boku na nas sie patrzac sasziedzi mowia jaka kochajaca
                sie para ...wszedzie razem ...taj jestesmy 24 godziny razem wspolna praca a
                pozniej w domu ty nic nie umiesz balaganiara bezmyslana istota itd ...jak to
                bardzo boli kurcze sie w sobie moje oczy sa smutne lzy plyna mi z oczu.. moze
                tylko zaznacze ze mamy firme /ja ja praktycznie prowadze wszystko na mojej
                glowie /a pozniej slysze nieudaczniku ....och jak to boli we mnie juz peka
                wszsytko dusze sie w tym zwaizku och w ajkie kompkleksy mnie wpedzil....
                ale pewnego dnai postanowilam podniesc glowe do gory i zobaczyl bunt pioruny
                w moich zielonych oczach i moje slowa dosyc tego............ przebudzilam sie
                teraz sie zaczelam bronic ...niestety sa klotnie nie chcialabym tego ale musze
                on mnie niszczyl wtragnol do moejej psychiki wiec....tak walcze o siebie
                zaczelam z tego wychodzic nosze glowe wysoko podniesiona ...i o dziwo znowu
                sie usmiecham ...to trudne wiem o tym...
                czy bede z nim do konca ??mysle ze nie to kwestia roku....chce sie z tego
                wyzwolic i jasno popatrzec na swiat chce kochac i byc kochana a na to nigdy nie
                jest za pozno......wiec...
    • Gość: Dora Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( IP: 212.244.205.* 17.01.02, 11:28
      >On zajmuje się domem, ja praca (...)

      Jemu się musi potężnie nudzić.

      >Rozlicza mnie z kazdej minuty. Zabrania wychodzenia do
      >kolezanek

      Pies ogrodnika? Sam nie zje i innemu nie da.

      >Czasem gdy po raz kolejny placze po jego kolejnych napadach wscieklosci i
      >trzaskaniu drzwiami to zaczyna mnie rozsmieszac i ja się godze. W ogole to
      wszystkie konflikty >i klotnie sa rozwiazywane bardzo szybko pomiedzy
      >nami. Czasem w lozku.

      I to jest duży błąd. W ten sposób sama podważasz swoje uczucia w jego oczach.
      Płacze a za chwile się śmieje - czy taka kobietka może być traktowana poważnie?
      Jak laleczka, jego Ola. Skąd on może wiedzieć jak naprawdę się z tym wszystkim
      czujesz?

      >Jestem uzalezniona od jego akceptacji, chce mieć spokoj w domu. Sama
      >mam problemy ze soba?:(

      Spokój w domu dobra rzecz, ale z tym uzależnieniem od akceptacji to
      rzeczywiście jest twój problem. Bo dlaczego ty masz zawsze akceptować jego a
      nie on ciebie? On nie jest uzależniony od twojej akceptacji a chyba też chce
      mieć spokój w domu?

      >Wszystko dusze w sobie. Mam wrazenie ze cos we mnie powoli peka

      No nie dziwię się, wpakowałaś się w niezły kieracik. A ciekawe co o tym
      wszystkim sądzi twój psychiatra.


      • Gość: Kim Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( IP: 213.77.91.* 17.01.02, 12:14
        Ola, nie myśl na każdym kroku, co on pomyśli, jak zareaguje. Nie możesz przy
        nim oddychać. Ja też byłam w takim małżeństwie, w pewnym momencie już wszystko
        robiłam nie tak, a potem przestałam spełniać oczekiwania. A przecież tak się
        starałam - tylko co z tego, jeśli nie wiedziałam, jakie są te jego oczekiwania.
        Myślę, że z tymi typami jest tak, że ze strachu, żeby nie stracić kobiety
        próbują ją sobie podporządkować. W myśl zasady, że jak ona będzie się czuła
        słabsz, to nie opuści "silnego" mężczyzny. Zastanów się, czego Ty pragniesz, a
        nie oglądaj się ciągle na niego. Należy się liczyć ze zdaniem bliskiej i
        ukochanej osoby, ale nie wtedy, kiedy Tobą manipuluje. Nie daj się skrzywdzić.
        Mój mąż też mi mówił, żebym dobrze się zastanowiła, czy na pewno chcę rozwodu,
        bo kto potem zechce rozwódkę. Jak się okazało - zechciał i to szybciej niż się
        on tego spodziewał. I wreszcie poczułam, co to jest bliskość w związku. Pomyśl
        też o dzieciach - czy na pewno chcesz, żeby oglądały takie obrazki domowe,
        kiedy tatuś poniża mamusię. Trzymaj się. Nie jesteś sama.
        • pchelka Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( 17.01.02, 13:13
          Ola, wiem, że to niełatwe, sama coś podobnego przeżyłam.
          Im bardziej facet jest niezadowolony z siebie, tym bardziej póbuje zgnębić swoją
          partnerkę, szczególnie, gdy czuje, że to ona jest bardziej poukładana i
          silniejsza od niego (chociaż na różne sposoby zależna). Ulubioną taktyką jest
          wpędzanie w poczucie winy i kompleksy, których ty tak naprawdę nie masz powodu
          mieć!!! To z nim jest coś nie w porządku!
          Ja poszłam na całość - zostawiłam go i ułożyłam sobie życie od nowa, on do dziś -
          nie.
          Jeśli dalej będzie tak z tobą postępował, to się dobrze zastanów nad rozstaniem -
          masz jedno życie.
    • Gość: Krytek Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( IP: 217.197.166.* 17.01.02, 16:07
      Rzeczywiscie masz bardzo trudna sytuacje.W duzej mierze dlatego, że nie jest do
      końca klarowna. Sama widzisz i plusy i minusy.
      Z Twoich wypowiedzi jednoznacznie nasuwa sie wniosek takowy :boisz sie
      samotnosci, nie wiesz co byłoby dalej, patrzysz na dzieci. To błąd. Dzieci
      wychowywane w takim wzorcu rodziny tracą więcej niz wychowywane samotnie.Wierz
      mi, ze cos wiem na ten temat;)
      Porady typu "zostaw go" nic nie dadza, bo Ty tego nie zrobisz. To jest dla mnie
      jasne.Przynajmniej na razie.
      Więc tak :zostajecie razem.Sytuacja jest bez zmian.Meczy Cie coraz bardziej,
      moze doprowadzic do depresji. To jest stan obecny.Co zrobić ?
      Moim zdaniem powinnas przyjac zupelnie inna postawe wobec meza.Przede wszystkim
      ignorowac jego zaczepki. Nie zwracac uwagi na jego kaśliwości. Chodz do
      kolezanek, rób co chcesz i uwazasz za stosowne. W chwili obecnej on czerpie
      satysfakcje z tego co robi, bo widzi tego efekty. Nie dawaj sie prowokować.
      Wiem, ze to trudne, ze moze byc odebrane przez dzieci w sposób Tobie
      niesprzyjający. Najprawdopodobniej Twoj maz bedzie chcial wtedy przeciagnac
      dzieci na swoja strone. I wtedy cos zacznie dziac sie w Twoim zyciu, to bedzie
      poczatek konca Waszego zwiazku.
      I tego Ci zycze, bo ten człowiek sie nie zmieni. Życze Ci, zebys za jakis czas
      całkowicie się od niego odizolowała i zaczęła zycie od nowa, bo na to
      zasługujesz.
      Szanuj sie.Życze powodzenia
      • Gość: Renka Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( IP: *.home.cgocable.net 21.01.02, 10:12
        Zawsze jest jakies wyjscie.Wiekszosc ludzi wypowiadajaca sie w postach doradza
        ci rozwod.Z jaka latwoscia ludzie radza odejscie, rozbicie rodziny, pozbawienie
        dzieci uwielbianego(sama napisalas)ojca..Ja przeczytalam wszystkie wypowiedzi i
        przyznam sie, westchnelam, serdecznie ci wspolczujac.Jestes niesamowicie
        dzielna, bo pracujesz na dwa etaty. Utrzymanie domu i w domu, na nowo praca
        domowa. Twoj maz wychowuje dzieci, tak wyglada z postu.Jest z nimi prawie
        ciagle.To jest jego ogromny atut."Wychowuje" takze ciebie, jako trzecie
        dziecko.Chyba to on wyslal cie do psychiatry?
        Czy stres jaki masz nie wynika z sytuacji w twojej pracy? A moze ta
        nadopiekunczosc twojego meza (graniczaca z groteska)ma zrodlo w obawie ze
        stracisz i ty prace? " co wtedy by sie stalo?" Ja mysle, ze on sie tym
        martwi.Jemu po prostu potrzebna jest jakakolwiek praca.Sytuacja , jaka masz
        moim zdaniem w duzej mierze zostala spowodowana NIE z twojej ani z meza winy.
        To bezrobocie. Trudno sie dziwic , ze jest w stresie , kiedy nie pracuje.
        Facet. Nie pracuje.To tragedia. On stara sie wywiazywac z roli MAMY swietnie,
        ale bez przesady. Ma to swoje granice.Ja , jesli wolno mi cos poradzic,
        chcialabym, abys myslala o swojej rodzinie, ktora jest w trudnej sytuacji, ale
        nie w beznadziejnej!Wiesz, to, ze nikt do was nie przychodzi, ani wy nigdzie
        nie chodzicie: to chyba normalne w TAKIEJ sytuacji.Wszedzie mezczyzni pracuja,
        a on nie. Kobiety zajmuja sie dziecmi i domem, a tu ON.Po prostu on nie chce
        sie dodatkowo stresowac.Dlatego unika konfrontacji z "normalnymi" (wybacz, ale
        to nienormalne, aby facet siedzial w domu, a zona pracowala, chociaz to nie
        jego, ani twoja wina, to wina rzadu kraju w ktorym mieszkasz).Za bezrobocie
        odpowiada rzad, nie obywatel.Skutki natomiast ponosi obywatel i musi sobie
        poradzic.Postaraj sie obrocic w zart jego "pretensje", nie pokazuj swojej
        slabosci.Jestes silna i musisz byc silna.Mysle, ze chcialabys odwrocic wasze
        role, a tu ni ma tak.Tupnij nozka czasem, ale nie za mocno ! To wszystko nie
        jest takie proste.Nalezy jednak miec nadzieje na cud. I jak sie zdarzy to daj
        znac.Jak znajdzie prace, wszystko minie :))))
        • kwieto Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( 21.01.02, 11:34
          Renka, przestan pieprzyc, nie wszyscy maja rodziny och-ach pelne milosci i
          wspolczucia! Rozumiem, ze w momencie gdyby maz na przyklad bil swoja malzonke,
          to tez jest to jej "wychowywanie"??
          • mak05 Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( 21.01.02, 13:32
            Hej ! Olu!

            Z dużym zaciekawieniem przeczytałam wszystkie wypowiedzi!

            Ciekawa jestem co na to co opisalas Twoj psychiatra?

            Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że widzisz
            "nienormalność" tej sytuacji. To pierwszy krok do zmian.
            Zmiana przeraża! Wiem coś o tym.

            Pewnie latwiej być w obecnej rzeczywistości, kiedy
            wiesz czego się możesz spodziewać, kiedy wszystko jest
            do przedwidzenia.

            Najtrudniejsze jest podjęcie decyzji czy chcesz jak to
            piszesz żyć dalej w roli "ofiary" czy nie..
            Nikt tego za Ciebie Olu nie zrobi.
            Oczekiwanie na cud, że coś sie stanie i on się zmieni
            nie pomaga w podejmowaniu decyzji.
            Ale możesz dopomóc cudowi. Z mojego punktu widzenia nie
            mamy wpływu na zmiany drugiego człowieka , ale mamy
            wpływ na zmiany siebie.
            I tak się jakoś dzieje, że jak ja sie zmieniam to
            zmienia się świat wokół mnie i relacje z innymi ludźmi.
            Nie ma sytuacji bez wyjścia! Są tylko kłopoty w
            znalezieniu tych wyjść.
            Myślę, że warto zrobić bilans strat i zysków bycia w
            takim związku.
            To trudne ale możliwe. Otwiera też oczy na to co jest
            dla Ciebie ważne.
            Z mojego punktu widzenia to w większości waszych
            relacji Ty jesteś facetem w tym zwiazku.

            A rady co do tupania nogą, ignorowania, rozwodu itp. ....
            Warto abys to Ty wybrała co jest dla Ciebie na ten
            moment realne.

            A co do asertywności!
            Najważniejsze dla mnie w tym sposobie wyrażania siebie
            jest rozpoznanie swoich potrzeb, oczekiwań, marzeń czy
            wartości.

            Pozdrawiam

    • Gość: fnoll zrobic sytuacje z wyjsciem :) IP: 195.150.224.* 21.01.02, 14:28
      mam nadzieje, ze juz widzisz wyjscie z sytuacji :)))

      to co napisal kwieto jest zdaje mi sie dobra recepta na twojego "diabelskiego"
      meza - on rzuca na ciebie zaklecia marudzeniem, rozsmieszaniem, krytyka i
      grozeniem, nie muszac tym samy zajac sie wlasnym zyciem bo cala swa frustracje
      umieszcza w tobie - zatem ty musisz nauczyc sie zaklec ochronnych!

      tak jak pisal kwieto - on ci wstawia tekst, ty mu powtorz to samo (to jak w
      bajce o bazyliszku ktorego zalatwili lustrem - a twoj maz doprawdy omotal cie
      jak bazyliszek), tylko mocno trzymaj lustro! niech sie zobaczy

      poza tym jesli masz taka mozliwosc - to moze dobrze byloby wziac urlop na
      tydzien czy dwa i wyjechac z dziecmi gdzies, moze do rodziny, i zostawic go
      samego - mowiac mu, ze potrzebujesz sobie odpoczac, przemyslec etc. i kropka,
      i ze on na pewno sobie sam swietnie da rade

      jak nie bedzie mial pod reka ani ciebie, ani dzieci - to bedzie mial klopot z
      uciekaniem przed odpowiedzialnoscia za wlasne zycie

      ale, podejrzewam, ze bedzie bardzo, bardzo bronil obecnych ukladow, bo dla
      ciebie zmiana, odzyskanie niezaleznosci bylaby zmiana na lepsze, zas dla niego
      katastrofa - musialby zetknac sie z tym, co tak bardzo obecnie stara sie
      ukryc, ominac, czego sie zwyczajnie boi

      bo wiesz, to on jest slabszy w tym ukladzie, tylko ze niezle czaruje

      powodzenia! :))))

      fnoll
    • Gość: misiaczek31 Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( IP: *.oknet.com.pl 23.01.02, 10:15
      Droga Olu,
      przeczytalam uwaznie Twoja historie, jak rowniez wypowiedzi wszystkich osob,
      ktore zdecydowaly sie udzielic Ci rady.
      Zdecydowalam sie napisac, chociaz nie zamierzam Ci nic doradzac. Pisze,
      poniewaz bylam w sytuacji bardzo podobnej do Twojej i wlasciwie jakos sie z
      niej wyplatalam.
      Moj maz jest po prostu identyczny jak Twoj jezeli chodzi o ogolny profil
      psychologiczny tzn. sposob w jaki mnie zawsze traktowal i metody, jakie
      stosowal w celu "wychowania mnie" na swoja zone. Ponadto ja bylam (i pewnie
      nadal mimo wszystko jestem) taka jak Ty. Gdybym piec lat temu chciala opisac
      moj zwiazek, to zrobilabym to w bardzo podobny sposob. Osoby takie jak my boja
      sie stresu zwiazanego z konfliktem i za wszelka cene go unikaja (to taka metoda
      walki ze stresem :). Wiaze sie to z nieustannym uleganiem "dla swietego
      spokoju". Niestety jest tak jak napisalas w jednym z ostatnich postow - cos w
      Tobie narasta. Ile mozna skumulowac w sobie nierozwiazanych
      tylko "odpuszczonych" problemow?! Przy kazdej kolejnej klotni przypominasz
      sobie wszystkie poprzednie jego niesprawiedliwe zarzuty i tysiac innych
      sytuacji, w ktorych gnebil Cie psychicznie. W pewnym momencie staje sie to
      ponad Twoje sily. Dlatego wyladowalas u psychiatry z depresja.
      Oprocz tych nierozwiazanych konfliktow, o ktorych pisze mialam jeszcze inny
      problem, ktory pewnie wynika z wrodzonej chorobliwej potrzeby akceptacji.
      Jestem osoba, ktora bardzo malo wymaga od innych (w tym oczywiscie rowniez od
      meza) poniewaz boje sie, ze moje oczekiwania moglyby byc zbyt duze i
      rozczarowalabym sie dana osoba. Dlatego staram sie wymagac jak najmniej i wtedy
      ciesze sie tym, co dostaje chociaz jest to bardzo malo. Z kolei jesli nawet te
      moje niewielkie wymagania zostaja zawiedzione, to wchodzi do akcji rozwinieta u
      mnie do granic patologii zdolnosc empatii. Natychmiast stawiam sie w sytuacji
      osoby, ktora mnie zawiodla i na wszystkie mozliwe sposoby tlumacze sobie motywy
      jej postepowania w celu oczywiscie usprawiedliwienia.
      Rezultatem tego wszystkiego bylo popadanie przeze mnie w coraz wieksze
      kompleksy, bo wierzylam w to co slyszalam na codzien: leniwa, balaganiara, i
      ogolnie do niczego (wlasciwie takie zarzuty tylko slyszalam, bo zadnych
      konkretnych nigdy nie bylo. Jak sie pytalam co moglabym ewentualnie robic
      inaczej, zeby go zadowolic, to mowil "zmienic caloksztalt").
      Taaaa.... nie jest latwo zmienic caloksztalt. Staralam sie byc asertywna,
      stosowalam terapie szokowa... Wlasciwie robilam wszystkie te rzeczy, ktore
      doradzaja Ci forumowicze. Niestety efekty przynosilo to na krotka mete, bo po
      jakims czasie otrzasal sie z szoku i zaczynalo sie od nowa, tylko, ze znajdowal
      sposob na odbicie pileczki i kazdy moj kolejny pomysl na walke musial byc juz
      inny. Nie dalo sie dwa razy powiedziec np."zostaw mnie, skoro nie spelniam
      Twoich podstawowych oczekiwan", bo tylko za pierwszym razem przeprosil i
      byl "grzeczny przez jakis czas. Za drugim odpowiedzial: "dlaczego mam zostawic
      dorobek zycia? Tyle pieniedzy wladowalem w urzadzenie mieszkania.Mozemy zyc tak
      jak teraz ale osobno - kazdy robi co chce tylko w jednym mieszkaniu mieszkamy".
      Przeciez nie o to mi chodzilo!
      Wiecej przykladow nie bede podawac. Generalnie wszystkie metody byly
      nieskuteczne, poniewaz "ten typ tak ma" i nie ma na niego sposobu. To znaczy
      nie ma o ile chce sie miec szczesliwa prawdziwa, kochajaca rodzine.
      Po ok. 10 latach nierownej walki znalazlam sposob.
      Po prostu przestalam walczyc. Pogodzilam sie z faktem, ze nie da sie nic
      naprawic, czy zmienic. Ze swoim postepowaniem zniszczyl wszystkie uczucia,
      ktore kiedykolwiek do niego zywilam. Zrozumialam, ze JUZ GO NIE KOCHAM.
      Zniknelo!
      Prawie w tym samym momencie na mojej drodze stanal ktos kogo pokochalam. Nagle
      wszystkie konflikty domowe przestaly byc dla mnie wazne. Przestalam zastanawiac
      sie nad kazdym slowem, ktore mogloby mojego slubnego przeniesc gwaltownie ze
      stanu blogosci w stan furii (jego nastroj potrafil zmieniac sie o 180 stopni w
      ciagu 2 sekund). Zarzuty jakie mi stawial przestaly mnie w ogole obchodzic.

      Gdy tylko zdecydowalam sie zaczac spotykac z tym drugim, postanowilam rozstac
      sie ostatecznie z mezem.
      Znalazlam w sobie sile (to zupelnie do mnie niepodobne) i podjelam decyzje.
      Powiedzialam mu, ze go nie kocham, i ze nie da sie naprawic tego, co psulo sie
      tyle lat. Myslalam - glupia - ze uniesie sie honorem i odejdzie. Niestety
      nastapila w tedy scena, ktorej nie zapomne do konca zycia. Chodzil za mna na
      kolanach, plakal... nie da sie tego opisac. To bylo straszne!
      Nie wiedzialam co robic i po prostu peklam. Zostalam z nim dla swietego spokoju
      i dla dziecka (chociaz dziecko to tylko wymowka, bo on nie jest dla naszego
      syna taki jak Twoj dla dzieci. Wlasciwie to jest okropnym ojcem ale lepszy taki
      niz zaden... chyba). Byloby inaczej gdybym mogla zwiazac sie z tym, ktorego
      kocham ale nie moge. Dlatego zyje w fikcyjnym zwiazku malzenskim. Nie sypiamy
      razem ale tez zycie jest bardziej spokojne. On sie zmienil w stosunku do mnie.
      Juz mnie nie krytykuje, bo zobaczyl, ze nie robi to na mnie zadnego wrazenia.
      Sytuacje konfliktowe zdarzaja sie sporadycznie, bo nawet jezeli mowi cos co
      powinno wywolac gwaltowna reakcje z mojej strony, ja nie daje sie wyprowadzic z
      rownowagi. Po prostu nie obchodzi mnie co on o mnie mysli i nie zalezy mi na
      jego milosci. On to czuje podswiadomie i boi sie, ze dojdzie do konfliktu, w
      ktorym nie ulituje sie i bedzie musial odejsc, a tak naprawde nie ma dokad
      (mieszkanie, w ktorym zyjemy jest moje). Nie mam oczywiscie pewnosci ale mysle,
      ze jest to glowna przyczyna, dla ktorej tak mnie blagal, a teraz polozyl uszy
      po sobie. Po prostu za duzo by stracil materialnie, a poza tym co jego mama i
      ludzie by na to powiedzieli ?!!!
      Zreszta to jest niewazne.
      Mam swoje zycie obok jego zycia i jestem szczesliwa, chociaz oczywiscie nie do
      konca, bo moj ukochany nie moze byc tylko moj i wiem, ze robie zle spotykajac
      sie z nim.
      Jednak wole takie piekielko niz pieklo, ktore mialam przedtem.
      Czuje sie piekna, madra, kochana i doceniana. Nawet gdyby mialo sie to skonczyc
      jutro, to ponad 2 lata, jakie przezylam z tym uczuciem sa warte cierpienia,
      ktore mnie czeka, gdy moja milosc odejdzie.
      Olu,
      nie chodzi o to, ze masz zrobic tak, jak ja. Ja nie zrobilam dobrze i jestem
      slaba. Wlasciwie jestem kobieta, ktora zapomniala co to moralnosc i ma romans z
      zonatym facetem. Tego nie da sie usprawiedliwic.
      Chodzi o to, zebys wiedziala jak bylo u mnie i zebys ewentualnie uniknelam tego
      wariantu, bo chyba to, co mnie sie przytrafilo nie jest najlepszym
      rozwiazaniem, chociaz jest mi z tym dobrze i nie potrzebuje porady psychiatry.
      Moze Tobie uda sie znalezc prawdziwa nietoksyczna milosc z mezczyzna innym niz
      twoj/moj maz.

      Oni nie sa normalni!!!!!
      Ich sie nie da zmienic!!!!
      (Niech Cie nie zmyla okresy spokoju, ktore moga trwac nawet po kilka miesiecy)
      Tracisz czas i tracisz zycie !!!

      Pamietaj sa wspaniali mezczyzni-partnerzy, ktorych nie trzeba sie bac, ktorzy
      potrafia sluchac i rozmawiac. Trzeba sie tylko rozejrzec. Moze spotkasz
      wspanialego wolnego faceta, ktorego pokochasz z wzajemnoscia i te problemy,
      ktore masz teraz przestana byc wazne.
      Swojego meza nie zmienisz. Wiem, bo probowalam przez wiele lat na podobnym
      modelu.

      Jedyny sposob, to przestac kochac i przyznac sie do tego przed soba.

      Pozdrawiam goraco i przepraszam, ze tak dlugo przynudzalam.
      Buziaczki -M-
      • Gość: anika Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( IP: 217.153.44.* 23.01.02, 12:35
        To co opisuje misiaczek i ola to ksiażkowe przykłady przemocy psychicznej. No
        właśnie - przecież nie bije, niby jest wszystko o.k., zajmuje się dziećmi więc
        o co krzyk? A jednak takie typy potrafią zmienić życie kobiety w piekło,
        wpędzić ją w niezasłuzone kompleksy, bo ona sobie radzi, zarabia, ma zycie
        towarzyskie, a on nie robi nic poza narzekaniem na swój zły los. Tylko że tak
        naprawdę dobrze mu z tym, gdyby było inaczej starałby się zmienić swoja
        sytuację, a on udaje biednego, pokrzywdzonego przez zycie, któremu nalezy
        współczuć i ciągle pomagać i wspierać. A przy okazji tej swojej bezradności i
        nieporadności potrafi doprowadzić do tego że żona czuje się winna, że pracuje,
        że potrafi zadbać o wszystko, że idzie do przodu i sie rozwija zamiast gnuśnieć.

        Dziewczyny! Nie dajcie sobą MANIPULOWAĆ! Niech gorzkie słowa spływaja po Was
        jak woda po kaczce, musicie zrozumieć że oni robia to bo nie mają żadnego
        atutu, zadnej przewagi nad Wami, wiec pozostaje im obrażanie i ponizanie. Są
        żałośni, łapią się wszystkich brudnych chwytów bo na nic więcej ich nie stać. A
        to Wy jesteście super kobietami!

        Pozdrawiam
        • Gość: renka Re:jeszcze jedna proba IP: *.home.cgocable.net 23.01.02, 14:38
          W postach powyzej napisalam, zeby Ola sie nie dawala,wzmocnila swoja pozycje,
          ale, ze cud moze zmienic sytuacje. Cuda istnieja. Ja wierze, bo wiele razy w
          moim zyciu zdarzyl sie CUD,co prawda w innych okolicznosciach, ale..Biorac pod
          uwage bezrobocie, brak mieszkan (tanich) i w ogole trudne warunki zycia w
          Polsce, wszelkie rozwody , podzialy majatku itp sprawy sa bardzo kosztowne dla
          przecietnej rodziny, w dodatku z jednym dochodem.Ja sama znam osoby, ktore ze
          wzgledow materialnych nie rozwiodly sie, tylko tak "jakos" sie rozstaly.Byly
          tam tez dzieci i dopoki ojciec dobrowolnie wspomaga ich wychowanie
          (materialnie) jest OK.Historia opisana przez misiaczka wydaje sie byc bardziej
          prawdopodobnym rozwiazaniem niz rozwod. Jednoczesnie sugeruje, ze sytuacje
          mozna zmienic przez TERAPIE MALZENSKA.Wiem,ze takie terapie prowadza tez
          urzednicy koscielni, moze tam poszukac pomocy?
      • Gość: anka Re: Co zrobic w sytuacji bez wyjscia:( IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 23.01.02, 20:00
        pzreczytalam twoj list z uwaga widze ze tobei sie udalo jakos wszystko
        pogodzic ...nieraz probvowalam nie reagowac ale to takie trudne on mnie
        wyraznie prowokuje ...a jak nie udaje sie to ...czasem podniesie reke zawisnie
        w powietrzu albo lekko mnie musnie....hmmm a ja mowie ostatni raz!!!!!!!!
        tak jeszzce jeden taki numer a znikne z twego zycia..wiem ze bezemnie on
        poprostu zginie zapytacie sie dlaczego tak mowie? naprawde robie wszsytko to ja
        prowadze firme podejmuje wszelkie decyzje utrzymuje dom ...
        w ubieglym roku psotanowilam sie zmeinic..powiedzialam dosyc.....
        nie wychodze sama raczej z domu bo pzoniej mam nieziemskie awantury ..ale
        rozwijam swoje zainteresowania ,zamykam sie w sowim swiecie marzen on tam nie
        ma dostepu,mam przyjaciol ineternetowych /innych juz dawno mi wybil z glowy/
        a zgadzalm sie an to wszytko dla swietego spokoju...
        zastanawaim sie ale chyba co neico do mojego meza zaczelo docierac ..wiem
        ze sie nie zmieni nie licze na to....mysle o rozwodzie boje sie tych decyzji
        mam dosyc zycia obok siebie klotni zimnego lozka.....
        • Gość: Renka Re:swiat marzen? IP: *.home.cgocable.net 23.01.02, 21:23
          Swiat marzen i internet jest dobry, ale musisz miec za co ten swiat UTRZYMYWAC,
          kochanie..
          • Gość: anka Re:swiat marzen? IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 23.01.02, 21:41
            na szczescie ma na to...tyle przynajmniej mi sie w zyciu udalo...
            • onnanohito Re:swiat marzen? 23.01.02, 22:48
              Olu, Anko i Misiaczku.
              Najprawdopodobniej nie odpowiecie na moje pytanie, ale może ...
              Bardzo mi na tym zalezy.
              Czy mogłybyście opowiedzieć mi, jak to było, gdy zaczynały się Wasze związki?
              Przed ślubem? Po ślubie, gdy jeszcze było dobrze? Zawsze niezmiernie
              intrygowały mnie takie, hmmm, koleje losu, jak to możliwe? Widzicie - mój
              Ojciec pił przez pół mojego świadomego życia, od chyba 11-12 lat nie pije. Moja
              Mama wiążąc się z NIm i wychodząc za Niego za mąż w wieku lat 19 wiedziała o
              tym, że pije i zdawała sobie sprawę, że pije dużo za dużo. Potem wiele razy
              żaląc się mówiła, że to Bóg ją ukarał za to, że skłamała - musieli stanąć przed
              jakąś komisją, czy czymś takim, bo byli niepełnoletni, tzn. mój Ojciec nie miał
              21 lat. I sędzina zapytała CZY PIJE, a moja Mama odpowiedziała, że NIE. Czyli
              tak naprawdę od samego początku wiedziała z kim się wiąże, a że sobie nie
              zdawała sprawy z tego, jak będzie jej życie wyglądało, to zupełnie inna sprawa.
              Mam Męża, od 10 miesięcy. I wiem, jaki jest. I wiedziałam to także przed
              ślubem. I wiem, że jeżeli się zmieni to tylko z powodu jakiejś choroby
              psychicznej.
              I chciałabym wiedzieć, jak to było w Waszym przypadku.
              Czy to możliwe, że Oni byli ZUPEŁNIE INNI przed ślubem, krótko po?
              Czy widziałyście jakieś drobne wtedy niepokojące szczegóły, ale myślałyście, że
              się zmienią, że to nie będzie takie ważne?
              Wiele razy myślałam o tym, bo niestety historii takich jak Wasze jest mnóstwo.
              To bardzo smutne i myślę, że może Wasza opowieść o tym co było PRZEDTEM mogłaby
              pomóc niejednej osobie.

              Pozdrawiam i mam nadzieję, że się odezwiecie.
              • onnanohito Re:swiat marzen? 24.01.02, 13:37
                Dziewczyny, byłabym wdzięczna, gdybyście się odezwały

                Pozdrawiam serdecznie
                • misiaczek31 Do Onnanochito 26.01.02, 22:38
                  onnanohito napisał(a):

                  > Dziewczyny, byłabym wdzięczna, gdybyście się odezwały
                  >
                  > Pozdrawiam serdecznie
                  Jakiś czas nie zaglądałam tu, więc nie wiedzialam, że ktoś czeka na odpowiedz.
                  Prosisz, żeby napisać jak to było na początku w przypadkach takich, jak moj...
                  Jeżeli chodzi o mnie to byla po prostu młodość i niedoświadczenie i mnostwo
                  innych czynników, ktore spowodowaly, ze zdecydowalam sie na malzenstwo. Cale lata
                  zastanawialm sie jak potoczyloby sie moje zycie, gdybym postapila inaczej.
                  Nie wiem czy uda mi sie wyjasnic wszystkie okolicznosci, ktore towarzyszyly mi w
                  momencie podjecia decyzji o zwiazaniu sie z moim mezem.
                  Z gory wiec przepraszam, ze moj post moze byc przydlugi ;)
                  Bylo to tak:
                  Mialam szesnascie lat gdy go poznalam. Nie byl moze pierwszym chlopakiem, ktory
                  zwrocil na mnie uwage, bo wczesniej spotykalam sie z paroma ale oczywiscie
                  spacerow po parku, trzymania za reke i paru wyjsc do kina nie mozna nazwac
                  zwiazkami he he he... Mowie o tym tylko dlatego, zeby wyjasnic, ze nie bylam
                  szara myszka czekajaca, ze jakikolwiek przedstawiciel plci meskiej sie nia
                  zainteresuje. Po prostu w tym wieku dziewczyna czeka na ksiecia bajki, ktory
                  pokocha ja na cale zycie itp. On spelnial wszelkie wymogi i chociaz nie powalil
                  mnie swoja uroda, bo nie byl Bradem Pittem ani nic w tym rodzaju, to jednak mial
                  w sobie cechy, ktore mnie przyciagaly - ogromne poczucie humoru, byl dusza
                  towarzystwa, starszy o 4 lata i przede wszystkim calkowicie zwariowal na moim
                  punkcie. Ktos kiedys powiedzial, ze kobieta nie potrafi sie oprzec uczuciu, które
                  wzbudza w innych. Nie wiem moze ze mna tak bylo... Nie pokochalm go, ani nie
                  zauroczylam sie od pierwszego wejrzenia. On pracowal nad tym dlugo. Spotykalismy
                  sie raz w tygodniu, potem dwa razy, a w koncu codziennie. Przynosil mi kwiaty,
                  troszczyl sie o mnie, interesowal i w koncu powiedzial, ze mnie kocha. Bylam
                  zdezorientowana, bo nie mialam doswiadczenie. Byl pierwszym chlopakiem, ktory az
                  tak bardzo powaznie mnie traktowal. Ja mialam szesnascie lat, a on 20. Byl
                  dorosly i traktowal mnie tak jakbym ja tez byla dorosla, a ja tak sie czulam.
                  Mysle, ze bylam bardzo dojrzala jak na swoj wiek, co nie znaczy, ze madra
                  niestety.
                  Gdy go nie bylo, tesknilam, gdy sie poklocilismy, nie jadlam przez tydzien.
                  Pomyslalam - to chyba jest milosc i samam w to uwierzylam moim wtedy juz
                  siedemnastoletnim sercem.
                  Po roku znajomosci i spotkan widzialam jego wady. Wiedzialam, ze jest porywczy i
                  ma jakies dziwne fochy, ktorych nie rozumialam. Wiedzialam, ze z trudnoscia
                  przychodzi mu przeprosic (o ile w ogole przeprasza). Kolejne konflikty konczyly
                  sie wyciaganiem reki zawsze z mojej strony. Meczylo mnie to bardzo ale w swoim
                  naiwnym kilkunastoletnim rozumku myslalm - tyle razem pieknych chwil przezylismy,
                  ze nie warto tego przekreslac jakas glupia sprzeczka, bo przeciez jestesmy razem
                  juz poltora roku... (Poltora roku!!!! Smieje sie tereaz z tego po prawie 13
                  latach - zmarnowanych wlasciwie).
                  Myslalam skad u mnie sie brala ta chec ratowania czegos, co tak naprawde nawet
                  sie jeszcze nie zaczelo.
                  To wychowanie.
                  Byl moim pierwszym mezczyzna i w momencie, kiedy zdecydowalam sie, a wlasciwie
                  zgodzilam na zblizenie fizyczne, to potraktowalam ten fakt jak slub. Tak bylam
                  wychowana - cnota dla meza. W zwiazku z tym, skoro zgodzilam sie kochac go
                  fizycznie oznaczalo to dla mnie, ze wlasnie jego wybralam na cale zycie. Z kolei
                  skoro podjelam dorosla decyzje, to nie chcialam za zadne skarby swiata przyznac
                  sie nawet przed soba, ze popelnilam blad, wiec przez lata udowadnialam innym ale
                  przede wszystkim sobie, ze moja podjeta w wieku 18 lat decyzja byla madra i
                  dojrzala, podczas kiedy byla po prostu lekkomyslna. Nie wyobrazalam sobie, ze
                  moglabym tak jak niektore dziewczyny pojsc do lozka z chlopakiem, potem z nim
                  zerwac i znalezc innego, albo jeszcze kilku i wyjsc za maz np. za piatego z
                  kolei. Nie miescilo mi sie to w glowie! Wmawialam sobie, ze go kocham, bo
                  uwazalam, ze taki jest moj obowiazek, a tak naprawde nie wiedzialam co to znaczy
                  naprawde kochac.
                  Najtrudniejsze dla mnie bylo przyznac sie przed soba do wlasnej glupoty i
                  pogodzic sie z tym, ze popelnilam blad. Doszlam do tego po 10 latach.
                  Onnanohito, ja doskonale widzialam jego wady i nie chodzilo nawet o to, ze
                  wierzylam, ze je naprawie. Wierzylam, ze dam rade z tym zyc, bo latwiej bylo mi
                  wierzyc w to, niz w to ze sie pomylilam i poszlam do lozka z nieodpowiednim
                  facetem, a w dodatku zdecydowalam sie miec z nim dziecko.
                  Boze, kiedy teraz to czytam to wlos jezy mi sie na glowie jak moglam tak myslec,
                  i w dodatku umieram ze wstydu, ze pisze o tym na forum. Gdyby ktoras z moich
                  kolezanek opowiedzial mi cos takiego, to zlapalabym sie za glowe.
                  Trudno jest wytlumaczyc ten mechanizm komus, kto nie mial do czynienia z kims
                  takim jak moj maz. To jest tak, jak napisalam wczesniej - sa dlugie okresy
                  spokoju, a nawet sielanki. Wtedy czlowiek stopniowo chowa kolce i pioropusz
                  wojenny i mysli sobie "przeciez on nie jest taki zly.Kocha mnie, jest troskliwy i
                  zalezy mu na rodzinie. Jest po prostu nerwowy ale przeciez to nie sa powazne
                  sprawy, ktore by mialy zaraz rujnowac malzenstwo i burzyc spokojne zycie".
                  Potem nastepuje konflikt, ktory wywolany jest najczesciej o jakas kompletna
                  bzdure i drobiazg ale w jego wykonaniu urasta do dramatycznej sceny, ktorej
                  konsekwencje potrafia ciagnac sie nawet i miesiac (tak dlugo az ja nie przeprosze
                  albo udam ze nic nie bylo). Ten okres jest dla mnie po prostu meczarnia. Kilka
                  razy mylalam rowniez czy nie poprosic o pomoc psychiatre lub psychologa. Nie wiem
                  jak inni tego typu faceci ale moj maz ma nieprawdopodobne wyczucie. Tak jakby
                  dokladnie znal punkt, do ktorego moze sie posunac i ani milimetr dalej. Kiedy
                  zblizala sie ta niebezpieczna granica, za ktora ja stracilabym cierpliwosc i
                  postawila sprawe na ostrzu noza, on natychmiast potrafil sie wycofac. Myslalm
                  czasami, ze chcialabym zeby mnie uderzyl albo zdradzil... Zeby zrobil cos, co
                  zmusi mnie do podjecia decyzji o rozstaniu, a on nie... Nic mi nie chcial
                  ulatwic, az w koncu "ulatwilam sobie sama". Skorzystalam z okazji, ktora
                  nadarzyla sie w odpowiednim momencie. Moja milosc przyszla dokladnie wtedy, kiedy
                  zrezygnowalam z walki, pogodzilam sie z porazka i dojrzalam do podejmowania
                  decyzji. Niestety nie do konca poprawnych, ale takie jest cale moje zycie. To byl
                  moj sposob na ratowanie swojego zycia i zdrowia psychicznego. Nie zaluje, chociaz
                  cierpie. jednak to cierpienie jest wspaniale i to cierpienie moge wytrzymac, bo
                  sama sie na nie zdecydowalam i wiem, ze przerwe je wtedy kiedy JA zechce.
                  Znowu przynudzilam ale chcialam Ci Onnanochito wytlumaczyc jak bylo ze mna. Ja
                  widzialam jego wady. Mysle, ze inne kobiety tez widza ale z roznych powodow
                  czesto wypieraja sie tego. Sadze, ze wiele z nich tak jak ja boi sie przyznac do
                  wlasnej glupoty, czy lekkomyslnosci.
                  Pozdrawiam Cie Onnanohito i pozdrawiam wszystkie dziewczyny, ktore maja takie
                  popaprane zycie z nieodpowiednimi facetami.

                  • onnanohito Re: Do Onnanochito 27.01.02, 11:37
                    Dziękuję Ci bardzo, że sie odezwałaś. I dziękuję za szczerość. To wspaniale, że
                    potrafisz tak uczciwie opisać Wasz związek.
                    Widzisz, mam prawie 31 lat, od prawie roku jestem żoną i jest jak w bajce po
                    prostu. Trudno porównywać osobę, która decyduje się na śłub w wieku 18 i 30
                    lat. Tzn. uważam, że wiek ma tu duże znaczenie - w wieku 30 lat dużo łatwiej
                    jest spojrzeć na wszystko obiektywnie i rozsądnie ocenić sytuację. Wierzyłam
                    sobie, gdy podejmowałam decyzję, gdy poznawałam mojego Ukochanego. Byłam pewna,
                    że znam Go na wylot i niczym mnie nie zaskoczy. Ale zawsze wtedy słyszałam
                    różne opinie - nigdy nic nie wiadomo, po ślubie może być inaczej itp. Wierzyłam
                    sobie. I widzę, że mój mąż jest dokładnie taki sam jak przed ślubem. Tak samo,
                    jak Twój. To bardzo ważne, Misiaczku, co napisałaś, że kobiety, dziewczyny
                    zawsze widzą te wady, potem tylko nie chcą się przyznać do swej lekkomyślności.

                    Wniosek jest taki - jeżeli człowiek zdobędzie się wobec siebie na całkowitą
                    uczciwość przed ślubem i bez koloryzowania przyjrzy się partnerowi, zobaczy
                    wszystkie Jego plusy i minusy - zda sobie sprawę, że to właśnie z TAKIM
                    człowiekiemj będzie spędzał resztę swego życia - nic go później nie zaskoczy. I
                    może mieć pretensje tylko do siebie, a nie do partnera, tak jak moja Mama ...

                    Czy dobrze Cię zrozumiałam?
                    Dziewczyny. Czy któraś z Was, która uważa swoje małżeństwo za pomyłkę mogłaby
                    opisać swoją historię? Myślę, że to bardzo ważne dla innych dziewczyn i może im
                    bardzo pomóc PRZED podjęciem decyzji o ślubie.

                    Podzielcie się, proszę.
                    • iwona31 Re: Do Onnanochito 28.01.02, 01:52
                      Wprawdzie nie jestem mężatką i na pewno nie mogę opisać takich przeżyć jak ola
                      czy misiaczek, ale...
                      Mam przy sobie mężczyznę, który na początku znajomosci wydawał się uosobieniem
                      tego wszystkiego co chciałabym mieć u swego mężczyzny. Zakochałam się bez
                      pamięci. Nie zauważałam jego licznych, okropnych wad, bardzo zbliżonych do
                      tych, które opisały dziewczyny wyżej. Marzyłam o dziecku, rodzinie i tym
                      wszystkim, co się z tym wiąże.
                      Starałam się jak mogłam, ale im dalej w las tym było gorzej. Zaczęłam
                      uświadamiać sobie brak poczucia bezpieczeństwa przy tym człowieku, jego
                      minimalizm życiowy, psychiczne manipulacje, niewyobrażalny egoizm i BRAK
                      SZACUNKU DLA KOBIET W OGÓLE, określiłabym go nawet mianem mizoginisty. Jestem
                      osobą otwartą i szczerą, jego gierki, granie na emocjach, po prostu mnie męczą:
                      ( Jakiś czas temu otarłam się o psychologa, bo to wszystko mnie wyniszczało i
                      przerastało. Nie chcę tego wszystkiego opisywać, co przezyłam, bo naprawdę
                      chciałabym o tym wszystkim zapomnieć i do tego nie wracać.
                      Najgorsze jest jednak to, że nie można o tym człowieku powiedzieć, że jest do
                      końca zły. Dba o swojego syna (jest rozwiedziony), stara mi się czasem pomagać,
                      dzwoni regularnie (mieszkamy w innych miejscowościach), choć tylko wówczas jak
                      jest między nami OK i nie ma spięć. Jeśli się pokłócimy to przemyśli co zrobił
                      i to zmienia (np. prosiłam, żeby nie wyrażał się wulgarnie o byłej żonie i nie
                      znazywał jej "p...").

                      Jednak już dziś wiem, że to nie jest absolutnie mężczyzna, z którym chcę
                      spędzić moje życie. Nie zwiąże się z nim i nie powierzę mu swojego życia. Nawet
                      za cenę tego, że bardzo pragnę mieć dziecko... ale dziś wiem, że nie z nim. Nie
                      z nim.
                      Ale te moje przemyślenia wynikają właśnie z tego, że mam dziś 31 lat a nie 21.
                      Dziewczyny - nie wiążcie się z mężczyznami tylko dlatego, że ONI by tego
                      chcieli i że dziewczyna nie może iść przez życie całkiem sama.
                      Strach przed samotnością nie może zagłuszać świadomości, że życie z kimś takim
                      doprowadzi Was do psychologów, psychiatrów, wpłynie na wasze poczucie własnej
                      wartości. Stracicie radość życia.

                      Serdecznie pozdrawiam. Także mężczyzn, którzy przeżywają podobne rozterki ze
                      swoimi żonami, kobietami.
                      I.
    • szczery faceci też miewają ciekawe życie 27.01.02, 14:52
      moja sytuacja jest w wielu miejscach podobna do Twojej, ale są i różnice, u
      mnie od prawie dwóch lat nie ma seksu, a i wcześniej raczej nigdy dobrze pod
      tym względem nie było,

      Ogólnie jednak jak poznałem moją żonę to byłem młodym, zagubionym łepkiem (22
      lata), matura, rok 1998, komuna, byle jak praca, byle jakie pieniądze, byle
      jaka kwatera w dużym mieście, a ona studentka pedagogiki. Ona mi mówiła, że
      jestem inteligenty i powinienem iść na studia

      przez 2 lata pracowałem jako robotnik i raz po raz zdawałem na studia, ona była
      mądra, oczytana i rosło przy niej moje ego

      dostałem się, ona była na piątym roku, ja na pierwszym i jak zaczęła pracować
      jako nauczycielka to zaczęła się jazda, i kombinowanie, że ona jest nikim, a ja
      to mam super. Musiałem dorabiać do stypendium to byłem ciągle oskarżany, że
      robię karierę, moje wypowiedzi były odbierane jako mądrzenie się itd. W końcu
      namówiłem ją, żeby poszła na drugie studia i poszła na ten sam co ja kierunek,
      znów był spokój.

      parę lat później ciąża – i bomba, że ja ją wrobiłem, że to przeze mnie, że ona
      nie chce dziecka, dziecko się urodziło i kilka lat awantur. O to uspokoiły się
      dopiero ostatnio – dziecko ma 5 lat

      naturalnie pracując mam coraz więcej pieniędzy i coraz lepszą pozycję, i coraz
      lepsze perspektywy. Wiązało się to także z przeprowadzką. I pomimo tego, że
      robi to co zawsze chciała robić (pracuje naukowo) to ciągle jestem oskarżany o
      najprzeróżniejsze rzeczy, ale przede wszystkim, że ona się dla mnie nie liczy.
      A to, że o niej nie pamiętam (choć kwiaty kupowałem także bez okazji, kupowałem
      płyty, które lubi, książki ....). Zawsze był powód, żeby mnie zdołować i się
      kilka dni nie odzwywać – to mnie wykańczało najbardziej.

      Nadal razem mieszkamy, a ja pusty jestem jak skorupa starego drzewa. Naturalnie
      chodziliśmy do wielu psychologów, książki. Ona nadal czyta i mi coś daje, bo
      ona wszystko wie lepiej. A ja mówię od dwóch lat: i co z tego, że tak mądrze
      argumentujesz, jak moje emocje się wypaliły, jak one są zimne, jak ciągle bolą
      mnie plecy

      Chciałbym odejść, ale tak bardzo będzie mi brakować mojej córki i jej
      przychodzenia na moje kolana. Wiem, że w sądzie nie wygram, nawet nie będę
      próbował.

      Hej
      • misiaczek31 Re: faceci też miewają ciekawe życie 27.01.02, 21:52
        Chcialabym Ci cos napisac Szczery ale nie wiem co...
        Po prostu w ktoryms momencie zagubiliscie cos waznego. Nie wiem co to bylo, bo
        bardzo malo piszesz o uczuciach swoich i zony. Wiecej tu opisu okolicznosci i
        sytuacji. Moze faktycznie czula sie dla ciebie z jakiegos powodu malo wazna, a
        moze to tylko pretekst, a problem byl gdzie indziej. Trudno powiedziec.
        Trzeba jednak pamietac, ze kazdy kij ma dwa konce niestety.
        Ja tez nie jestem bez winy, ze moj zwiazek skonczyl sie tak jak sie skonczyl.

        Nieraz da sie zauwazyc poczatek konca, a czasem cos sie przegapi lub zapomni...
        Moze po prostu nadajecie na innych falach i to, co dla niej jest oczywiste, dla
        Ciebie jest calkiem niewazne lub wcale tego nie widzisz.

        To takie smutne, ze nie potrafisz wykrzesac z siebie uczucia do zony. Wiem, ze
        to dramat, bo kiedy ja zrozumialam, ze nie kocham i te lata byly takie
        niepotrzebne, to nie moglam dojsc do siebie przez dluzszy czas.

        Na szczescie sa dzieci, ktore zawsze sa przyczyna, dla ktorej warto walczyc o
        siebie i swoje szczescie. Jako ojciec jestes w gorszej sytuacji, bo opieki na
        pewno nie uda Ci sie uzyskac gdybys zdecydowal sie na rozstanie, ale z drugiej
        strony nie znam mezczyzny, ktory tak naprawde chcialby podjac sie samotnego
        wychowywania dziecka (szczegolnie majac absorbujaca prace). Moze Twoja zona nie
        bedzie robila Ci przeszkod w widywaniu sie z corka. W koncu jako pedagog musi
        zdawac sobie sprawe, ze zrobi tym corce krzywde.

        Nie wiem co Ci radzic...
        Zastanow sie Szczery - moze jednak nie wszystko stracone. Moze da sie jeszcze
        cos uratowac w Waszej rodzinie nie dla corki - dla ciebie.

        Trzymam kciuki. M.
      • Gość: Renka Re: faceci też miewają ciekawe życie IP: *.home.cgocable.net 28.01.02, 01:35
        Wiesz, Szczery, czytajac watki nie zwracam uwagi na autora. Dopiero, kiedy
        watek cos we mnie poruszy, patrze, kto to napisal. Bede szczera,tutaj
        pomyslalam sobie " co za glupol to napisal "."Straszny glupol".
        • onnanohito Re: faceci też miewają ciekawe życie 28.01.02, 07:28
          Renka, czemu Ty jesteś taka podła, hę?
          Czemu to napisałaś?
          CZEMU?
          • Gość: hiko renka IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 28.01.02, 18:35
            czytam to zdanie renki i nie musze patrzec, kto to napisal ,wiem ,ze to chora
            renka.....
          • Gość: Tristeza Re: faceci też miewają ciekawe życie IP: 217.99.1.* 29.01.02, 20:42
            poniewaz renka zyje na innej planecie, gdzie ludzie sa dobrzy i madrzy,
            wszystkie rodziny sie kochaja i szanuja. a najwspanialsza sposrod wszystkich (i
            najmadrzejsza oczywiscie) jest wlasnie renka. i lubi to udowadanic calemu
            swiatu...
        • kwieto Re: faceci też miewają ciekawe życie 29.01.02, 00:31
          Renka, jak nie wiesz co powiedziec, to nic nie mow.
          • Gość: Renka Re: faceci też miewają ciekawe życie IP: *.home.cgocable.net 29.01.02, 09:32
            Z glupoty podobno mozna sie wyleczyc, wiec nic straconego.Szczery masz szanse
            na udane zycie , nie tylko ciekawe.
            • Gość: Kleks Re: do Renki IP: *.compass.net.nz 29.01.02, 23:39
              Witaj

              Musisz byc bardzo sfrustrowana zyciem, skoro nie potrafisz wyiskrzyc odrobine
              wspoczucia dla drugiego czlowieka.
              Musisz nalezec do tych porzuconych i stad ta pogarda dla faceta.
              • Gość: pomerank Re: do Renki IP: *.koszalin.cvx.ppp.tpnet.pl 30.01.02, 02:16
                Wiesz co, Renka? Mam dużo żalu do mężczyzn, którzy gdzieś po drodze mnie
                skrzywdzili.... ale nigdy, przenigdy, nie nazwę mężczyzny, który kocha swoją
                kobietę, chce być z dzieckiem, chce tworzyć rodzinę mimo cierpień jakie znosi
                od niej, głupim człowiekiem. Wiesz, wstyd mi za Ciebie....
                • Gość: kitel Re: do Renki IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 30.01.02, 02:47
                  Wiecie co, jak czytam te posty na forum to mysle ze Renka ma rozne okresy. Ona
                  ostatnio chce za wszelka cene byc oryginalna,zwrocic na siebie uwage,jest
                  prowokacyjna.Moze Ciebie powinien zbadac psychiatra. Moze masz teraz jakies
                  problemy albo menstruacje ?
                  • Gość: Renka Re: a wiesz.. IP: *.home.cgocable.net 30.01.02, 03:48
                    lubie sobie pozartowac z takich jak ty, smutasie..hahahahhaaa
                    • Gość: Kim Re: a wiesz.. IP: 213.77.91.* 30.01.02, 11:08
                    • Gość: Kim Re: a wiesz.. IP: 213.77.91.* 30.01.02, 11:08
                    • Gość: Kim Re: a wiesz.. IP: 213.77.91.* 30.01.02, 11:09
                      Nie wiem, co jest śmiesznego w takich żartach? Pomyśl renka, jak się czuje
                      ktoś, kto w jakiś sposób otwiera się na tym forum, a Ty tak go "niszczysz"??
                      Chyba niewiele w życiu widziałaś...
      • Gość: fantasia Re: faceci też miewają ciekawe życie IP: 62.233.138.* 30.01.02, 16:28
        Szczery, Twoja historia do złudzenia przypomina mi historię bliskiego kolegi.
        Didaskalia: 38 lat, małżeństwo o stażu 8-9 (nie pamiętam), popaćkało się 3 lata
        temu. Najpierw separacja, potem się rozwiedli. On miał dokąd pójść, drugie
        mieszkanie. Ona go nie potrzebowała, najwyżej "portfelik" mieć na miejscu.
        Córka natomiast... Nie mieściło mu się w głowie, że miałby nie całować jej na
        dobranoc, nie opowiadać bajek, nie wkładać kanapek do tornistra i nie
        przyciskać jej noska jak małego guziczka. Nie rozumiem dzieci, ale wydaje mi
        się, że i córka potrzebowała go jak powietrza. Zresztą jest on chodzącym
        ładunkiem ciepła.
        Wyprowadził się wreszcie pół roku temu. Nie mówi o tym, nie okazuje. Ale jest
        mu potwornie ciężko. I coraz mniej ma siły z każdym dniem, tej swojej iskrzącej
        nadziei, coraz smutniejsze oczy.
        Nie doradzę Ci, Szczery, "co moim zdaniem powinieneś zrobić". Tylko Cię
        ostrzegę, że takie odejście może złamać każdego. Zanim się na to
        zdecydujesz, "zabezpiecz" się, w bliskich ludzi, w zaprzyjaźnionego lekarza,
        może jednocześnie zmień pracę, przeprowadź się daleko, zaangażuj się w mnóstwo
        absorbujących czynności, nie wiem, co jeszcze. Nie możesz być za żadne skarby
        świata sam, gdy przyjdą wspomnienia, jak mała siedziała na kolanach i mówiła z
        przejęciem "tata, a wiesz co..."
        Uważaj na siebie. Trzymam kciuki
        • szczery Re: faceci też miewają ciekawe życie 30.01.02, 17:35
          Gość portalu: fantasia napisał(a):

          Dzięki. Wiesz piszesz dokładnie o tym czego się boję najbardziej. Nie ściemniam,
          że cały dzień z córką spędzam bo pracuję sporo, ale jestem z nią dużo więcej niż
          wielu innych, których znam.

          Wiem, że żona nie będzie mi broniła dostępu do dziecka, ale nawet jakbym mieszkał
          b. blisko i co tydzień ją widywał to jest to zupełnie co innego niż widzenie się
          co dzień i rano i wieczorem. Naturalnie, że to nie jest tak, że tylko dobre
          chwile są z dzieckiem, ale te dobre są takie fajne.

          Zamieszkanie samemu spowoduje pustkę i to poczucie żalu, że to ja walczyłem, żeby
          ona była na świecie, a teraz nie mam szans, żeby była ze mną, żeby to żona
          przychodziła raz na tydzień. Powie ktoś, że sobie nie poradzę. Wielkrotnie sam z
          nią zostawałem na wiele tygodni, byłem bardziej zmęczony fizycznie ale mniej
          psychicznie. Mogłem tak z nią przebywać jak lubię bez narażania się na zarzuty i
          krytykę, bez obecności wiecznie obrażonej żony.

          Dziękuję wielu wam.

          A Renką się nie przejmuję, ani innymi zgryźliwcami, osobiście znam gorszych.

          Trzymajcie się
          • Gość: fantasia Re: faceci też miewają ciekawe życie IP: 62.233.138.* 30.01.02, 17:55
            ... i na to już jestem bezradna... Nie wiem, czy w ogóle są jakiekolwiek
            sposoby na "poradzenie sobie" z takim rozstaniem, nie wiem, jak mogą pomóc inni
            ludzie... Mój kumpel twierdzi, że jedyne, czym można pomóc, to zrozumienie,
            choćby częściowe, ale jakby sam w to nie wierzył. Może jaki fnoll czy inny
            uczony w piśmie coś treściwszego wymyśli. A może i sam sobie poszukaj jakiego
            uczonego w piśmie. Może psychologa (hmm... osobiście nie mam ich w zbyt wielkim
            poważaniu, poza doniosłymi wyjątkami), może psychiatrę, może jakieś książki o
            tym, są przecież, strony www, różni ludzie się spotykają, pomagają sobie
            nawzajem, z różnych powodów, może trafisz na takich, których ten sam robal je
            co Ciebie. Bo przecież wiesz, że prędzej czy później przyjdzie ten moment, i że
            kiedyś trzeba wreszcie, i że lepiej by było prędzej niż później. Ruchy jakieś
            podejmij, choćby bezsensowne i idiotyczne, szukaj wsparcia, żeby nie okazało
            się za późno. Wsparcia konkretnego, które może się do czegoś konkretnego
            przydać.

            I dla córki, też... w przypadku mojego kolegi ból jest taki, że mama dziecka
            dość zimną jest istotą, zamkniętą, "hermetyczną" emocjonalnie, choć niby
            zupełnie OK, miła, odpowiedzialna, zrównoważona w miarę. Różne są układy między
            ludźmi, ale to, że nie ma Taty-Misia, to chyba jednak jest też kosmos dla
            dziecka. Mimo że widują się dość często, czasem kilka razy w tygodniu. On to
            jeszcze zsynchronizował z momentem, kiedy mała szła do szkoły, też takie
            odwrócenie uwagi, przynajmniej troszkę. U Ciebie inaczej, inne uwarunkowania,
            inne okoliczności, a o to samo chodzi tak naprawdę. I jeszcze wielu takich
            jest, ojców, matek też czasem. Spróbuj ich poszukać, każdy z nich powie Ci
            tysiąc razy więcej ważnych rzeczy niż wszyscy forumowicze razem wzięci.

            Ściskam mocno.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka