pampalini5
24.05.07, 19:43
Jak w temacie. Jesteśmy z facetem dość długo, jeszcze dłużej się znamy, niewykluczone, że kiedyś będziemy się chcieli związać na stałe.
On postanowił, że będzie miał dziecko. Będzie miał i koniec, to dla niego priorytet, nie ma dyskusji, on będzie ojcem i już. Lubi je, chociaż podejścia nie ma za grosz - w jego rodzinie jest trochę maluchów i jak na dłoni widać, że nie ma zielonego pojęcia o wychowywaniu. Jego udział w całym skomplikowanym procesie opieki nad dzieckiem ogranicza się do chwilowej zabawy, pogłaskania po główce, kupieniu kosmicznych prezentów i tyle. Jestem przerażona wizją takiego macierzyństwa, gdzie partner pojawia się na chwilę i wraca do swojego życia, a ja mam wszystko na głowie.
Pomijając już fakt, że za dziećmi nie przepadam i proszę mnie nie linczować - po prostu nie czuję tej \"magii\" - cholernie boję się porodu. Ostatnio napomknęłam o cesarce, w odpowiedzi usłyszałam stanowczy protest. Bo od wieków kobiety rodziły naturalnie. Na litość, kobiety też od wieków umierały na gorączkę połogową, dlaczego mam nie korzystać z możliwości współczesnej medycyny? Moja matka do dziś odczuwa konsekwencje ciężkiego porodu, a całość wspomina jako koszmar. Ja tak nie chcę.
Nawet inne aspekty życia z jego udziałem trącą czymś niepokojącym - on za pewnik uważa, że moją rolą jest gotować, sprzątać, prać. Robi to sam tylko w ostateczności. Naturalne jest dla niego, że to ja powinnam zajmować się domem, i z radością o tym mówi - snuje mi świetlane wizje macierzyństwa, gdzie ja będę siedziała w domu z dzieckiem (a najlepiej trójką), dopóki się w miarę nie usamodzielnią, a on będzie wracał z pracy z bukietem róż. Słabo mi się zrobiło.
Nie jestem typem matki. Chcę się kształcić, realizować, pracować. Nie wytrzymuję domowej monotonii. Studiuję na dwóch kierunkach, moje studia to moja pasja, nie wyobrażam sobie, żebym miała się z nią pożegnać. Jestem młoda i chcę żyć. A jemu zegar tyka, czas na ślub (żeby jego rodzina się nie czepiała, że nie organizujemy wesela) i czas na dzieci. Troje. Bezdyskusyjnie.
Jego matka również włazi mi na głowę, ale na szczęście mam z nią rzadki kontakt, więc to najmniejszy problem. Największym natomiast problemem - zdawałoby się - jest to, że ja go kocham. Cholernie. Nie umiem sobie wyobrazić życia z innym mężczyzną. Chwilami chciałabym, bo bywa mi ciężko, ale nie potrafię. A on już zaplanował moje życie na dwadzieścia lat do przodu.