soulshine1
11.12.10, 01:54
Nie wiem co się dzieje. Zawsze twierdziłam (słusznie), że mam pecha...Nie wiem gdzie się wygadać, wpadłam tutaj, więc tutaj o tym napiszę...
Odkąd zaczęłam się czerwienić z byle powodu w wieku 13 lat zamknęłam się w domu siedząc przy kompie...Wcześniej bawiłam się dziećmi, wspinałam się po drzewach, byłam żywym dzieckiem, choć zawsze przejawiałam skłonności do płaczu.
Tak jest do dzisiaj. Byle co wyprowadzi mnie z równowagi, byle kto sprzeda uszczypliwą uwagę...tak jak dzisiaj w knajpie ze znajomymi...Kolega spytał co tam u mnie, odpowiadam, że szukam pracy...A on pyta z ironią:" w domu?" Wszyscy mają mnie za nieudacznika...Wróciłam do domu i siedzę i płaczę. Co z tego, że wysyłam, zostawiam CV...nikt się nie odzywa, bo nie mam doświadczenia...tak myślę...Mam 24 lata i w swoim życiu byłam tylko na dwóch stażach, gdzie każdy z nich trwał pół roku... Czuję się jak odludek, który nigdy nie będzie szczęśliwy. Mam chłopaka, który też potrafi powiedzieć coś przykrego...Chcę odejść i chcę być sama...coraz częściej obmyślam jak mu o tym powiedzieć po 6 latach bycia razem...choć wiem, że to dobije mnie do końca...Dzisiaj w knajpie wszyscy się śmiali, opowiadali coś...ja nigdy nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Nie potrafię być duszą towarzystwa.
Czy to normalne...od paru lat uwsteczniam się intelektualnie...Nie potrafię doczytać książki do końca. Nie robię nic. Nawet filmu nie chce mi się włączyć. Jakoś skończyłam studia zaoczne, ale każdy je skończył...Nie uczyłam się prawie nic...korzystałam z pomocy innych...Mimo, że więcej nie było mnie na zajęciach, bo krępowało mnie burczenie w brzuchu czy też wieczne czerwienienie się i pocenie. Jestem w ciągłym napięciu.
Ludzie, jak cieszyć się z życia? Jak się zmienić? Dzisiaj poszłam na siłę, bo zostałam zaproszona na kawę po ukończonym stażu...Wyszłam stamtąd rozdygotana i spocona. Dlaczego nie mogę być normalna? Gdzie popełniłam błąd?
Nie zapraszam, ani nie chodzę do koleżanek. Te same powody - czerwona, spocona i burczenie w brzuchu...Jak to opanować? Myślałam o dalszym kształceniu, bo z tym co mam pracy nie znajdę nigdy...Ale jak? Znowu przechodzić przez mękę...
Nawet nie potrafię się szczerze śmiać, kiedy ktoś opowiada kawał. Po prostu czuję, że ten uśmiech wymuszam. Wymuszam wszystko...:( Żyję też, bo muszę...?
Nikt pewnie nie przebrnął przez te opowieści...ale chciałam wyrzucić to z siebie:(
Coraz częściej myślę, że jestem zbędnym balastem na tym świecie...pasożytem, którego jeszcze rodzice utrzymują...Nie nadaję się do niczego:/