risteard
30.01.09, 09:25
Pojawia się tutaj wiele wątków dotyczących zdrad, a większość z nich
oparta jest na podobnej konstrukcji: ktoś opisuje swoje przeżycia z
tym związane - od strony osoby zdradzającej, bądź zdradzanej, a
następnie cała rzesza forumowiczów na ogół potępia winowajcę, bo w
samej rzeczy zdrada jest czynem obrzydliwym. Zastanawiam się ile z
tych osób tak naprawdę w swoim zyciu było bezwarunkowo wiernych
drugiej osobie, czy miało dość siły, aby opierać się pokusom, a może
po prostu wcale nie miało okazji, aby przekonać się jaką zajęłoby
wtedy postawę. Może do tej pory nikt nie okazał im zainteresowania
ani nie prowokował. A jeśli już miałoby taką okazję, okoliczność,
sprzyjającą sytuację - to czy potrafiłoby chłodno odrzucić nagły żar
zakochania, zafascynowania czy zauroczenia kimś nowym. Ja jestem w
swoim związku już 16 lat, nigdy nie zdradziłem, mam wspaniałą żonę i
kochane dzieci. Jednak jestem normalnym facetem, któremu mogą
podobać się też inne kobiety (co nie oznacza, że musi z każdą od
razu iść do łóżka) i kilka razy znalazłem się w sytuacji, gdy jakieś
gesty, rozmowy z inną - powodowały szybsze bicie serca. Nigdy nie
przekroczyłem pewnej granicy, poza którą "życie nie byłoby już takie
jak dawniej", ale nie dałbym sobie ręki uciąć, że byłbym w stanie
się wycofać z tego kolejnego kroku gdyby druga strona pociągnęła
mnie trochę bardziej w tym kierunku - bo dziś chodziłbym bez ręki.
Więc uwaga do wszystkich, którzy tak rzucają kamieniami na
zdraadzających - czasami warto się zastanowić czy na tyle znamy
samych siebie, że jesteśmy pewni, iż nigdy sami tego nie
zrobilibyśmy.