sokka
23.04.06, 22:03
zetknęłam się z taką opinią już nieraz, ale ta audycja natchnęła mnie do
pociągnięcia tematu... nie słuchałam całej, bo poziom był żenujący, ale że mam
niepodzielną uwagę i nie jestem w stanie zmienić stacji kiedy kieruję, to
wysłuchałam takiego oto pouczającego fragmentu:
rozmawia pani z panem o sprawach damsko-męskich i zahaczją o temat małżeństwa.
więc pani z panem dochodzą do wniosku, że kobiety niesłychanie mężczyzn w tej
materii tłamszą i naciskają, w związku z czym biedni mężczyźni zmuszeni są
ratować się ucieczką... konkluzja wygłoszona przez panią była następująca:
drogie panie, nie nalegajcie na zformalizowanie związku, bo wam niedoszli
narzeczeni jeszcze uciekną...
poniewaz tego typu retoryka doprowadza mnie do pasji, pozwole sobie przytoczyc
pare tylko kontrargumentów:
dlaczego jedna ze stron ma zrezygnowac z czegos na czym jej zależy, bez prawa
wyłuszczenia swoich racji, niezależnie od tego, czy to instytucja małżeństwa,
czy zakup mieszkania w byłym NRD, czy chęć\niechęć rozmnożenia się? wszak
chyba na tym polega związek, że dwie strony mówią sobie czego oczekują i jeśli
są w stanie pójść na jakiś kompromis, to bardzo dobrze, a dla powyższych
zero-jedynkowych przykładów albo sie rozstaja, albo jedna ze stron ulega.
krotka piłka. i po co dramatyzować. mam wrazenie, że niektórym się wydaję, że
samo bycie z kimś jest wartością nadrzędną, której nie należy wystawiać na
jakiekolwiek presje, a to chyba chodzi o jakość tego bycia razem i o wspólne
podejmowanie pewnych decyzji, nawet jeśli jedna ze stron musi się czegoś wyrzec.
pozdrawiam