sophia5
23.01.10, 00:01
Kochane,
Natchniona watkiem "intymnym" (ktory zreszta sama zalozylam w celu
riserczu :-), przywolalam wspomnienia swoich "kosmetyczno-
makijazowych" poczatkow. Moze namowie Was Dziewczyny na podroz w
przeszlosc, zebysmy razem powspominaly, jak to drzewiej z nami
bywalo... jakie popelnialysmy bledy, jakie smieszne sytuacje nam sie
zdarzaly, czego nigdy w zyciu bysmy nie chcialy powtorzyc... Oj, ja
mam naprawde kilka fajnych i smiesznych, a czasem nawet zalosnych
wpsomnien z tamtego czasu... Postaram sie kilka takich sytuacji
opisac :-)
1. Nigdy nie zapomne mojej pierwszej przygody z podkladem. Jak dzis
pamietam, to byl ERIS, biala tubka z namalowanym zielonym drzewkiem.
Otoz bedac w liceum, wiedziona nagla potrzeba zakupienia tego
nowatorskiego cuda (celem zamaskowania - jak to sie teraz nazywa -
"niedoskonalosci" cery), wybralam sie na stragan osiedlowy, ktory
znany byl w calej okolicy z wielkiego bogactwa cudow wszelakich...
Pani Sprzedawczyni zapytana o to, jaki kolor powinnam wybrac,
odpowiedziala: "Niech paniusia wezmie brzoskwiniowy, ma najwieksze
powodzenie." Hmm, dodac w tym miejscu nalezy, ze z natury jestem
posiadaczka cery pt. "wampir na głodzie", wiec latwo sie domyslic,
jaki byl skutek mojego "pierwszego razu" :-))) Cera, i owszem,
brzoskwiniowa, konczaca sie na wysokosci podbrodka:-))) Az mnie
dreszcze przechodza na to wspomnienie...
2. Korektor. Z nim wtedy bylo tak, jak ze studentami
medycyny: "Wszyscy wiedza, ze sa, ale nikt ich nie widzial" :-) No
wiec ja sama sobie zrobilam korektor, mieszajac krem Nivea z
utluczonym na proszek pudrem Constance Carroll w wisniowej
puderniczce), ktory zreszta zakupilam na podobnej zasadzie, jak
opisany wyzej podklad, czyli w tonacji zdecydowanie zbyt ciemnej. No
i korektor wyszedl calkiem "do rzeczy", moze troche ciut za ciemny,
ale dla mnie to i tak byl osmy cud swiata, bo moglam zapackac nim
swoje okropne tradzikowe krosty...Brr. Dodam jeszcze, ze w swej
pomyslowosci gotowy korektor zapakowalam do malego pojemniczka, w
ktorym kiedys byly farby plakatowe :-) Jak to mowia - potrzeba matka
wqynalazku.
A przy okazji pudru Constance Carroll - samodzielnie dokleilam do
wieczka okragle lusterko (nawet nie wiem, skad je mialam), i tym
sposobem zyskalam prawdziwa puderniczke :-) Jaka ja bylam wtedy z
siebie dumna...
3. Kiedys wpadlam na pomysl zrobienia sobie henny na brwi. Nic
prostszego... Zakupilam proszek, wymerdalam zgodnie z zaleceniem
woda i...hojnie okrasilam ta papka swoje obie okolice
nadoczodolowe :-) Skad moglam wiedziec, ze trzeba sie trzymac linii
wlosa i ze henne nalezy szybko zmyc? Niestety, nie pamietam, czym
doszorowalam w koncu to dziadostwo (domestosa wtedy nie bylo :-),
chyba tylko cudem nie stracilam przy tym zupelnie brwi :-)
4. Kiedy bylam juz na pierwszym roku studiow, zamarzyl mi sie
kruczoczarny kolor wlosow. Z natury jestem ciemna szatynka. No,
chcialam je po prostu troche podrasowac... Zakupilam wiec farbe
Palette w kolorze "czern granatu" czy jakos tak, zafarbowalam
i ...przerazilam sie, jak zobaczylam w lustrze efekty moich dzialań.
Czern wyszla, owszem, pierwsza klasa, ale chyba wiecie, o jakim
kolorze mowie... Matko, przy mojej trupiobladej cerze wygladalo to
upiornie... Do dzis pamietam miny moich kolegow, jak zobaczyli moj
nowy image... Co niektoryz nawet nie szczedzili komentarzy...Nie
musze dodawac, ze trwalosc tej farby byla wprost porazajaca, tak
wiec kilka lat zajal mi powrot do naturalnego koloru. A wlosy mialam
do polowy plecow...
Na dzis wystarczy. Postaram sie jeszcze opisac jakies moje
kosmetyczne przygody.
A jak to z Wami bylo, Dziewczyny? :-)