kate_16
02.04.05, 10:17
Zbrodniarze, którzy jedenaście lat temu dokonali makabrycznych rzezi w
Ruandzie, odżegnali się w czwartek od przemocy, potępili ludobójstwo i
zapowiedzieli złożenie broni
Deklaracja ta może oznaczać początek prawdziwego końca trwającej od
dziesięciu lat w rejonie afrykańskich Wielkich Jezior największej wojny
współczesnej Afryki.
"Potępiamy zbrodnię ludobójstwa i ludzi, którzy do niej doprowadzili.
Wyrzekamy się ideologii etnicznej nienawiści, składamy broń, chcemy wrócić do
kraju" - ogłosili w czwartek w Rzymie przywódcy ruandyjskiej partyzantki
nazywającej się Siłami Demokratycznymi Wyzwolenia Ruandy. Do deklaracji tej
skłonili ich po kilkudniowych negocjacjach przedstawiciele watykańskich
wspólnoty kościelnej Sant'Egidio, specjalizującej się od lat w zażegnywaniu
konfliktów zbrojnych w Afryce (największym sukcesem Sant'Egidio było
przerwanie w 1992 r. wojny domowej w Mozambiku, w wyniku której zginęło
prawie milion ludzi).
Ruandyjscy partyzanci z Sił Demokratycznych to spadkobiercy zdominowanej
przez lud Hutu byłej armii rządowej i bojówek Interahamwe, które wiosną 1994
r. w ciągu stu dni wymordowały w Ruandzie kilkaset tysięcy Tutsich oraz Hutu
odmawiających udziału w masowym mordzie.
Przegnani z Ruandy przez partyzanci Tutsi spieszący z Ugandy na odsiecz
rodakom, kilka milionów Hutu, a wśród nich autorzy ludobójstwa, schronili się
do sąsiedniego Konga-Kinszasy noszącego wtedy nazwę Zairu. Na wygnaniu Hutu
utworzyli własne minipaństwo z rządem, wojskiem, policją i sądami.
Obecność zbrojnej armii Hutu tuż nad granicą skłoniła Ruandę rządzoną już
przez Tutsich do dwukrotnych najazdów na Kongo-Kinszasę. W najazdach tych
wspierały Ruandyjczyków Uganda i Burundi, również tropiące w kongijskiej
dżungli własnych rebeliantów.
Szacuje się, że w ciągu dziesięciu lat, w dżungli i na sawannach nad
jeziorami Kivu, Tanganika i Alberta w wyniku walk, etnicznych rzezi, a także
z głodu i chorób zginęło 2-3 mln ludzi, a państwu kongijskiemu zagroziła
groźba rozpadu.
W 2002 r. Ruanda i Kongo-Kinszasa podpisały pokój. Ruanda zobowiązała się
wycofać swoje wojska, a Kinszasa - zrobić porządek z ruandyjskimi
rebeliantami Hutu.
Pozbawieni sprzymierzeńców ruandyjscy Hutu musieli odtąd walczyć, licząc
tylko na własne siły.
Jesienią 2003 r. niespodziewanie dla wszystkich wrócił do Ruandy i
skapitulował dowódca partyzanckiej armii Hutu Paul Rwarakabije. Nie tylko nie
został aresztowany i postawiony przed trybunałem, ale prezydent Paul Kagame
włączył go do swojej armii, licząc na to, że za komendantem pójdą jego
partyzanci. Na kongijskich brzegach Wielkich Jezior wciąż pozostawało ich
kilkanaście tysięcy i nadal stanowili najsilniejszą z tamtejszych partyzantek
mogącą w każdej chwili zagrozić ruandyjskiemu rządowi albo sprowokować
kolejną wyprawę wojenną Ruandy w Kongu.
serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34183,2629926.html