tonieja23
23.05.09, 12:25
hej,
nie wiem czy w dobrym miejscu pisze,ale postaram sie wyrzucic z
siebie to co we mnie od tygodni siedzi,z czym sobie nie radze, i nie
umiem isc dalej.
5 lat pracuje w jednym miejscu, nie jest to jakas wymarzona
praca,ale uwielbiam ja, ludzi z ktorymi pracuje itd. Wszystko jest
super. Problem polega na tym, ze mam fajnego szefa, w ktorym sie
moze nie zakochalam, ale ktory mi imponuje, ktory jest dla mnie
dobry (czytajcie normalne mamy stosunki, moze troszke "kolezenskie"
ale bez przesady), bez ktorego nie moge zyc, ciezko mi z tym. Facet
ma zone, syna itd. Rodzine, i o ile wiem, a raczej to jest pewne nie
wie co do niego czuje. Stop - ja sama rowniez nie wiem, nie umiem
tego nazwac, nie pociaga mnie seksualnie,a emocjonalnie, moze tak
lepiej to ujme.
Ale tak jest jest od dosyc dawna, i sobie pracujemy, i jest ok. Nikt
sie nie polapal, ani nic takiego i sytuacja czasem wydaje mi sie
trudna, ale dzieki temu jestem wydajnym pracownikiem,sumiennym etc.
Temat pracy na chwile zostawie, teraz srodowisko naturalne, dom, w
ktorym panuje przemoc psychiczna, jestem wyzywana, ponizana, nikt
nie respektuje tu mnie.
Rodzina oczywiscie jest pelna, jestem jedynaczka, i osoby z zew.
nigdy nic nie widza, najblizsza rodzina jest ze soba sklocona, ja
sie kontaktuje i bywam u ejdnej i drugiej cioci, siostry ojca, i
siostry matki. W domu wsparcia nie mam, i chyba nigdy nie mialam,
nie oczekuje juz tego nawet,bo to nie ma sensu.
Rozmowy byly i nic nie daly, nic nie pomogly, i szkoda na to czasu.
Niszcza mnie od wew. ryją mi psychike, nie maja racji, jezdza po
mnie w te i wewte itd.
Majac 23 lata w domu musze byc o...22, bo inaczej zamykaja mi drzwi
(gerda, na dolny zamek), pracuje do 21 wiec... biegiem do domu.
Wiele razy juz bylo tak,ze nie mialam gdzie spac, ze lazilam po
miescie.
I tak mozna by dalej wymieniac duzo sytuacji. Nigdy mnie nie bili,
ale niszcza mnie psychicznie, wyzywajac, bluzgajac itd.
Zaczelam w tym roku studia, ktorych juz nie skoncze, bo nie mam na
to sily psychicznej, ani motywacji, do teraz zastanawiam sie po co
poszlam na te studia.
W lipcu uciekam, zostawiam prace,ktora uwielbiam,ktora jest sensem
mojego zycia, do ktorej nie mam sily wstawac z lozka i zaczynac w
tej gestej atmosferze dnia... Wyjezdzam daleko do pracy gdzies gdzie
nikt mnie nie zna, nie bedzie mnie ponizal, wyzywal,
wysmiewal,osmieszal itd.
Wszystko sie zawalilo, tysiace problemow i musze uciec, bo zwariuje.
Wymowienie zlozylam...
Sama nie wiem czego chce, i po co to tu pisze nic nie wiem.