Gość: pulcheria
IP: *.szczecin.pl
28.07.03, 13:55
Urzekła mnie Twoja historia ;) A tak poważnie : dochodze do wniosku, że
zaczne zaglądać do tych "niepozornych" salonów, a te dumne szyldy omijac
szerokim łukiem. Byłam niedawno u fryzjera, w swoim rodzinnym mieście Sz-nie.
Oczywiście uprzednio korzystając z rad i zaleceń koleżanek, szeroko pojętego
info na ten temat. Udałam się do jakiegoś guru fryzjerstwa, mężczyzny - tak
jak chciałam. Facet ma reklamę niesamowitą, z kilku niezależnych źródeł
posiadłam wiedzę na ten temat. Pierwsze rozczarowanie - zblazowany
tłuścioszek strzygł mnie ok. godziny ( włoski mam raczej liche), porzucał
mnie przynajmniej 3 razy na dłuższe chwile, kłócił przez ramie z asystentką
etc. W końcowym etapie modelowania już widzę, że po raz n-ty wyjde z
identyczną od lat fryzurą. Myśle : Ech..Mogło być gorzej. KOlejne
rozczarowanie po pierwszym umyciu. Zaraz, zaraz, jak mam to ułożyć? Już
widze : wygladam gorzej! Kojarzycie te zdjęcia "przed" i "po"? Ja jestem z
tego "przed". Sentencja nasuwa sie następująca : Nie cierpiący na brak pracy
mistrzowie fryzjerstwa są już tak rozleniwieni, że całą energię pozostawiają
dla swoich stałych, szczerze zaprzyjaźnionych klintek i na pokazy. A jak
przyjdze jakaś myszka - to od sztampy i na łatwiznę. Rozumiem, mogą mieć zły
dzień etc ale włosy nie odrastają w m-c (te krótkie z długich), a dla kogos
takiego jak ja - czekającego miesiąc na to cudo - może być powodem załamania
nerwowego ;)
Mam wrażenie, że w skromniejszych salonach bardziej cenią klienta i słono
opłacone kursy czy szkolenia nie idą w las? Bo to być albo nie być dla
takiego zakładu.
Co o tym sądzicie?
Pozdrawiam