poisonedivy
21.07.09, 19:27
pewnie była masa podobnych do mojego problemów, jednak mimo to liczę na jakąś pomoc.
mój problem może dla wielu wyda się błahy, ale mnie męczy to strasznie. mam 23 lata, obroniłam właśnie licencjat,ale mimo to nie potrafię się nigdzie odnaleźć. ani w domu, ani wśród przyjaciół, ani nawet w związku w którym jestem. co do sytuacji w domu... męczy mnie i zarazem przeraża wizja, że moje życie potoczy się tak jak mojej matki, niczego w życiu nie osiągnę, nie znajdę prawdziwej miłości i do końca życia będę klepać przysłowiową biedę w samotności.pewnie to egoistyczne ale zawsze zazdrościłam ludziom, którym wszystko łatwo przychodziło, którzy mieli bogatych rodziców i dzięki temu lepszy start w życie, którzy nie musieli zastanawiać się skąd wziąć pieniądze na czesne na uczelni. moja bieda piekielnie mnie dołuje. wiem, że wiele osób ma gorzej niż ja , bo przecież mam dom, prace i powinno być ok, ale nie jest, nie potrafię się cieszyć z tego co mam :( kwestia przyjaciół tez nie ma się lepiej. niby mam grono osób z którymi się spotykam, rozmawiam, mogę się wyżalić i miło spędzić czas, ale... nie potrafię poznawać nowych ludzi, od dłuższego czasu coś we mnie pękło i zamknęłam się na świat. kiedy w "ekipie" znajomych pojawia się nowa twarz trudno mi przełamać się i nawiązać kontakt. boję się ludzi, mam wrażenie, że większość z osób ma do mnie negatywne nastawienie. chociaż zapewne mają ku temu powody. mam dość specyficzny charakter i wiem, że ciężko mnie polubić. poza tym wśród tych tzw przyjaciół tez coraz mniej pewnie się czuje, mam wrażenie że spotykają się ze mną z jakiegoś obowiązku i że jestem dla nich ciężarem. co do kwestii związku to chyba jeszcze bardziej skomplikowana sprawa. rok temu zostawił mnie facet którego uważałam za miłość mojego życia. piekielnie trudno było mi się z tym pogodzić, tak naprawdę to chyba nigdy mi się to nie uda, mimo, że teoretycznie zerwanie z nim całkowitego kontaktu pomogło mi się pozbierać i wyjść na prostą. jakieś 4 miesiące temu poznałam faceta. teoretycznie chodzący ideał, czuły, dobry, troskliwy... ale za nic nie potrafię zmusić się do głębszych uczuć w stosunku do niego. doszukuję się w nim wszelakich możliwych wad, wiem że nie ma sensu ciągnąć tego związku i go męczyć, ale z drugiej strony, kiedy próbowałam to zakończyć nie potrafiłam :( najgorsze jest to, że niedawno pojawił się mój były... wiem, że jedyną rzeczą jaką ode mnie chce jest sex, i że nie ma szans najmniejszych na to, żebyśmy byli znów razem, ale jego przyciąganie jest tak silne, że nie potrafię być obojętna. zapewne większość z was jak nie wszyscy mają mnie za idiotkę, i wredną osobę, to prawda, zdradzam fajnego faceta który zasługuje na kogoś o wiele lepszego z kimś kto mnie cholernie zranił. jestem w tym wszystkim bardzo zagubiona. z jednej strony staram się pokazać wszystkim jako szczęśliwa osoba, której pomału układa się w życiu, a z drugiej mając możliwość tego "poukładania" wszystko przekreślam, na rzecz nierealnej wizji powrotu do kogoś kto mnie nie kocha. czuję się strasznie samotna w tym wszystkim i coraz bardziej załamana. nie wiem co mam robić, i nie mam siły już kompletnie na nic.