Forum Praca Praca
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    Czy ja robię karierę???? Osiągnąłem sukces???

    IP: *.intratel.com.pl 17.04.02, 17:19
    Hej.
    Chyba każdy z nas marzy, aby być kimś wielkim. Ja też mam - miałem (???) takie
    marzenia. Powoli moje myśli gubią się gdzieś pomiędzy rzeczywistością i tymi
    liczbami. Milionem liczb.....
    Mam 21 lat, studiuję zaocznie, przez powiedzmy sobie, przypadek znalazłem się w
    prężnie rozwijającej się firmie, na niezłym stanowisku i za pieniądze, o
    których moi rodzice mogliby pomarzyć. Początek był fascynujący: nowi ludzie,
    imprezy firmowe, pełen luz.
    Ale z każdym dniem wygasam. Mój motor napędowy się zatarł. Dlaczego? Czy nie
    robię kariery? Czy nie osiągnąłem sukcesu? Nie wiem. Naprawdę...
    Obserwuj wątek
      • Gość: Ziutka Re: Czy ja robię karierę???? Osiągnąłem sukces??? IP: *.milicz.sdi.tpnet.pl 17.04.02, 17:23
        Może przechodzisz kryzys wieku dojrzałego....?
      • Gość: Rumcajs Re: Czy .......................KRYZYS !!!!!!!!!!! IP: 192.168.6.* 17.04.02, 19:33
        Moze sie starzejesz ?
        Moze Ci za dobrze ?
        Moze seksualnie niezadowolony/a ?
        Moze sam jestes za marny, po prostu dupa ?
        Moze Ci sie przedtem wszystko tylko zdawalo ?
        Moze wogole nie wiesz, o co chodzi ?
        Moze do Legii Cudzoziemskiej ?
        Moze do klasztoru ?
        Moze w podroz dookola swiata ?
        Moze troche sportu ?
        Moze by narkotyki pomogly ?
        Moze nie masz kregoslupa ?
        Moze nie masz wytrwalosci ?
        Moze wodka i lodowata woda ?
        Moze brutalny seksik z biczowaniem ?
        Moze pomedytowac ?
        Moze nic nie ma sensu ?
        Moze nigdy nie mialo sensu ?
        Moze to tylko strata czasu i sily ?
        Moze wogole o nic nie chodzi ?
        Moze sie myle, ale .........
        Moze by nad morze, ale jakie ????????
      • kachaa Re: Czy ja robię karierę???? Osiągnąłem sukces??? 18.04.02, 02:48
        Moze i firma jest preznie rozwijajaca sie, moze i placi rewelacyjnie, moze i
        otoczenie uwaza Cie za czlowieka sukcesu .... ale to nie jest cos co tak
        naprawde Cie interesuje?

        Ja zawsze pamietam genialne slowa rodzicow kiedy pod koniec trzeciej klasy
        liceum oznajmilam im, ze nie bede studiowac medycyny. Czulam jakis dziwny lek,
        ze moze "mnie nie zrozumieja", beda mieli do mnie zal itd. (lekarz byl niejako
        zawodem rodzinnym - lekarzami byli dziadkowie, rodzice, wujostwo a ja bylam w
        biol-chemie, z "wygrana olimpiada biologiczna" w kieszeni).
        Na co tata powiedzial - "Gratuluje decyzji". A widzac moja zdziwiona mine
        dodal: "Oczywiscie, ze dostalabys sie na medycyne, zdala wszystkie egzaminy i
        byla przyzwoitym lekarzem. Ale to nie jest Twoja pasja wiec po co masz sie
        meczysz robiac cos do czego nie masz serca?".
        A mama dorzucila - "iberystyka... prawda"?


        • Gość: Rumcajs Re: Troche filozofii (to whom it may concern) IP: 192.168.6.* 18.04.02, 09:15
          Dobra, dobra, Kochaa-na.

          W wprawdzie "nigdy nie za pozno",
          ale z wielu alternatyw "tylko jedna droga mozna isc".
          I potem "po ptokach", niektore "skrzyzowania" sa juz za nami.

          Ja n.p., rumcajs, lat prawie 40, z 2 wrzeszczszczoncymi
          szybkimi zuzywaczami drogich pieluch i kochana zona w domu,
          chcialbym, po studiach gospodarki, ekonomiki i IT/organizacji
          oraz wielu lat w projektach "computerowych", nie bez sukcesu,
          chcialbym cos calkiem innego, sie jeszcze wyrwac.
          Byc aktorem, malarzem, marynarzem, pilotem, tak - lekarzem,
          chcialbym miec wlasny hotelik, chcialbym jeszcze raz (inaczej/lepiej)
          studjowac psychologie, filozofie, historje, geografje.
          Chcialbym akurat w tym lecie kilka miesiecy popodruzowac
          po Am.Pld., Afryce i Azji (np.Rosji i Ukrainie).
          Czasami mysle, ze chcialbym byc przedszkolan-kiem,
          portierem w teatrze, suflerem, degustatorem wina i piwa itp.
          Byly juz tez sny o aktorstwie-porno, o byciu milionerem ($),
          o robieniu rewolucji, o wyzyciu sie w sensie amok.
          Czasami jeszcze dzisiaj sni mi sie, ze moglbym byc bohaterem
          (np. zlotomedalista-dziesiecioboista).

          Ale niestety siedze przy pececie (i innych, troche wiekszych
          skrzynkach), a po pracy zaraz pojde kupic lakier do wlosow dla
          mojej kochanej Damy i nowe pieluchu dla moich kochanych Bobaskow.

          "To se ne wraci", niektore pociagi juz odjechaly, na zawsze ..........
          • Gość: Agata Re: Troche filozofii (to whom it may concern) IP: 195.217.253.* 18.04.02, 12:21
            Czuje dokladnie to samo. Tyle rzeczy chcialoby sie jeszcze zrobic. Byc
            specjalista od Human resources, od sprzedazy, uczyc angielskiego, pracowac w
            banku, podrozowac. Wszystko. Tyle, ze trzeba sobie zdac sprawe z tego, ze to
            juz za pozno. Sciezka, ktora wybralismy na poczatku to sciezka, ktora
            konsekwentnie trzeba isc i nie rozdrabniac rzeczywistosci na to co jest i co
            powinno byc. Dlatego kazdy z nas doswiadczy kiedys znuzenia, bez wzgledu na to
            jaka prace wykonuje. Na poczatku moze byc super, interesujaco, ale potem bedzie
            tylko rutyna. I niestety trzeba sie pogodzic z faktem, ze lekarzem nie mamy juz
            szans zostac, ani tancerka, ani aktorka. Kazdy ma doly w pracy i trzeba sie z
            tym pogodzic. Zycie jest nudne i rozczarowuje na kazdym kroku, wypalamy sie
            kazdego dnia. Ale zyc trzeba dalej, nie dla pracy, ale dla ludzi. Ludzie sa
            najwazniejsza czescia naszego zycia. Budujmy dobre zwiazki z ludzmi, a nie z
            praca.
            • kachaa Re: Troche filozofii (to whom it may concern) 19.04.02, 04:59
              Gość portalu: Agata napisał(a):

              > Czuje dokladnie to samo. Tyle rzeczy chcialoby sie jeszcze zrobic. Byc
              > specjalista od Human resources, od sprzedazy, uczyc angielskiego, pracowac w
              > banku, podrozowac. Wszystko. Tyle, ze trzeba sobie zdac sprawe z tego, ze to
              > juz za pozno.

              Sorki... ale np. na nauke angielskiego czy podroze NIGDY nie jest za pozno.
              Zreszta na mase rzeczy nigdy nie jest za pozno - to tylko (az?) kwestia uporu,
              chceci, zastanowienia sie "co mozna zrobic...", radzenia sobie z pytaniami
              znajomych ("a po co Ci to...").
              Np. moja rewelacyjna mama (dochodzaca 60-tki) wlasnie zrobila doktorat (o ktorym
              myslala "od dawna").

              Sukcesow w realizacji wlasnych pasji! :)
              K.
          • kachaa Re: Troche filozofii - do Rumcajsa... 19.04.02, 04:47
            Gość portalu: Rumcajs napisał(a):

            > Dobra, dobra, Kochaa-na.
            >
            > W wprawdzie "nigdy nie za pozno",
            > ale z wielu alternatyw "tylko jedna droga mozna isc".
            > I potem "po ptokach", niektore "skrzyzowania" sa juz za nami.
            > Ja n.p., rumcajs, lat prawie 40,

            Dobra, dobra Rumcajs... ale roznica miedzy Toba a Andrew polega na tym, ze on ma
            lat 21 ... wiec nie mow mi, ze jest "po ptokach".
            W tym wieku mozna "wszystko" zmienic. I chyba lepiej zastanowic sie nad tym co
            naprawde sprawia nam radosc, co chcemy robic, do czego mamy "smykalke" niz potem
            po latach zalowac decyzji (albo jej braku).



            PS. A w sprawie "ptokow": po tych - za wyjatkiem niektorych zawodow - prawie
            nigdy nie jest "po".

      • Gość: Tosia Andrew!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! IP: *.chello.pl 18.04.02, 09:25
        Trzymaj sie chłopie wszystko bedzie dobrze . Może poprostu odpocznij, nabierz
        dystansu do ludzi, czasami warto sie odseparować -przecież nikt ci nie karze
        chodzic na imprezy i słuchać wciąż tych samych opowieści niby dobrych
        znajomych.Zadbaj o siebie.Jeszcze wszystko przed toba.
        Pisze do Ciebie ta co ma 28 lat to prawda że skończyła studia ale nie ma pracy
        a wraz z tym stanowiska żadnego i pieniedzy -to rodzice musza mi pomagać.Ja
        juz sie nie wypalam bo nie ma co sie wypalać.Całuski wszystko będzie dobrze.
      • redaktor__naczelny moja kariera 18.04.02, 14:55
        dochodzę do 40tki, pracuję w dużym międzynarodowym koncernie i zajmuję
        stanowisko w średnio-wyższym managemencie; zaczynam ocierać się o sfery
        naprawdę wyższe (wykonuję pewne funkcje kontrolne, jestem prokurentem, mam
        widoki na członka zarządu). Mam dobry samochód służbowy i inne gadżety, za rok
        2001 wykażę w moim PIT 230.000 pzn ubruttowionych rocznych dochodów. Uważam, że
        odniosłam sukces. Tym bardziej, że zawodowo jestem kompletnym zerem.

        Przez lata 80te przedłużałam sobie studia, bo nie było się gdzie spieszyć. Na
        początku lat 90tych załapałam się dość przypadkowo (choć uczciwie) na
        fantastyczne, paroletnie stypendium na Zachodzie. Tam otarłam się trochę o
        świat i mocno wyszlifowałam angielski. Pod koniec stypendium zaczęłam rozglądać
        się za pracą, szczególnie na jakiejś uczelni (zajęcia typu kelnerka czy baby
        sitter wykluczone). Nie udało się. Wróciłam do kraju, gdzie przez znajomych
        znalazłam posadę w centralnej administracji, jako kierownik niewielkiej komórki
        w jednym z ministerstw.

        Praca była nie powiem, nawet ciekawa., w jakiś sposób powiązana z kierunkiem
        moich studiów. Robota niestresująca, mnóstwo wolnego czasu, czasem otarcie się
        o wielki świat (jakiś premier, jakiś minister). Pensja taka sobie, nieco
        powyżej średniej krajowej. Wciąż jeszcze jako młoda zdolna a do tego świeżo z
        Zachodu, miałam przyjemny status. Ale po kilku latach jakoś tak mi się
        znudziło, tym bardziej że awans raczej nie wchodził w rachubę (wyższe
        stanowiska podpadały już pod klucz polityczny), a chciałoby się zarabiać więcej.

        Około połowy lat 90tych zaczęłam przeglądać ogłoszenia zachodnich firm w
        gazetach. Odpowiedziałam na kilka, odpowiednio podkoloryzowując swój życiorys i
        dokonania zawodowe. Poszłam na jeden interview, do tego samego koncernu w
        którym jestem do dziś. Jak się później zorientowałam, przechodził on właśnie
        kolejną restrukturyzację i z organigramów komuś tam wyszło, że potrzebują nowej
        osoby na taką to a taką posadę. Zdaje się że nikt dokładnie nie wiedział jaki
        ma być zakres obowiązków tej poszukiwanej osoby. Odpytywał mnie expat, szef
        firmy, i ku pewnemu swojemu zdziwieniu zostałam przyjęta. Jak myślę,
        zadecydowały następujące czynniki (w takiej właśnie kolejności:) 1. świetny
        angielski; 2. odpowiednio podrasowany życiorys, sugerujący otrzaskanie w
        branży; 3. rzeczowość i ogólne tzw. dobre wrażenie.

        Miałam wielkie szczęście, sama nie zdając sobie z tego sprawy. Koncern był tak
        duży i tak bardzo zbiurokratyzowany, że jego wewnętrzna inercja pozwalała
        przetrwać nawet miernotom, oczywiście o ile nie robiły kardynalnych błędów. Był
        tak wielki, że nie groziło mu wycofanie z polskiego rynku ani połknięcie przez
        konkurencję. Przestrzegał pilnie praw pracowniczych. Rządziło nim kilku
        expatów, a ja wskoczyłam od razu na dość wysokie stanowisko, nie mając o nim
        zresztą specjalnego pojęcia. W dodatku na stanowisko tym podlegałam
        bezpośrednio szefowi firmy, sama ani nie kierując żadnym działem, ani nie mając
        jakiś konkretnych wyznaczonych targetów. W porównaniu z poprzednia pracą pensja
        podskoczyła mi niemal 3 razy.

        No i jakoś się potoczyło. Ponieważ nie jestem głupia, nadrabiałam jak mogłam
        brak przygotowania zawodowego. Przesiadywałam w biurze dłużej niż szef, nie
        umiejąc obsługiwać odpowiednich narzędzi pracę którą zawodowiec zrobiłby w 2
        godziny wykonywałam siedząc w biurze do rana, w rozmowach z Polakami uważałam
        by nie dać się zdemaskować, w rozmowach z przełożonymi grałam profesjonalistę,
        szybko przyswajałam żargon. Ponieważ z natury jestem skromna i jak się to mówi,
        dobrze ułożona, myślę że choć miałam status przybocznej expatowego szefostwa
        byłam lubiana. I wyobraźcie sobie, że się udało. Minęło pół roku, rok, dostałam
        roczny bonus, a tymczasem firma z jednej restrukturyzacji wpadła w drugą. Szef
        który przyjmował mnie do pracy odszedł do centrali i dostałam nowego, kolejnego
        expata, dość młodego chłopca który przytłoczony obowiązkami, rozpaczliwie
        oczekiwał pomocy i dla którego byłam ostoją. Moja pensja powoli, ale
        systematycznie rosła.

        Przyszła kolejna restrukturyzacja, tym razem mniej korzystna. Straciłam ciepłe
        stanowisko na zapleczu szefostwa i bez specjalnej odpowiedzialności. Młyny
        firmy mieliły wolno, ale po 3 latach dotarły i do mnie. Po okresie niepewności
        zaproponowano mi konkretne zadania do wykonania z konkretnym terminem. W
        zasadzie nie miałam wyboru, ale z drugiej strony zaczęłam sama wierzyć, że może
        mi się udać. W końcu przez 3 lata nawet idiota czegoś by się nauczył.
        Przydzielono mi zespół współpracowników, z których kilku okazało się
        prawdziwymi zawodowcami. Wielki był wstyd kiedy zaczęłam domyślać się, że oni
        mogą się domyślać (ponieważ byli z innych krajów i z innych działów, zabrało im
        to trochę czasu). Delegowałam konkretne zadania, na siebie przyjmując rolę
        koordynatora, strategicznego przywódcy, kontrolera, organizatora, reprezentanta
        itd. Poza tym z wolna nabierałam orientacji w temacie, potrafiłam już nie tyle
        dawać odpowiedzi, ale przynajmniej zadawać trafne pytania. I wyobraźcie sobie,
        że mój zespół zadanie wykonał. Co prawda z półrocznym opóźnieniem, ale
        stosunkowo tanim kosztem, a ponieważ był to fragment dość priorytetowej w
        firmie działki, mój status bardzo urósł. W międzyczasie firma bardzo się
        rozrosła, odeszli prawie wszyscy expaci, przyjęto nawet na istotne stanowiska
        sporo nowych osób, i raptem ni z tego ni z owego stałam się jednym z filarów
        firmy.

        Właśnie przesiadam się na nowe stanowisko, coś mniej więcej jak audyt
        wewnętrzny. Wielka wygoda: to ja kontroluję innych, to ja zadaję pytania, to ja
        przyjeżdżam na wizytę do kraju X czy Y. Mam zamiar przesiedzieć tu ze 2-3 lata
        i dojrzeć tu do stanowisk zarządczych w polskim oddziale mojej firmy. I zadaję
        sobie pytanie: czy w polskim biznesie wielu jest takich jak ja?
        • monicka73 Re: moja kariera - do redaktor naczelny 19.04.02, 03:15
          redaktor__naczelny napisał(a):

          >Odpytywał mnie expat, szef
          > firmy, i ku pewnemu swojemu zdziwieniu zostałam przyjęta. Jak myślę,
          > zadecydowały następujące czynniki (w takiej właśnie kolejności:) 1. świetny
          > angielski; 2. odpowiednio podrasowany życiorys, sugerujący otrzaskanie w
          > branży; 3. rzeczowość i ogólne tzw. dobre wrażenie.

          W "tamtych czasach" to bylo normalne. O wszystkim decydowal swietny
          angielski, "bezstresowa" rozmowa z expatem i zagraniczne stypendium (albo
          jakakolwiek zagraniczna szkolka).

          A jak wyglada "rasowanie" zyciorysu to sie dowiedzialam, kiedy moja kolezanka
          pracujaca rok (zaraz po studiach) w pewnym ministerstwie na najnizszym
          stanowisku "merytorycznym" zostala przyjeta na stanowisko "wybitnego ekonomisty w
          wybitnym banku". Przypadkowo spotkalam kolege ze studiow (pracujacego w tym
          samym "wybitnym" banku), ktory slyszac gdzie pracuje powiedzial "a! to musisz
          znac X. Genialna ekonomistka, po stypendium Anglii, wlasnie u nas zatrudniona. "
          Zeby bylo "dowcipniej" owo stypendium w Anglii to bylo tygodniowe szkolenie (na
          ktorym notabene tez bylam ale jako "dup... wolo..." nijak nie przyszlo mi do
          glowy wpisac je do zyciorysu).
          A kolezanka jest teraz "powaznym dyrektorem w powaznym banku" (cytowanym ciagle
          przez prase).


          > Przydzielono mi zespół współpracowników, z których kilku okazało się
          > prawdziwymi zawodowcami.
          Delegowałam konkretne zadania, na siebie przyjmując rolę
          > koordynatora, strategicznego przywódcy, kontrolera, organizatora, reprezentanta
          > itd. Poza tym z wolna nabierałam orientacji w temacie, potrafiłam już nie tyle
          > dawać odpowiedzi, ale przynajmniej zadawać trafne pytania. I wyobraźcie sobie,
          > że mój zespół zadanie wykonał.

          Kierowanie zespolem to sztuka, ktora Ty opanowalas do perfekcji. I zapewniam Cie,
          jest malo osob potrafiacych docenic talent wspolpracownikow i "nie wtracac swoich
          trzy groszy" do pracy na ktorej sie nie znaja.


          > Właśnie przesiadam się na nowe stanowisko, coś mniej więcej jak audyt
          > wewnętrzny. Wielka wygoda: to ja kontroluję innych, to ja zadaję pytania, to ja
          > przyjeżdżam na wizytę do kraju X czy Y. Mam zamiar przesiedzieć tu ze 2-3 lata
          > i dojrzeć tu do stanowisk zarządczych w polskim oddziale mojej firmy. I zadaję
          > sobie pytanie: czy w polskim biznesie wielu jest takich jak ja?

          No pewnie, ze jest wielu... A szczerze mowiac Ty jestes naprawde "w porzadku".
          Czasami zdarzaja sie szefowie, ktorzy nie dosc, ze sami nie maja o niczym bladego
          pojecia to jeszcze nijak nie potrafia "wykorzystac" wiedzy i talentu
          pracownikow . Baaa - oni takie osoby wrecz gnoja...

          W swojej blizszej i dalszej rodzinie mam paru takich "wybitnych"
          czerdziestoletnich "menedzerow" (w zarzadach - ..a owszem), obracajacych sie
          w "wyzszym swiecie", z genialnymi pensjami, super domami, samochodami sluzbowymi
          i nie potrafiacymi o niczym innym mowic tylko o swojej "genialnosci" i o tym ile
          osob "wyrzucili z roboty" i z kim to sie nie widzieli itd.

          Za to potem na spotkaniach ze znajomymi ze studiow moge czasami np.
          uslyszec "Monika, czy Y to ktos z twojej rodziny, czy to tylko zbieznosc
          nazwisk?" - I na odpowiedz "rodzina..."... rzucone: "rany! to kawal skuu.. ,
          przepraszam ... sympatycznej rodzinki".



          • monicka73 Re: moja kariera - do redaktor naczelny 19.04.02, 03:16
            A! I gratuluje zdrowego podejscia do rzeczywistosci, odwagi i uporu.

            Pozdrawiam....

    Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


    Nakarm Pajacyka