tad9
11.08.05, 21:02
W trakcie wielu dyskusji okazywało się, że nie brak na forum feminizm osób
hołdujących zasadzie "co nie krzywdzi innych jest dozwolone", przy tym
krzywda definiowana była de facto, jako zrobienie czegoś komuś bez jego
zgody. Przedstawmy sobie taką sytuację: mąż zdradza żonę (czy żona męża),
zdradzany nie wie nic o zdradzie. Czy mamy tu do czynienia z krzywdą?
Pozornie odpowiedź wydaje się prosta: mamy - zdradzany nie wyraził zgodny, na
to, by go zdradzono. Pojawia się jednak pytanie: gdzie
właściwie "umiejscowić" tą krzywdę? Mąż nie czuje najmniejszych wyrzutów
sumienia (a gdyby nawet czuł, oznaczałoby to, że skrzywdził samego siebie, a
ludzie mają chyba prawo, by się krzywdzić?). Żona, nic o zdradzie nie
wiedząc, siłą rzeczy skrzywdzona czyć się nie może. Czy zwolenniczki
zasady "co nie krzywdzi innych, jest dozwolone" mogą mi pomóc
w "umiejscowieniu" krzywdy w tym przypadku?