chinique
27.10.05, 16:35
Siedzę w pokoju z dziesięcioma facetami (sic!), unoszący się w powietrzu
testosteron zaczyna mi śmierdzieć jak posikany bezdomny, jak pot spod pach
Mariusza Pudzianowskiego na zawodach Siłaczy. W koło te same rozmowy o
samochodach, grach komputerowych i Ewie Sonnet, a utrzymywanie hierarchii
poprzez ciągłe udowadnianie im iż wiem wszystko najlepiej jest już męczące,
jednak w innym reżimie nie potrafią oni skutecznie funkcjonować, a ja muszę
wciąż udowadniać jednemu z drugim, a wolałbym przekonywać. Gdzie, do k...
nędzy w informatyce podziało się sex and gender diversity? Czyżby jedynym jego
przejawem jest to, że jeden na kilkunastu jest gejem, który musi udawać, że
jednak Sonnetówna mu się podoba, bo zostałby zlinczowany przez resztę?
Dlaczego dziewczynki, wolicie za młodu bawić się lalką, a nie koparką i potem
jesteście psycholożkami, a nie informatyczkami. I jeszcze ten dowcip o śwince
morskiej ... żenada.
Kij ma drugi koniec - czy pracując w firmach przeludnionych przez kobiety, nie
wolałybyście zamiast kilku koleżanek mieć jednak kolegów, zamiast tego
ciągłego babińca, tego cipca, tego wiecznego nużącego personal relationship
management, tego plotkowania, że aż boli żuchwa, tego przymusowego wspólnego
wychodzenia na fajkę, tego życia problemami najlepszej kumpeli, tego knowania
i poruszania się w konglomeratach relacji, kontekstów, okoliczności i
niedopowiedzeń?
Kilka zachodnich firm (czubeczek NYSE) już zauważyło problem i wprowadziło
parytet zatrudnienia, ale akurat w hajtek, problem leży w zapleczu - jeżeli z
uczelni wychodzi 1% specjalistek i 99% specjalistów, to nagle w firmach nawet
te 30:70% musi być utrzymane kosztem spadku jakości. I jak tu teraz żyć?