sigrun
05.12.05, 08:56
...czyli natura "poprawiona".
Nie wiem czy zauważyliście, ale tzw. kosmetyki naturalne z naturą mają
niewiele wspólnego. Coś na miarę produktów light, które są w rzeczywistości
bardziej kaloryczne i naładowane substancjami słodzącymi niż "zwykłe"
jedzenie. Tak, tak, właśnie kosmetyki sprzedawane jedynie w zielarniach i
aptekach, reklamowane jako hipoalergiczne, delikatne i w pełni "zgodne z
naturą" to istna tablica Mendelejewa. Fitoterapia, estrakty roślinne, olejki
eteryczne, innowacyjne formuły, tolerancja nawet dla najbardziej wrażliwych
skór, etc - oto czym mamią producenci "naturalnych" cudów kosmetologii.
Produkty i owszem, są bardzo skuteczne, choć wcale nie tanie - wszak "natura"
kosztować musi i marketingowcy o tym wiedzą najlepiej.
Tylko wytłumaczcie mi dlaczego w/w produkty zawięrają kilkakrotnie więcej
składników niż kosmetyki z drogerii? Np. ostatnio przeze mnie testowany krem
"chwali się", że zawiera aż pięć estraktów roślinnych. Problem w tym, że to
jedyne pięć składników naturalnych (oprócz wody - głównego składnika kremów
;-)) pośród 65 składników preparatu, gdzie znalazło się jeszcze miejsce na
sześć parabenów i poliakrylamid! Czy tak powinien wyglądać kosmetyk
przeznaczony dla alergików, sprzedawany w aptece? Porównałam z innym kremem
"zielarskim", którego producent para się naturalnością od lat - tym razem
sprzedawanym za granicą - i lista składników była o trzy czwarte krótsza z tą
samą ilością estraktów roślinnych. Doprawdy fascynujace zjawisko. Np.
porównałam apteczny szampon dla wrażliwców z 40 składnikami (!) i inny
sprzedawany w zielarniach (taki bez pretensjonalnej reklamy i tani)
ośmioskładnikowy, który mył jednakowo dobrze. Jak myślicie, który z tych dwóch
szmponów był przeze mnie lepiej tolerowany? Dodam, ze ten z czterdziestoma
składnikami tak uzależnił moją skórę, że nijak mogłam powrócić do dawnych,
sprawdzonych szamponów. Ten z ośmioma składnikami zaś używam do dziś bez
efektów ubocznych.
Obecnie poszukuję cuda z zielarni (krem na dzień i na noc) bez poliakrylamidu,
parabenów (przynajmniej jak najmniej) i innego świństwa. No i żeby lista
składników nie miała kilkunastu wersów ;-)