turbomini
24.08.07, 15:47
Wiem, że niedawno ten wątek już się pojawił w związku z artykułem na
temat pogarszającego się stanu męskiej spermy, ale pozwólcie, że
założę jeszcze raz osobny wątek, który porusza temat męskiej
niepłodności trochę z innej strony.
Mam wrażenie, że kobiety "mają wyłączność na bezpłodność". Czynnik
męski to absolutny temat tabu. Tak, jakby posiadanie dziecka
dotyczyło tylko kobiet. Czy niepłodność to strefa sfeminizowana? W
większość, kiedy mówi się o bezpłodności, słyszy się słowa: ona nie
może mieć dzieci, ona nie może zajść w ciążę, ona ma blokadę
psychiczną. Znaczy się kobieta chyba współżyje z samą sobą, skoro
tylko ona może mieć problemy i tylko ona może mieć blokadę. Jego
wysyła się na badania, kiedy u niej wszystkie badania zostały już
przeprowadzone. Czasami w ogóle nie wysyła się go na badania i leczy
się tylko ją (taka niekompetencja wśród lekarzy wcale nie należy do
rzadkości). A kiedy on jedzie robić badania, to rzadko sam: jadą
razem, lub co częstsze, ona zawozi jego spermę do badania, bo on się
wstydzi. To ona interesuje się zazwyczaj wszystkimi badaniami,
nowinkami, lekami, bo przecież TYLKO ona chce mieć dziecko!
Ja nie opisuję pojedynczych przypadków (w razie gdyby ktoś w Was
poczuł się dotknięty), ja opisuję tendencje ogólne.
Dlaczego dziewczyna do 16 roku życia powinna przejść obowiązkowe
badania ginekologiczne, a chłopaka zwalnia się z takich badań,
traktuje po macoszemu. Trafia on najwyżej do urologa w wieku lat 40
z rakiem prostaty. Czy to jedyna choroba, na jaką chorują mężczyźni,
na Boga?!
Myślę, że tendencja ta wkrótce się odwróci, ale nie dlatego, że
mężczyźni dojrzeją do problemu, tylko dlatego, że z ich zdrowiem
będzie coraz gorzej :(.