sigrun
10.09.05, 08:31
Od kilku ładnych miesięcy majączą w parasie reklamy wyrobów niejakiej firmy
Bi-Es. Zajrzałam na ich stronę: ładna szata graficzna, jakieś tiko-tiko w tle
dobiegające z głośników, bogata oferta, całe multum opisów oraz sklep
internetowy. Niestety podany jako jeden, jedyny punkt sprzedaży. Doprawdy
wielce dziwi mnie polityka tej firmy. Bardzo mi przykro, ale te wszystkie
poetyckie eufemizmy, którymi są opisy poszczegółnych zapachów, nic a nic mi
nie mówią. A ja bardzo nie lubię kupować przysłowiowego kota w worku, bo np.
takie Sankai Gold może okazać się zarówno przebojem sezonu, jak i śmierdzidłem
stulecia. Zapachy, tak jak odzież, bieliznę czy obuwie, należy wypróbować na
własnej skórze, aby przekonać się czy dany zapach dobrze "leży". Fakt, że
produkty Bi-Es nie są drogie, ale nawet dwadzieścia złotych wyrzuconych w
błoto jest stratą. Ponoć dział sprzedaży "biesa" działa i oferuje współpracę
nowym partnerom, jednak od ponad dwóch tygodni nie jest w stanie udzielić mi
informacji na temat stoisk patronackich czy innych punktów sprzedaży w
stolicy. Moja skrzynka mailowa nadal milczy, a szanowny Dział Sprzedaży Bi-Es
ani "be", ani "me", ani "pocałuj mnie w d..." W jednym z numerów Avanti był
podany tylko punkt sprzedaży w DH Tarchomin. Troche marniutko jak na tak
szeroko i nachalnie reklamującą się firmę. Doprawdy nie mam zamiaru pchać się
autem przez całe miasto, stać w korkach, wypalić pół baku, etc, aby coś tam
poniuchać. To już koszty samego przejazdu przekroczą cenę butelki Sankai.
Zaczynam podejrzewać, że ta cała kampania reklamowa to wielki pic na wodę
fotomontaż, bo nikt mający chociaż trochę oleju w głowie nic na ślepo nie
kupi, a zwłaszcza perfumy.