Gość: BD
IP: 195.136.36.*
31.03.03, 16:35
Witam,
Zainspirowany dyskusją na innym wątku postanowiłem poruszyć tu ważny dla
feminizmu temat tzw. kur domowych. Jest to, raczej pogardliwe, określenie
kobiet opiekujących się domem (coś jak w ang. housewife). Generalnie teza
feministek jest taka - kura domowa to zajęcie bardzo nierozwojowe i
poniżające, efekt patriarchalnego spisku, który czyni z kobiety otępiałą
służącą mężczyzny. Przeciwieństwem kury domowej jest kobieta samorealizująca
się pracy (tako rzecze EWOK).
Widzę w takim przedstawieniu sprawy kilka problemów, które tu przedstawię:
Po pierwsze - obraz kury domowej przedstawiony w takich dysputach jest
wybitnie niesprawiedliwy. Jako kury domowe przedstawia się kobiety głupie,
intelektualnie miałkie, prymitywne manipulantki co chcą złapać męża, a jak to
zrobią to przestają o siebie dbać etc. Ich przeciwieństwem jest kobieta
pracująca, świadoma i zaradna. Takie postawienie sprawy to przykład
ewidentnej intelektualnej nieuczciwości (jak np. argumentowanie na rzecz
związków homo przez przytaczanie przykładów heteroseksualnych małżeństw
alkoholików).
Jest ono też wyrazem pesymistycznej wizji, która mówi, że to pełniona rola, a
nie charakter człowieka, determinują jego zdolności samorealizacji. Są
kobiety mądre i głupie, pracowite i leniwe, i jest to cecha tych kobiet, a
nie ich zawodu. Istnieją setki zawodów, gdzie pracują miliony kobiet, które
już na pierwszy rzut oka dają mniejsze pole do inwencji i transgresji niż
kura domowa – np. praktycznie wszystkie zawody w usługach nie wymagające
specjalistycznego wyższego wykształcenia, również takie społecznie ważne jak
np. pielęgniarka. Tymczasem ktoś usiłuje uparcie i wbrew zdrowej logice,
przeciwstawić leniwej gospodyni domowej z wykształceniem podstawowym jakaś
panią wiceprezes zarządu z trzema fakultetami. Jakby nie było nic pomiędzy
nimi.
Poza zawodami ewidentnie mechanicznymi, jak sprzedawczyni w hipermarkecie, to
człowiek, a nie rola decyduje o tym, czy możemy się samo-realizować i
doskonalić. Weźmy takiego stolarza - może on całe życie robić te same,
prymitywne mebelki, ale stolarz, który mi robił meble, konsultował się w
sprawie Visual Basica, bo chciał pisać program do robienia tzw. formatek, co
pozwoliłoby mu zoptymalizować wykorzystanie płyty wiórowej. Nikt go to tego
nie zmuszał. Dla gospodyni domowej pole do popisu jest olbrzymie,
porównywalne chyba tylko z niektórymi wolnymi zawodami.
Po drugie - feministki obarczające winą za taki stan patriarchat,
przypominają działaczy PSL, którzy chcieli ratować polską gospodarkę
podnosząc jeszcze podatki. Problem jest nie patriarchat, ale jego kryzys.
Gdyby mężczyźni byli klasycznymi, patriarchalnymi samcami, mieliby ambicję
samemu utrzymać dom, a nie siedzieć przed telewizorem i czekać aż żona wróci
z pracy i przyniesie piwo. Zupełnie ten sam problem jest w polskiej nauce -
widziałem wypowiedź oburzonej feministki, że mężczyźni mają w nauce lepszą
pozycję, bo bardziej są skorzy do ostrej dyskusji (testosteron i te sprawy).
Ale przecież nic tak nie pomogłoby polskim uczelniom, jak trochę więcej
ostrej męskiej rywalizacji, rywalizacji z zasadami – jak w sporcie, a nie,
jakże komunistyczne, postrzegania uczelni i stopni naukowych jako dających
ciepłą i bezpieczną posadkę.
Ergo: przedstawianie gospodyni domowej jako zajęcia dużo mniej ambitnego niż
praca zawodowa jest w większość intelektualnym nadużyciem, a jeszcze winienie
za to patriarchatu - całkowitym postawieniem problemu do góry nogami.
Zachęcam do dysputy i pozdrawiam,
BD
P.S. Od dziś każdy post będę kończył jakąś pro-feministyczną fraszką.
Fraszki feminizmu (odcinek 1)
"Jak chcesz być mistrzynią mopa,
to poszukaj sobie chłopa!"