rzarza
01.06.09, 10:38
Mój problem (złożony) można pewnie ująć na kilka lub więcej sposobów. Ja po
prostu napiszę, jak jest, nic nie sugerując.
Obecnie jest tak, jak pewnie jeszcze nigdy nie było. Nie mam w zasadzie wiary
w przyszłość. Nie robię planów, bo nie będę w stanie ich zrealizować, czuję
się za słaba, żeby walczyć, nie widzę wsparcia. Straciłam nadzieję, że mogę
liczyć na kogokolwiek, że mi pomoże. To tym gorsze, że mój chłopak cały czas
chce mi pomóc. Problem w tym, że ten dołek, w którym jestem, ma z nim związek,
ale on to wszystko chyba robi nieświadomie.
Mam pewne potrzeby, które w tym związku nie są zaspokajane. W przeciągu roku
moje poczucie własnej wartości spadło z niskiego na bardzo niskie, choć nie
takie były nasze intencje. Problem w tym, że mój chłopak nie widzi tego, jak
bardzo potrzebuję akceptacji. Nie widzi, bo sam jest pewny siebie, nie
potrzebuje aprobaty innych do takiego stopnia. Ja mu mówię, czego potrzebuję,
mówię, że chcę od niego słyszeć, że mnie ceni, że jestem taka a taka. On
uważa, że przecież nie robi nic, co by wskazywało, że jest inaczej, mówi, że
mnie szanuje, a także, że postara się mówić mi takie rzeczy, choć jest mu
ciężko ze względu na urazy z przeszłości. Ja rozumiem i czuję się winna, bo
przecież on ma rację, a moje potrzeby pewnie są przesadzone i dopuszczam
możliwość, że normalnie (gdybym nie miała niskiej samooceny) nie
potrzebowałabym aż tyle. Coraz częściej jednak nachodzi mnie żal, że ja
potrafię zrozumieć jego i staram się spełniać jego potrzeby, robię to z
przyjemnością i oddaniem, a to, co ja chciałabym, a co on widzi inaczej,
odbiera jako atak na siebie (mam takie wrażenie). I to przykre tym bardziej,
że nie pierwszy raz jestem w takiej sytuacji. Tym razem jednak wiem, że ta
druga osoba jest "czysta", tj. nie gra ze mną (przynajmnije świadomie) w żadne
gierki - mam poczucie winy, że tak pozwoliłam sobą manipulować, a on się
nieświadomie przyzwyczaił. Ja po prostu poddałam się temu w całości licząc na
wzajemność, i nie chodzi mi o to, by on rezygnował z siebie, ale by starał się
mnie zrozumieć, widzaił moje racje i szanował je, bo przeważnie jest więcej
niż jedna prawda. Jest też druga różnica pomiędzy tą sytuacją a przeszłymi -
kiedyś kończąc takie relacje cieszyłam się, że wyrywam się na wolnośc, miałam
plany, teraz jestem tak zdołowana, że nie wierzę, że cokolwiek mogę.
(Nauczyłam się mieć poczucie, że już nic nie potrafię zrobić dobrze, a w
zsadzie, że można to zrobić lepiej - a właściwie że on by to na pewno zrobił
lepiej - pewnie wzięło mi się stąd, że praktycznie nigdy mi nie przyznaje
racji, zawzięcie broni swojego zdania, nawet jesli sprawa jest błaha i mozna
uznać, że oboje mamy rację.)
I on to wszystko wie, co tu jest napisane. I wie, że się boję, że nie dam rady
o to walczyć. Bardzo mu zależy na nas, mówi, że się postara, że się przy mnie
uczy wielu rzeczy, że to dla niego coś zupełnie nowego, więc żebym go nie
skreślała. Ja wiem, że on chce. Ale cały czas się boję, że w sytuacji, kiedy
trzeba będzie zawalczyć o swoje, ja znowu skapituluję, bo uznam, że on ma
przecież rację. Bo ze swojego punktu widzenia ma, problem w tym, że moja racja
nie jest wtedy traktowana na równi. I boję się, że znowu ja zrozumiem, dam
spokój, on nieświadomie znowu uzna to za normę i będę znów zajebiście
nieszczęśliwa.
Nie wiem, co robić.