Forum Praca Praca
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - wersja ciągła

    31.08.01, 18:01
    Szanowne miłośniczki prozy RIFUNA i wielbiciele Dyr. BURAKA (oraz odwrotnie)!

    Pozwalam sobie zainaugurować nowy wątek mający pomóc nam wszystkim w
    doskonaleniu wiedzy o wiekopomnych dokonaniach Dyrektora i zapewnić dużo zabawy
    przy wygodnym czytaniu tego co już znamy i dopiero poznamy. W wątku tym
    postaram się kopiować kolejne odcinki wspaniałej epopei buraczanej, po to by
    każdy z nas mógł zapoznawać się z przygodami Dyr. Buraka bez konieczności
    poszukiwań w gąszczu postów.

    W związku z powyższym proszę najuprzejmiej o NIEDODAWANIE POSTÓW do tego wątku,
    niech zachowa on zwartą formę.

    Prośba do RIFUNA: Umieszczaj nowe odcinki w podstawowych wątkach – tam mogą być
    opatrywane komentarzami na bieżąco i to także ma swój urok. Albo tu i tu (to
    już moja prośba osobista).

    Pozdrawiam wszystkich obecnych i przyszłych członków RIFUN fan clubu
    Obserwuj wątek
      • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - wstęp 31.08.01, 18:02
        Witam wszystkich, którzy zechcieli to przeczytać.
        Zanim zdecydowałem się na napisanie tego tekstu przeczytałem inne, które
        znajdują się na forum i dotyczą polskich Dilbertów. Zdałem sobie sprawę, że od
        wielu lat mam do czynienia z jego bardziej chamską i prymitywną formą. Nie
        oczekuję dyskusji, ale jedynie prezentuje historię firmy, w której pracuję i
        ludzi w niej zatrudnionych, podkreślam, że wszystko, co opisuję zdarzyło się
        naprawdę i w większości opisywanych zdarzeń występowałem w charakterze świadka
        lub słuchacza. Choć historie te wydają się nieprawdopodobne to niestety miały
        miejsce. Tekst ten traktuję trochę jako ujście dla mojej frustracji i
        bezsilności.
        • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 1 09-08-2001 12:07 31.08.01, 18:05
          Z wiadomych względów nie będę używał prawdziwych imion i nazw, zanim przejdę do
          historii z udziałem głównego bohatera, czyli Dyrektora Buraka podam opis
          (sytuacyjny) firmy abyście mogli spróbować zrozumieć pewne zachowania
          niektórych bohaterów.

          Firma powstała 10 lat temu jest polskim oddziałem niemieckiego
          przedsiębiorstwa, zatrudnia ok. 300 osób – w większości są to niewykształceni
          pracownicy fizyczni, blisko 90 % załogi to kobiety pochodzące z małych
          miejscowości i wiosek. Charakter produkcji wymaga od pracownika jedynie
          cierpliwości i po przeszkoleniu trwającym około tygodnia mamy gotowego
          pracownika, który może obsługiwać maszynę. W okolicy miejscowości, w której
          jest siedziba firmy panuje bezrobocie na poziomie 20-30 % i w dziale kadr
          przedsiębiorstwa co miesiąc składane jest około 30 podań o pracę.
          • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 1a 09-08-2001 13:15 31.08.01, 18:07
            Część 1

            Początek kariery Dyrektora Buraka
            Dyrektor Burak pochodzi z małej pegeerowskiej miejscowości gdzieś w Polsce, w
            latach osiemdziesiątych doszedł do wniosku, że nasz kraj nie oferuje takim
            obiecującym młodym ludziom (wykształcenie średnie, podobno rozpoczął studia,
            ale ma problemy ze sprecyzowaniem nazwy uczelni i kierunku) jak on możliwości
            zrobienia kariery i postanowił wyemigrować do „NRF-u” (cytat). Trudno się z nim
            nie zgodzić, bo okres komuny to nie były raczej lata prosperity. Więc wyruszył
            wraz z całym majątkiem (żona i dziecko) do niemieckojęzycznego eldorado. Po
            dotarciu na miejsce przeszedł standardową procedurę – obóz uchodźców,
            zrzeczenie się obywatelstwa, wniosek o przyznanie obywatelstwa niemieckiego,
            wreszcie samo obywatelstwo. Lata te niestety osnute są mgłą tajemnicy, ponieważ
            sam bohater niechętnie wspomina, że jego Vaterland wymagał od swojego syna
            takich poświęceń (jak obóz przesiedleńców) i nie do końca dawał wiarę jego
            zapewnieniom o czysto niemieckich korzeniach. Wreszcie jednak nastąpił
            upragniony dzień i Dyrektor Burak otrzymał swój pierwszy i prawdziwie niemiecki
            Ausweis (czy jak oni nazywają Dowód Osobisty) z jego świeżo zdeformowanym
            (zniemczonym) imieniem i nazwiskiem. Obecnie Dyrektor Burak i jego rodzina ma
            ogromny problem, ponieważ okazało się że jego tłumaczenia na pytanie dlaczego
            zmienił imię i nazwisko to kłamstwo. Zawsze twierdził, że Niemcy go do tego
            zmusili, teraz rząd federalny postanowił że wszystkie imiona i nazwiska
            krzyżaków mają być pisane w oryginale, przy okazji okazało się że wszyscy o
            zmienionych nazwiskach specjalnie sobie tego życzyli.
            • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 2 09-08-2001 16:17 31.08.01, 18:09
              Część 2

              Pierwsza praca Dyrektora Buraka.
              Pierwszym etatem, jaki otrzymał (zdobył) nasz bohater na łonie kapitalizmu była
              posada kelnera. Co do miejsca pracy pojawiają się pewne wątpliwości w jednej
              opowieści jest to „najlepsza i bardzo ekskluzywna” francuska restauracja
              (najlepsza w mieście zamieszkania Dyr. Buraka) innym razem jest to klub nocny –
              równie „ekskluzywny i elegancki”. Gośćmi jednego i drugiego bywali możni świata
              biznesu Niemiec i nie tylko (w jednej z opowieści pojawił się nawet arabski
              szejk). Ekskluzywność, a przynajmniej profesjonalizm lokali należy poddać w
              wątpliwość, – ponieważ w owym okresie Dyr. Burak jeszcze nie posługiwał się
              swoim ojczystym językiem (niemieckim), ani żadnym innym europejskim (do
              dzisiaj). Jeżeli nawet pracował w owych miejscach (miejscu?) to raczej w
              charakterze pomywacza a nie kelnera. Niemniej jednak trzeba przyznać naszemu
              Dilbertowi, że po otrzymaniu upragnionego prawa do zasiłku socjalnego nie
              spoczął na laurach i nie zaczął korzystać z uciech kapitalizmu a zaczął szybko
              wspinać się po szczeblach drabiny społecznej. W tedy też po raz pierwszy
              zauważył u siebie nieprzeciętne zdolności do robienia złotych „interesów”.
              Zauważył że loże w lokalu nocnym (tym „ekskluzywnym”) są tak skonstruowane że
              pomiędzy oparciem i siedziskiem jest szpara w którą wpadają kluczyki, bilon i
              drobiazgi które siedzący tam goście noszą w kieszeniach. Zaproponował więc
              właścicielowi że będzie zostawał po godzinach i pomagał sprzątającym
              doprowadzić do porządku salę – właściciel oczywiście się zgodził i jeszcze
              wyraził zachwyt jaki to pracowity naród ci Polacy. Nie wiedział, że Dyr. Burak
              to żaden Polak tylko krzyżak z dziada pradziada. Nasz bohater nie
              przepracowywał się specjalnie ze sprzątaniem za to bardzo starannie przeglądał
              szpary w lożach. Po jakimś czasie nasz strateg wpadł na genialny pomysł jak
              zwielokrotnić zyski bez wkładu własnego. Pomysł był genialny w swojej prostocie
              po prostu wydawał klientom resztę w możliwie największej ilości bilonu
              tłumacząc, że w kasie niestety niema banknotów o niskich nominałach. Na uwagi
              (opowiadał tę historię publicznie) swoich podwładnych, że takie działania można
              nazwać (łagodnie) „uczciwymi inaczej” stwierdzał, że to żaden problem jak są
              frajerzy, którzy aż się proszą o to żeby na nich „zarobić” (cyt.).
              • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 3 10-08-2001 13:09 31.08.01, 18:11
                Część 3

                Druga praca Dyrektora Buraka.
                Podtytułem powinno być przysłowie: Głupi ma szczęście. Otóż Dyr. Burak
                postanowił rozwijać dalej swoją karierę w tym celu podjął pracę w koncernie
                działającym w sektorze przemysłu ciężkiego. Niestety nie było to jeszcze
                stanowisko wyższego szczebla kierowniczego, nie było niestety również to
                stanowisko średniego szczebla kierowniczego, a co gorsza w ogóle nie było to
                stanowisko kierownicze. Prawdę mówiąc był w tym koncernie zwykłym robotnikiem
                (w pierwszym okresie nawet niewykwalifikowanym, co oznaczało, że nie mógł
                obsługiwać żadnych maszyn – poza miotłą i impulsownikiem kinetycznym potocznie
                zwanym młotkiem). Pierwsze zdarzenie nawiązujące do w/w przysłowia miało
                miejsce już na samym początku, w ustach Dyrektora Buraka brzmi mniej więcej
                tak: „Wiesz jak ja tam zacząłem robić to jeszcze ciągle zapier.......łem w tym
                burdelu (ekskluzywny lokal z Części 1) i pracowało się całe noce to jak rano
                szłem (celowo nie poprawiam) do fabryki to byłem strasznie zje...ny. Ale trzeba
                było tylko wytrzymać do 10 i w tedy była przerwa a po przerwie tak żeby mnie
                nikt nie widział szedłem (będę zawsze poprawiał – płynniej się pisze) do
                magazynu opakowań, chowałem się pod kartony i spałem. I tak przez kilka
                miesięcy aż tu kur...a, kiedyś jakiś ch..j z kierownictwa łaził po firmie i
                zauważył że coś wystaje spod kartonów. Zawołał kierownika zmiany i zrobił
                alarm, że kogoś przygniotły kartony, niezły głupek, jak mnie spod tych kartonów
                wyciągnęli to nie wiedziałem, o co chodzi – kupa ludzi i wszyscy krzyczą i
                pytają się jak się czuję, to się zorientowałem, że oni wszyscy naprawdę myślą,
                że mnie przygniotło. A wiesz, co było dalej ci debile dali mi wolne do końca
                tygodnia i jeszcze ekstra szmal żebym nic nie mówił, bo te kartony nie były
                zabezpieczone. Najlepsze jest to, że nikt się nie zastanowił jak mogły mnie
                przygnieść puste tekturowe pudełka”.
                Minęło kolejnych kilka miesięcy (lat?) i Dyr. Burak awansował – został
                robotnikiem wykwalifikowanym i zaczął obsługiwać maszynę do spółki, na jednej
                zmianie z innym obywatelem Niemiec rodem z Turcji. Maszyna była podobno bardzo
                długa i duża i coś tam toczyła, a sterował nią „komputer” (prawdopodobnie
                chodzi o jakieś przełączniki elektromechaniczne, jak to w tokarkach), który
                obsługiwał nasz Dilbert-Dyzma wraz z kolegom. Szybko nasz innowator zauważył,
                że do obsługi tej skomplikowanej maszynerii wystarczy jeden człowiek, z czym
                całkowicie zgadzał się Helmut z Istambułu, więc podzielili swoją zmianę na
                jeszcze krótsze dyżury i kiedy jeden pracował (obsługiwał komputer) drugi mógł
                odespać noc (Turek też był na dorobku i pracował w restauracji). Tak obu
                stachanowcom upływały dni, miesiące (lata?), aż tu któregoś dnia Dyr. Burak
                leżąc spokojnie pod maszyną (jakimś blokiem głównym) zauważył wyciek oleju.
                Wykombinował, więc sobie, że jak to zgłosi do kierownictwa to na pewno trzeba
                będzie to naprawić, jak przyślą kogoś, kto to będzie naprawiał to maszyna
                będzie nieczynna, czyli on nie będzie miał, co obsługiwać a więc zupełnie
                legalnie będzie mógł robić to, co robi, czyli odpoczywać po przepracowanych
                nocach. Jak wymyślił tak też zrobił. I co się okazuje przyszedł Dyrektor
                Techniczny popatrzył i kazał natychmiast zatrzymać sprzęt, wyciek był na tyle
                groźny, że groził poważnym uszkodzeniem całej tokarki wartej (podobno) miliony
                marek. Nasz, Dyr. Burak został pochwalony (mało istotne) i (co ważniejsze)
                nagrodzony – finansowo. Otrzymał premię w wysokości 5.000 DM, co stanowiło jego
                blisko dwumiesięczne wynagrodzenie.
                Dyr. Burak po dziś dzień z łezką w oku wspomina prace w owym koncernie i ciągle
                podkreśla, że to dopiero była FIRMA, nie przemawiają do niego argumenty, że w/w
                firma zbankrutowała na początku lat dziewięćdziesiątych. Podejrzewam również,
                że wtedy Dyr. Burak po raz pierwszy spotkał się z Dilbertowskim zarządzaniem i
                sporo sobie przyswoił.
                • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 4 10-08-2001 16:22 31.08.01, 18:14
                  Część 4

                  Dyrektor Burak stawia pierwsze kroki w „wielkim biznesie”.
                  Dokładnie kroniki (okresy, w których Dyr. Burak mówi prawdę) nie podają, kiedy
                  ostatecznie zerwane zostały kontakty naszego, Dyzmy z branżą restauracyjno-
                  rozrywkową i metalurgiczną (w domyśle informatyczną – obsługa komputera). Fakt
                  faktem przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych a szczególnie zmiany
                  w Polsce spowodował nagły przypływ genialnych pomysłów do głowy Buraka na
                  zrobienie interesu życia. Pierwszy i w konsekwencji ostatni (własny pomysł) to –

                  Firma Transportowa. Tradycyjnie jak Dyr. Burak pomyślał tak zrobił – kupił
                  samochód dostawczy (Mercedes z plandeką – lekko używany, co prawda, ale za to
                  długo, bo kilkanaście lat) i zaczął zdobywać trudny rynek na dzikim (wtedy
                  jeszcze) wschodzie. W zasadzie do końca nie jest jasne, co i gdzie woził, a
                  jedyne opowieści z tamtych czasów ograniczają się do barwnych relacji z pobytów
                  w agencjach (nie celnych), które wtedy powstawały jak grzyby po deszczu.
                  Zresztą z jego punktu widzenia miało to ekonomiczne uzasadnienie za jednorazową
                  (wcale nie wygórowaną) opłatą miał: nocleg (w tamtych czasach klient płacił za
                  noc a nie godzinę, podobno?), relaks, rozrywkę (jedyne zainteresowania do
                  dzisiaj) i miłe (czytaj niewymagające) towarzystwo.

                  W tym momencie w mojej opowieści pojawia się nowy bohater, nazwijmy go Wujek.
                  Wujek jest pracownikiem firmy do dzisiaj i można powiedzieć, że moim
                  przełożonym. Jest postacią równie istotną, choć oczywiście nie tak ważną jak
                  Dyr. Burak. Wujek będąc jeszcze studentem w latach siedemdziesiąt-osiemdziesiąt
                  uzyskał paszport i pozwolenie na wyjazd (w celach turystycznych oczywiście) do
                  RFN. Skwapliwie z niego skorzystał i po zwiedzeniu (w dwa dni) tego pięknego
                  kraju podjął pracę w firmie profilu, której nie będę opisywał, ponieważ jest to
                  Firma-Matka spółki, w której pracuję. Przygoda Wujka z pracą w tym
                  przedsiębiorstwie trwała dwa razy po trzy miesiące w przeciągu kilku lat w
                  trakcie wakacji. Po skończeniu studiów Wujek jak każdy przykładny obywatel PRL
                  podjął pracę w przedsiębiorstwie państwowym żeby oddać państwu, co jego
                  (sponsoring studiów). Już po rewolucji w roku 1989 Wujek wyczuwając szybką
                  dewaluację wartości nabywczej Marek Niemieckich postanowił po raz ostatni
                  wrócić do Państwa Krzyżackiego i zarobić, choć trochę twardej waluty, ot tak
                  żeby mieć, z czym wejść w kapitalizm. W zasadzie robił to samo, co zawsze, ale
                  o ile poprzednio żaden z właścicieli firmy ani żaden z Managerów nie zauważali
                  go to teraz żywo zaczęli wypytywać jak to teraz jest w Polsce: czy już można
                  otwierać firmy prywatne, czy są fachowcy tacy a tacy, czy to na przykład
                  problem założyć telefon, wynająć biura, halę produkcyjną. Wujek jako patriota
                  oczywiście przedstawił nasz kraj jako miejsce, w którym niedługo spełnią się
                  marzenia wszystkich kapitalistów i w ogóle krainę mlekiem i miodem płynącym, do
                  tego mlekiem i miodem bez właściciela i ten, kto będzie pierwszy to nachapie
                  się najwięcej (smutne jest to, że trochę w tym prawdy). Wujek popracował i
                  poopowiadał poczym wrócił do kraju nie przeczuwając nawet jak szybko i jak
                  bardzo zmieni się jego życie.

                  Cdn. (w poniedziałek – piszę to na bieżąco wspominając i obserwując, a przy tym
                  muszę jeszcze pracować, więc czasami mogą się pojawić dłuższe przerwy – często
                  wyjeżdżam)
                  • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 5 10-08-2001 11:40 31.08.01, 18:16
                    Część 5

                    Dyrektor Burak stawia pierwsze kroki w „wielkim biznesie” cd.

                    Tymczasem Dyr. Burak rozwijał nadal swoją firmę transportową.
                    W owym czasie rząd polski prowadził szeroko zakrojoną agitację wśród zachodnich
                    przedsiębiorców w celu przyciągnięcia kapitału do Rzeczypospolitej. Jeden z
                    konsulatów na terenie Państwa Krzyżackiego zorganizował spotkanie dla prezesów
                    firm myślących o inwestycjach w Polsce. I jak się domyślacie informacja ta
                    dotarła do Dyr. Buraka, no cóż w zasadzie spełniał wszystkie warunki –
                    niemiecki przedsiębiorca, prezes (szkoda, że jednoosobowej spółki, ale kto by
                    tam wnikał w takie drobiazgi) do tego posiadający kapitał (mercedesa opisałem
                    wyżej) i (co cenniejsze) wiedzę o realiach inwestycyjnych na wschodzie. Kiedyś
                    nad tym się zastanawiałem czy ja na jego miejscu zdecydowałbym się na taką
                    wizytę w konsulacie i doszedłem do wniosku, że bez wpływu środków odurzających
                    z pewnością – nie (maże to jest powód, dla którego to on a nie ja jest
                    dyrektorem). Ale to tylko dygresja (może niepotrzebna). Dość powiedzieć że Dyr.
                    Burak odpowiedział na ogłoszenie konsula i stanął pośród przedstawicieli takich
                    firm jak KLUDI (największy na świecie producent armatury), JADO (czołowy
                    niemiecki producent elektromechaniki i automatyki) jak równy między równymi. Na
                    spotkaniu tym zjawili się też dwaj spośród trzech współwłaścicieli firmy,
                    której losy opisuję. I cóż za zaskoczenie, Dyr. Burak został rozpoznany przez
                    jednego z nich jako przedsiębiorca z tego samego miasta (!!!). Po latach sprawa
                    się wyjaśniła – znajoma wydała się twarz Dyzmy. Swoją drogą jego wygląd jest
                    dość charakterystyczny (jak na warunki cywilizowanego kraju) – złoty sygnet,
                    (co najmniej jeden), kilka złotych bransolet (na obu nadgarstkach), no i do
                    kompletu złoty łańcuszek i lisie oczka, prawda, że szczególna charakteryzacja
                    jak na przedsiębiorcę. Ale wygląd o ile charakterystyczny jest, to w żadnym
                    razie nie tłumaczy skąd podejrzenie u mojego pryncypała, że spotkał Dyr. Buraka
                    w trakcie swojej działalności biznesowej. A tak naprawdę spotkał go w trakcie
                    wizyt w restauracji, w której Burak był kelnerem!!! (Wyroki boskie są
                    niezbadane). Co najciekawsze sam Dyr. Burak dopiero po latach zdał sobie sprawę
                    z okoliczności w których po raz pierwszy widział Waldka (tak będę określał
                    nowego bohatera – skoro Burak zniemczył swoje polskie imię to ja spolszczę
                    niemieckie Waldka). Tak, więc nieświadomi pomyłki (obaj) stanęli obok siebie i
                    wysłuchali, co do powiedzenia ma konsul na temat inwestycji w krainie mlekiem i
                    miodem płynącej. Instynkt, Dyr. Buraka podpowiedział mu, że jego potencjalny
                    partner w interesach ma szmal (nie mały) i poważnie myśli o inwestycji w
                    Polsce – w obu wypadkach nie mylił się. Kuł, więc żelazo póki gorące, opisał
                    (bez zbędnych szczegółów) tabor samochodowy, jakim dysponuje, i lata
                    doświadczeń na trudnym dla interesów polskim gruncie. Nie omieszkał również
                    napomknąć o znajomości języka polskiego (tak jakby nie było słychać, że mówi ze
                    wschodnim akcentem – do dzisiaj zresztą). Uwieńczył zaś negocjacje propozycją
                    podpisania kontraktu, w którym on (jego firma, przepraszam kompania
                    transportowa) świadczyłaby usługi przedsiębiorstwu Waldka, bo przecież coś tam
                    i z powrotem będzie woził. I niestety w tym wypadku się przeliczył.

                    Cdn.
                    • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 6 13-08-2001 15:45 31.08.01, 18:19
                      Część 6

                      Firma rusza.
                      Dyr. Burak przeliczył się, jeżeli chodzi o (z pewnością) lukratywny kontrakt na
                      transport, jednak jakby na otarcie łez Waldek zaproponował mu posadę prezesa
                      (!!!) w nowo powstającej spółce j.v. (jak to Burak mówił „joint”). Waldek
                      zaprosił Buraka do siebie do firmy pokazał mu, co i jak i powiedział, że w
                      Polsce tu i tu mieszka taki chłopak (właściwsze będzie określenie facet –
                      Wujek, a o nim tu mowa miał już lata studenckie za sobą), co kiedyś pracował w
                      Niemczech i mniej więcej wie, o co chodzi, więc dobrze będzie jak Dilbert-Dyzma
                      pojedzie i skontaktuje się z nim, a przy okazji dowie się jak od strony prawnej
                      wygląda założenie spółki i poszuka lokalizacji. Jako motywację otrzymał
                      fundusze na wikt i opierunek (nie małe) i co najważniejsze ze wszystkiego
                      MERCEDESA, a musicie wiedzieć, że dla Dyr. Buraka nie istnieje marka
                      przedniejsza niż PKS, (co starsi czytelnicy pamiętają pewnie „logo” na
                      autobusach PKS – prawda, że podobne?), był to jego wymarzony i wyśniony pojazd,
                      cudowna zabawka, wspaniała maskotka, najbardziej charakterystyczna oznaka
                      statusu społecznego z jaką kojarzy polaczek bogactwo, a do tego wszystkiego był
                      jego i tylko jego (no może nie zupełnie jego, ale tylko on mógł go używać i
                      tylko on decydował gdzie nim pojedzie). W tej sytuacji Burak ochoczo wyruszył
                      do „Polen” jednak postanowił przełożyć wizytę u Wujka i poszukiwanie
                      lokalizacji o jeden dzień. Powód, jakże oczywisty, co prawda bywał już
                      w „Polen” wielokrotnie, ale niestety nigdy nie znalazł (z przepracowania) czasu
                      na odwiedziny u rodziny. Teraz, kiedy już był prezesem mógł swobodnie
                      dysponować swoim czasem, no i nareszcie miał, co (Mercedesa) pokazać rodzinie
                      na wsi, tudzież innym kołchoźnikom w rodzinnym pegeerze. Wizyta była nadzwyczaj
                      udana – rodzina uwierzyła nie tylko w to, że Mercedes jest jego, ale (o naiwni)
                      również w to, że niedługo Burak wróci tu już z kapitałem i otworzy firmę,
                      jakiej nawet w „Pogodzie dla Bogaczy” nie widzieli. Notabene w to, że firma
                      jest jego własnością wierzą do dzisiaj, (co niektórzy).

                      Cdn. (jutro)
                      • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 7 14-08-2001 10:16 31.08.01, 18:22
                        Część 7

                        Wujek poznaje Dyr. Buraka (właściwie od niedawna Prezesa).
                        Pierwsze „widzenie” Wujka i Buraka odbyło się bez sensacji, co jak poznacie
                        bliżej Buraka już jest sensacją.
                        Prezes Dilbert-Dyzma wystąpił, a jakże w roli kumpla Waldka i łaskawie
                        zaoferował Wujkowi posadę (kierowniczą) w nowym koncern-holdingu, który wraz z
                        Waldkiem i „kilkoma jeszcze inwestorami” ma zamiar uruchomić niebawem. Wujek
                        owszem łaskawie wysłuchał i podziękował Prezesowi za propozycję potwierdzając,
                        że będzie oczekiwał na konkrety. Najciekawsze jest to, że Dyr. Burak wydał mu
                        się nawet rzeczowy (!!!) i godny zaufania (!!!), trochę tylko zdziwiło go że
                        był obywatelem Vaterlandu dopiero kilka lat a już tyle zapomniał z ojczystej
                        mowy. Bez przesady można powiedzieć, że do dzisiaj płaci za tamten błąd w
                        ocenie. A propos językowej ekwilibrystyki, Dyr. Buraka, co prawda nie zdołał
                        się on nauczyć języka, (w którym napisano „Moją Walkę”) w stopniu, który w
                        pełni pozwoliłby mu się z asymilować z Bawarczykami, ale nabrał tak
                        charakterystycznej maniery (charakterystycznej dla pewnej reprezentacji
                        polonii) „zapominania” polskich słów i zastępowania ich niemieckimi, nie zawsze
                        odpowiednikami. Nie rzadko w pierwszym okresie swojego pobytu na łonie
                        pierworodnej ojczyzny zadawał też pytanie: „Jak to się mówi po waszemu? (po
                        naszemu czyli po polsku).”
                        Po wykonaniu pierwszego polecenia Waldka (kontakt z Wujkiem) przystąpił do
                        wykonywania drugiego, rozpoczął szukanie miejsca, w którym można by
                        zlokalizować firmę. Rozpoczął oczywiście od miast wojewódzkich i ich
                        najbardziej reprezentacyjnych części, oczami wyobraźni widział siebie jako
                        nowego magnata, który jadąc swoim PKS-em jest z szacunkiem wytykany palcami
                        przez mieszczan. Waldek jednak szybko sprowadził go na ziemię i wyjaśnił, że
                        nie stawiają ani supermarketu ani butiku z ciuchami Diora tylko zakład
                        produkcyjny i potrzebują hali, najlepiej na zadupiu (będzie tania), i co gorsza
                        w pierwotnym założeniu nie będzie potrzebna nawet część biurowa (na początku),
                        a wystarczy tylko sanitarno-socjalny węzeł dla pracowników. Dyr. Burak nie mógł
                        uwierzyć!!!! Jak to nie będzie dwunastopiętrowego biurowca w centrum miasta i
                        stada sekretarek!?! Nie będzie nawet porządnego budynku biurowego przy hali
                        produkcyjnej. Trzeba pamiętać, że kiedy wyjeżdżał z PRL w kraju panowała moda
                        na kościelne budowanie w świeckim wydaniu (sześciopiętrowa plebania, a w jej
                        sąsiedztwie „ŚWIĄTYNIA” z nawą główną na 20-stu wiernych). Poza tym to już
                        ostateczny argument dla wyobraźni Buraka, ale nawet pegeer w jego rodzinnej
                        miejscowości miał „BIURA”, tak by się plebs nie mieszał z „Derektorami”. Cóż
                        chcąc nie chcąc musiał wysłuchać argumentów Waldka (a nawet udać, że je
                        rozumie), że na początku firma będzie miała charakter wyłącznie produkcyjny i
                        nie ma potrzeby budowania reprezentacyjnych gabinetów. Pogodzony z myślą, że
                        jego cudowny prezesowski gabinet, cały w marmurach odsuną się w bliżej
                        nieokreśloną przyszłość Dyr. Burak znalazł halę na terenie dawnego gospodarstwa
                        rolnego. Chciałoby się powiedzieć: Co się martwisz co się smucisz ze wsi jesteś
                        na wieś wrócisz.

                        Cdn.
                        • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 8 14-08-2001 16:33 31.08.01, 18:24
                          Część 8

                          Dyr. Burak i przypadek z ciężarówką.
                          Dyrektor Burak zadomowił się już na dobre w „swojej” firmie, co prawda była to
                          na początku właściwie manufaktura. Zatrudniała (ta manufaktura) około
                          dziesięciu osób w tym 8 kobiet, jednego mechanika do obsługi maszyn, Wujka
                          (wdepnął już w bagno) jako kierownika i oczywiście Prezesa (niedługo pojawię
                          się ja). Proces technologiczny jest (pisałem o tym wcześniej) niezwykle prosty –

                          przyjeżdża TIR z produktami biali murzyni robią z nimi to, czego nie opłaca
                          się robić w Marchii, bo tam za dużo trzeba płacić Rumunom, Turkom, Arabom,
                          krewnym Olisadebe i Polakom, po czym wraca z powrotem. W początkowym okresie
                          było tylko pięć maszyn, więc TIR zapełniał kalendarz produkcyjny na cały
                          tydzień, z reguły nie wyłączając sobót i niedziel. W soboty i niedziele firma
                          pracowała bynajmniej nie z potrzeby dotrzymania terminów, ale raczej z powodu
                          widzimisie Prezesa Buraka, w myśl, bowiem nowoczesnych zasad zarządzania
                          personelem uważał on, że jeżeli każe przychodzić pracownikom w dni wolne od
                          pracy to będą czuli przed nim respekt, (dlaczego!?!). No dobrze, ale miało być
                          o ciężarówce (stosunek do pracowników będzie często pojawiał się w tekście),
                          tak, więc w tamtym okresie w firmie transportowej (niemieckiej, a jakże, ale
                          nie Buraka), która podpisała kontrakt z Waldkiem na obsługę dostaw pracował
                          kierowca, który pochodził z Hiszpanii. Swego czasu Hiszpania też nie była
                          najbogatsza i jej obywatele wyjeżdżali za chlebem na wschód (z racji położenia
                          geograficznego). Jak na Hiszpana przystało miał gorący temperament i ciekawy
                          zwyczaj podjeżdżania pod firmę na piszczących kołach (wszystkich osiemnastu).
                          Przyznaję, że trzydziesto tonowa ciężarówka parkująca na parkingu firmowym w
                          obłoku dymu z rozgrzanych opon robi wrażenie. Tego dnia Burak siedział w swojej
                          kanciapie wraz z zapoznanym kilka miesięcy wcześniej oficerem Wojska Polskiego –

                          nazwijmy go Generałem, kiedy usłyszał od pracownika, że od strony Urzędu
                          Celnego zbliża się Hiszpan w swojej ciężarówce. Zwrócił się, więc do Generała
                          tymi słowy: „Choć a zobaczysz coś zajeb....ego. Kierowców, co robią takie
                          numery możesz zobaczyć tylko u mnie.” (dla niewtajemniczonych – wszyscy
                          oczywiście byli przez Buraka informowani o tym że nie tylko jedna ale i druga
                          firma jest jego własnością). Poszli, więc i stanęli przed firmą czekając na
                          obiecany przez Dyr. Buraka pokaz. Hiszpan faktycznie nadjechał z fasonem,
                          widząc, że ma publiczność docisnął jeszcze gaz i wszedł w zakręt na podjeździe.
                          Koła piszczą. Dym unosi się wokół samochodu. Naczepa się wypina. Przelatuje
                          obok Buraka i Generała. Wpada między samochody (niestety nie uszkodziła
                          Burakowego PKS-u). I uderza z impetem w ścianę hali produkcyjnej. Wybija dziurę
                          mniej więcej metr na metr (suma sumarum nic się nikomu nie stało). Burak i
                          Generał stoją jak skamieniali z rozdziawionymi gębami, wreszcie ten drugi
                          odzywa się: „Ja pier....lę skąd wiedziałeś !?!”. Burak niestety nie wiedział. A
                          właściwie nie podejrzewał, że coś takiego może się stać. I w zasadzie cofam
                          słowa o braku ofiar, uszczerbku (nie pierwszego) na umyśle doznał Dyr. Burak.

                          Cdn.
                          • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 9 16-08-2001 12:45 31.08.01, 18:26
                            Część 9

                            Dyr. Buraka walka ze stresem.
                            Przez całe dotychczasowe życie zawodowe Burak wykonywał czyjeś polecenia, nagle
                            ta sytuacja zmieniła się z dnia na dzień. Teraz to jego zadaniem było
                            kierowanie (zarządzanie) i wydawanie poleceń. Czego efektem był w pierwszej
                            fazie stan kompletnego zagubienia. Następnie była to bezsilność spowodowana
                            ograniczoną (zerową) wiedzą i całkowitym brakiem kompetencji. Obecnie Burak
                            jest pewną odmianą Rainmana żyjącego w wirtualnej rzeczywistości, którą sobie
                            sam stworzył. Ale cofnijmy się w przeszłość. Poniżej przytaczam jeden z
                            nowoczesnych standardów zarządzania:
                            Zarządzanie Produkcją –
                            Mechanik przychodzi do Buraka i mówi: „Panie Prezesie (tak Trzeba było się do
                            Buraka zwracać) maszyna się zepsuła.”
                            Burak: „Więc ją ku...wa napraw”.
                            Mechanik: „Tak, ale potrzebuję taką a taką część”.
                            Burak: „Dobra jutro ci przywiozę.”
                            Następnego dnia Mechanik przychodzi po obiecaną część (Burak oczywiście jej nie
                            kupił, bo zapomniał).
                            Burak: „Czego ku..wa znowu chcesz”.
                            Mechanik: „No właśnie ja eee.. Panie Prezesie eee.. przyszedłem po tą część do
                            maszyny eee.. co to się zepsuła.”
                            Burak: „Jaką część!?! Aha!?!” (tu olśnienie) i nagły zwrot akcji – „Co ty
                            ku..wa myślisz że ja nie mam co robić tylko jeździć i szukać jakiś pier....nych
                            części? Masz to naprawić bez nich a jak nie to cię wypier....lę i znajdę se
                            takiego co to potrafi naprawić bez nowych części!!!.”
                            Niektórym może się wydawać, że przesadziłem z liczbą wulgaryzmów, niestety nie,
                            a właściwie to mocno ją ograniczyłem, Dyr. Burak, bowiem pośród swoich
                            niezliczonych talentów ma jeden bardzo szczególny: Potrafi mówić całymi
                            zdaniami używając tylko przekleństw w różnych przypadkach i odmianach (ja
                            takiego daru nie mam, więc chcąc nie chcąc muszę stosować polszczyznę). Ze
                            szczególnym zaś upodobaniem stosuje ten swego rodzaju dialekt w stosunku do
                            swoich podwładnych (bez względu na stanowisko, wiek i co najbardziej chore
                            płeć). Pewnie mu się wydaje, że wzbudza tym powszechny respekt i szacunek (o
                            żałosny), a może myśli, że przez to przechodzi na bardziej nieformalną
                            (koleżeńską) stopę. A swoją drogą tą brakującą część kupił Wujek.
                            Miesiące mijały i nawet do Buraka zaczęło docierać, że nie nadaje się do tego,
                            co mu kazano robić (zarządzania, kierowania, reprezentowania, itp., itd.).
                            Stres związany z faktem, że uświadomił sobie, iż jest kompletnym idiotą i
                            prymitywem był tak duży, że Dyr. Burak marniał w oczach. Wreszcie wpadł na
                            cudowny pomysł postanowił codziennie zakładać „różowe okulary” w celu
                            upiększenia świata i siebie. A robił to w następujący (jakże prosty) sposób,
                            przychodził do firmy zamykał się w swojej kanciapie i upijał się (czasami do
                            nieprzytomności).

                            Cdn. (Po przeczytaniu tego, co napisałem zastanawiam się czy pisać dalej, bo
                            brzmi to dość niesmacznie i obawiam się, że dalej jest gorzej, absurdalny
                            horror z tragikomicznymi wątkami. Czekam na sugestie. I dziękuję za
                            dotychczasowe opinie.)
                            • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 10 17-08-2001 11:58 31.08.01, 18:28
                              Część 10

                              Dyr. Burak jako Kaowiec.

                              Zastanawiające – on pije gorzałę całymi dniami a ci z Helmutowa (centrali) nic.
                              Rozwiązanie zagadki bardzo ciekawe i proste (większość działań Buraka jest
                              nieskomplikowana) otóż Dyr. Burak nawiązał nieformalne stosunki ze wszystkimi,
                              którzy mają coś do powiedzenia w Firmie (tam nie tu, bo tu rządził tylko on).
                              Szybko się zorientował, że większość z Helmutów zna obraz Polski tylko z
                              opowiadań dziadków (żołnierzy Wermahtu), czyli ładne i tanie kobiety, wóda i
                              żarcie za darmo a w pesymistycznej wersji za niewielkie pieniądze. Większość
                              wizyt wyglądała, więc następująco: Burak odbiera gości z lotniska. Wiezie ich
                              do Hotelu (z reguły wynajmował od razu pokój dla siebie). Wieczorem poi ich
                              wódą, aż im bańki nosem wychodzą. Kolejny punkt programu to Dyskoteka. Jak się
                              chłopcy rozochocą hajda do burdelu zobaczyć co nasz kraj oferuje najlepszego
                              (towar ceniony w całej europie). Następnego dnia spanie do południa. Śniadanko
                              i wizyta kontrolna w firmie z reguły mają przed odlotem czas na kawę (jedynie
                              ci ciekawscy na dwu trzy minutowy spacer po hali). O czternastej wypad na
                              lotnisko. I życie wraca do normy. Kaowiec wraca do Firmy i na rozładowanie
                              nerwów wypija ćwiarteczkę (gwoli jasności dla młodszych czytelników Kaowiec to
                              relikt PRL był to człowiek, który na wczasach pracowniczych za zadanie miał
                              organizować przedstawicielom klasy robotniczej rozrywkę kulturalno-oświatową).
                              Schemat tych wizyt kontrolnych powtarzał się regularnie jakieś osiem lat, co
                              było potem to napisze później.
                              Przez te osiem lat raz tylko powiało sensacją. Sam Bóg postanowił nawiedzić
                              Buraka i zobaczyć jak zarządza jego szmalem. Wszyscy byli pewni, że nadszedł
                              kres jego błyskotliwej kariery. Znaki na niebie i ziemi na to wskazywały. Boss
                              nie chciał wieczornej kolacji, ani dyskoteki, ani (argument ostateczny)
                              burdelu. Mało tego prosto z lotniska kazał się przywieść do firmy. Następnego
                              dnia (o zgrozo) siedział w niej od rana, i zadawał niewygodne i bardzo trudne
                              pytania. Kto to jest ta kobieta w biurze (w tym czasie Burak postawił już sobie
                              zaczątek kompleksu biurowego)? Po co tyle osób obsługuje tą maszynę i w ogóle,
                              co to za maszyna. Czemu jest taki bałagan na hali? Dlaczego pracownicy nie mają
                              wody mineralnej? Czemu nie mają przerwy na śniadanie (najlepsze jest to że
                              zwykle mieli, ale Burak myślał że jak Boss zobaczy że kazał im pracować bez
                              przerwy to się ucieszy) itp. Itd. Burak był załamany wszystkie jego standardy
                              zarządzania personelem legły w gruzach. Uratowały go dwie rzeczy. Pierwsza
                              Burak konsekwentnie od początku przy zatrudnianiu nowych pracowników kierował
                              się jedną zasadą – nie ważne wykształcenie, doświadczenie, wiek i płeć, ważne
                              abyś nie mówił po niemiecku. I tak jako jedyny tłumacz występował on. Rozmowy
                              Boga z pracownikami wyglądały na przykład tak:
                              Bóg: „Czy czegoś wam brakuje”.
                              Pracownik: „Przydałyby się większe szatnie i więcej pryszniców”.
                              Tłumaczenie Dyr. Buraka: „Nie, wszystko mamy. W poprzedniej firmie, w której
                              pracowałem nie było nawet połowy tego, co tu.”
                              Bóg: „To dobrze wracaj proszę do pracy.”
                              Tłumaczenie Buraka: „Spi....dalaj do roboty.”
                              Generalnie obraz polskich pracowników (nie zapominajmy, że 90 % to prości
                              niewykształceni ludzie z małych miasteczek lub wsi), który przedstawiał
                              Krzyżakom Burak wyglądał mniej więcej tak: leń, złodziej i kombinator, który
                              cały czas zastanawia się jak nic nie robić a zarobić. Potwierdzenie tych słów
                              to fakt, że jeden z udziałowców znał tylko jedno polskie słowo (nie wcale nie
                              ku...wa, ani dziękuję, czy dzień dobry), to słowo to „leniwi”. A skąd, Dyr.
                              Burak odpowiadając na pytania, dlaczego to nie jest zrobione zawsze odpowiadał
                              (on wielki Niemiec), dlatego bo ci Polacy są tacy leniwi (całe zdanie mówił po
                              niemiecku niestety nie wiedział jak jest leniwi w języku Goethego).
                              Druga rzecz, która uratował Buraka to opowieść na osobny rozdział.
                              Tak sobie myślę i dochodzę do wniosku, że nudzić się u nas w Firmie jest
                              naprawdę trudno i to nawet, wtedy jak nie ma nic do roboty (w sensie
                              zawodowym).

                              Cdn.
                              • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 11 20-08-2001 13:33 31.08.01, 18:31
                                Część 11

                                Druga „rzecz”, która uratowała Dyr. Buraka.

                                Okazało się po (jakimś czasie), że Bóg też lubi skosztować, co nieco z
                                polskiego towaru eksportowego, a co już chyba jasne doświadczenie w organizacji
                                konsumpcji (tych „towarów”) Dyr. Burak miał niemałe. Tak, więc co wyszło po
                                jakimś czasie na jaw Bóg w czasie tamtej wizyty wykorzystał i (podobno) docenił
                                talenty Kaowca. Decyzja Boga była taka, że Burak dostaje kolejną szansę i
                                lepiej żeby teraz jej nie spieprzył. W zasadzie tylko z naszego punktu widzenia
                                wizyta w jakikolwiek sposób stanowiła zagrożenie dla posady Prezesa, tak
                                naprawdę Helmuty byli z niego zadowoleni (!!!) firma przynosiła zyski, a o to
                                przecież chodzi.
                                Kaowiec łoił gorzałę nadal i organizował wizyty dla Krzyżaków, które po jakimś
                                czasie zaczęły przypominać Sex wczasy. Zresztą często i bez specjalnego
                                skrępowania opowiadał o wyczynach swoich i swoich kolegów. Jedna z opowieści
                                brzmiała mniej więcej tak a dotyczyła, Dyr. Buraka i Boga (nie wiem czy było to
                                w czasie pamiętnej wizyty):
                                „No wiesz dobrze ochlaliśmy się wódy no i ku...wa wracamy do Hotelu i przy
                                drodze stoją ruskie ku....wy. Bóg się pyta ile kosztuje taka. To ja mówię, że
                                mu postawię (znając Buraka wydaje mi się to nieprawdopodobne, ale z drugiej
                                strony Tirówki chyba nie wystawiają faktur). No i wiesz na początku nie chciał,
                                ale ja mu mówię, że człowiek musi ku...wa wszystkiego w życiu spróbować. No i
                                wiesz w końcu się dał namówić. To ja sobie, myśle co tak będę stał i też sobie
                                jedną taką ruską ku...wę wziąłem (mam nadzieję że nie do Hotelu – czasem w nim
                                bywam i obsługa wie gdzie pracuję). A później to znaczy rano pojechaliśmy do
                                domu, (czyli do Vaterlandu). Wieczorem Bóg do mnie dzwoni i mówi, że go
                                strasznie jaja swędzą (!!!). No i ja tak sobie pomyślałem, że mnie w sumie też
                                (!!!). To od razu pojechaliśmy do lekarza, ku...wa jak ja się człowieku bałem,
                                że nas te dziwki czymś zaraziły. A wiesz, co się okazało, że to były zwykłe
                                mendy (!!!! Jak to zwykłe mendy?!!!! dla mnie byłoby czymś raczej niezwykłym
                                mieć mendy !!!). Najlepsze, że ten lekarz powiedział, że raz coś takiego
                                widział, a wiesz gdzie na zdjęciu w trakcie studiów (tu gromki śmiech) a nie u
                                pacjenta (znowu gromki śmiech).” Uprzedzałem wcześniej, że będzie niesmacznie i
                                nieprzyjemnie a gwarantuje, że to wcale nie jest jeszcze szczyt (a może
                                bardziej pasuje określenie – dno). Czasami jak widzę Boga, który (mnie z reguły
                                nie zauważa) to sobie myślę „Chłopie żebyś ty wiedział, co ja wiem” (i nie
                                tylko ja).

                                Cdn. (za kilka dni)
                                • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 12 22-08-2001 13:29 31.08.01, 18:34
                                  Część 12

                                  Dyrektor Burak zdobywa polski rynek.

                                  Firma działała i rozwijała się (rozwój zawdzięczamy raczej koniunkturze na
                                  rynku niż zarządzaniu Buraka). Mniej więcej w roku 1993 Dyr. Burak dostał
                                  polecenie żeby sprawdzić, jaki potencjał może mieć rynek polski (dotychczas
                                  wszyscy klienci pochodzili z Europy zachodniej). Dyr. Burak zabrał się ochoczo
                                  do dzieła doszedł do wniosku, że nie ma potrzeby zatrudniać specjalistów od
                                  reklamy, marketingu czy sprzedaży, cóż to dla niego wygospodarować trochę czasu
                                  w ciągu dnia i trochę miejsca w głowie na zarządzanie strategią firmy w tych
                                  działach (z produkcją i personelem przecież świetnie daje sobie radę). Nie
                                  pomyślał też o zleceniu badań rynkowych, bo po prostu nie wiedział, że robi się
                                  takie rzeczy (do dzisiaj nie wie). Przypominam, że Firma jest firmą usługową i
                                  sprzedaje właściwie jeden jej rodzaj (gatunek?). Ci z czytelników, którzy
                                  pracują w firmach o podobnym profilu wiedzą jak ciężko jest namówić kontrahenta
                                  do płacenia (wcale nie mało) za coś, co i tak będzie działać bez naszej usługi.
                                  Rozpoczął swoje działania od obmyślenia strategii wymyślił, więc po pierwsze,
                                  hasło reklamowe, które brzmiało (to nie żart) „Usługa (tu wstawił nazwę usługi)
                                  to jest to”. Geniusz!!!! Szkoda, że nie wystartował w „Reklamożercach”, (jeżeli
                                  już w tedy to coś się odbywało) pewnie by wygrał, nie wiem, w jakiej kategorii
                                  (znając jego szczęście – stworzyliby jakąś specjalnie dla niego). Drugi pomysł
                                  na dotarcie do klienta, spenetrowanie rynku, wygryzienie konkurencji,
                                  zwiększenie obrotu itp., itd. to były targi (do dzisiaj nie wieżę, że sam na to
                                  wpadł, ale przyznaję, że jeszcze nie odkryłem, kto mu to podpowiedział).
                                  Dlaczego nie wierzę ponieważ Dyr. Burak jest typem któremu się wydaje że do
                                  zdobycia klienta wystarczy postawić tablicę z nazwą firmy na bramie wjazdowej.
                                  No, ale wróćmy do targów, Burak zadzwonił, do Helmutowa i pochwalił się, że w
                                  Polsce odbywają się targi branżowe i dobrze by było gdyby Firma tam zaistniała.
                                  Waldek zgodził się (nie dał po sobie poznać, że nie wierzy w skuteczność targów
                                  w wykonaniu Buraka) i wyznaczył budżet. Dyr. Burak szybko obliczył, że niestety
                                  będzie musiał trochę ograniczyć zaplanowane wcześniej wydatki. Na co starczyło
                                  Burakowi: Na najlepszy Hotel w Poznaniu (czytaj najdroższy), na gorzałę i
                                  łyskacza dla klientów (no może odrobinkę też dla niego), o dziwo starczyło też
                                  na kupienie powierzchni wystawowej, na reklamę w katalogu targowym (hasło w
                                  końcu trzeba używać), na wynajęcie firmy wykonującej zabudowę. Na co Burakowi
                                  nie starczyło: na architekta, który miał zrobić projekt (niestety Dyr. Burak,
                                  uznał, że może go zastąpić) – dziwne, że nie dostał nagrody za najciekawszą
                                  zabudowę, stoisko przypominało ciemną norę na tyle niewidoczną, że jedyni
                                  goście Dyr. Buraka to był Waldek i któryś z Krzyżackich Manago (chyba
                                  zabłądzili, bo nawet jakby ktoś chciał to i tak by nie znalazł). Kolejna,
                                  rzecz, na którą nie starczyło forsy to Hostessy, najgorsze było to, że gdy żona
                                  Buraka usłyszała o Hostessach to postanowiła wyruszyć wraz z nim (jako atrakcja
                                  stoiska). To pozbawiło Buraka szansy skorzystania z usług Hostess w pierwszym
                                  burdelu napotkanym po drodze (najgorsze, że on do dzisiaj myśli, że Hostessy
                                  pracujące na targach i wystawach to prostytutki zatrudniane dla rozrywki
                                  Prezesów i Dyrektorów).
                                  Tak, więc te działania (nie bardzo wiem jak je nazwać) mające nacelu
                                  zawojowanie polskiego rynku trwały w takiej formie (hasło reklamowe raz w
                                  miesiącu w prasie branżowej, rzadko, ale za to na całą stronę + targi branżowe
                                  raz w roku) przez trzy lata. Efekt: 2 klientów (słownie dwóch klientów) wartość
                                  (nie mylić z zyskiem) kontraktów, które dla nich zrealizowano nie była nawet
                                  równa kosztom jednorazowej edycji hasła w magazynie branżowym. Nawet Waldek i
                                  Helmuty zauważyli, że coś jest chyba nie tak i postanowili wprowadzić zmiany.

                                  Cdn. (w poniedziałek – znowu wyjazd).
                                  • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 13 28-08-2001 09:24 31.08.01, 18:37
                                    Część 13

                                    Dyrektor Burak i Gacek.

                                    Waldek i pozostali dwaj udziałowcy (przypominam, że Burak jako udziałowiec
                                    występuje tylko w PGR-e) zaczęli okazywać pewne zaniepokojenie (trzeba
                                    chłopakom przyznać, że mają nerwy ze stali) poczynaniami Dyr. Buraka. A on
                                    przekonany o swojej bezkarności zachowywał się coraz bardziej irracjonalnie.
                                    Aby przykłady irracjonalnego zachowania były bardziej przejrzyste muszę nazwać
                                    pozostałych udziałowców (zgodnie, więc z tradycją spolszczam ich germańskie
                                    imiona, od teraz jeden to Tomek a drugi Olek). Tak, więc któregoś dnia Tomek
                                    postanowił przyjechać do Polski wraz ze Szwedzkim kontrahentem i pochwalić się
                                    nową inwestycją, popełnił jednak dramatyczny w swoich skutkach błąd, a
                                    właściwie kilka błędów. Błąd pierwszy - nie uprzedził nikogo o swoim zamiarze
                                    odwiedzenia Firmy. Błąd drugi – kontrahent to była kobieta (i do tego ładna).
                                    Błąd trzeci - kobieta była z pochodzenia polką i rozumiała nawet wiersze
                                    Mickiewicza (bez tłumaczenia). To, co działo się później można nazwać
                                    początkiem końca dla Buraczej wolności. Tomek i Pani Szwedka (tak ją nazwijmy)
                                    zajechali, więc pod firmę, Wujek jak ich zobaczył to mało nie spadł z krzesła.
                                    Wpadł do kanciapy Buraka i zaczął go cucić, (Dyr. Dyzma od wczesnych godzin
                                    porannych walczył ze stresem) nie bardzo mu to wyszło, postanowił, więc
                                    wystąpić w roli gospodarza. Tomek wprowadził Szwedkę, przedstawił ją Wujkowi, i
                                    oczywiście spytał o Buraka.

                                    Cdn. (jeszcze dzisiaj, mam coś pilnego do załatwienia)
                                    • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 14 29-08-2001 13:36 31.08.01, 18:39
                                      Część 14

                                      Gacek przybywa.

                                      Jak uradzili tak uczynili. Gacek został zatrudniony oficjalnie jako Dyrektor
                                      Handlowy a nieoficjalnie jak się wszyscy domyślali był po prostu Cerberem,
                                      który miał pilnować i donosić na Dyr. Buraka. To był rok 1995 lub 96 (pamięć
                                      mam dobrą, ale krótką), zresztą to bez znaczenia za to istotne są jeszcze inne
                                      zmiany, które nastąpiły. Po pierwsze odbyło się zebranie zarządu (drugie pod
                                      względem wagi w historii firmy), obecny był stary członek zarządu, czyli Dyr.
                                      Burak i pojawił się nowy, czyli Gacek. Zarząd uradził, iż od dzisiaj (po
                                      konsultacji z prawnikami) spółka przestaje być j.v. a zostaje z o.o. (ZOO to
                                      już było tam od dawna, teraz przynajmniej spełniono warunki formalne). Wiązało
                                      się to ze zmianom wpisów do rejestru itp. itd. Dla Buraka w tych wszystkich
                                      zmianach była istotna tylko jedna sprawa, – kto będzie występował na papierze
                                      jako prezes On czy Gacek. Gwoli wyjaśnienia, nasz Bystrzacha szybko się
                                      zorientował, że jedyna konsekwencja jego wybryków to nadzór nad jego osobą w
                                      postaci Gacka. Niestety stało się najgorsze prezesem został Waldek (właściwie
                                      najgorzej byłoby gdyby został Gacek, ale i tak to pierwsze potknięcie w
                                      błyskotliwej karierze). Drugie potknięcie a właściwie to już bardziej
                                      kwalifikuje się na upadek to fakt, iż Burak został mianowany Dyrektorem, ale
                                      nie MANAGING Dyrektorem tylko Dyr. Ds. Produkcji!!!!! To był prawdziwy szok. Do
                                      tego wcale nie był to koniec szykan („tych pie....nych Szwabów”), najgorsze (z
                                      jego punktu widzenia) było przed nim. Otóż Gacek pierwszego dnia zajechał pod
                                      firmę nowiutkim samochodem (na szczęście dla niego nie był to PKS – Burak z
                                      pewnością porysowałby karoserie gwoździem), był to znak, że trzeba sprawdzić,
                                      kiedy jest termin wykupu z leasingu jego PKS-u. I cóż za szczęście, już za
                                      kilka miesięcy Burak dostanie nowiutkiego PKS-a. Od razu mu się humor poprawił,
                                      bo przecież, kto będzie wiedział, że prezesem jest, kto inny (wizytówek
                                      przecież nie będzie zmieniał, bo tyle mu zostało starych, a przecież to taki
                                      wydatek drukować nowe), a jak go ludzie zobaczą w nowym PKS-ie to przecież nie
                                      uwierzą w plotki o degradacji. Cierpliwie czekał, więc na wieści z Państwa
                                      Krzyżackiego (no może, co jakiś czas przypominał, że leasing na PKS się kończy
                                      i trzeba pomyśleć o nowym). Wreszcie nadszedł Wielki Dzień Burak pojechał do
                                      Vaterlandu wszystkim oznajmiając (od kilku tygodni), że wróci nowym PKS-em.
                                      Wrócił to fakt, ale po pierwsze nie taki wesoły jak wyjeżdżał, po drugie nie
                                      nowym a dwuletnim, a po trzecie nie PKS-em!!!!!!! To był już drugi tak poważny
                                      cios w bardzo krótkim czasie, Burak uznał, że skoro jest Gacek (zajmie się
                                      robotą) to on może zacząć walczyć ze stresem. No i zaczął walczyć, w zasadzie z
                                      małymi przerwami (na sen) przebywał całą dobę na orbicie. Gacek faktycznie
                                      zabrał się ostro do roboty i raportował oraz donosił z małymi, przerwami (na
                                      papierosa) przez całą dobę. Na efekty nie trzeba było długo czekać, odbyło się
                                      walne i na półformalne zebranie zarządu (pierwsze pod względem wagi w historii
                                      Firmy).

                                      Cdn. (jutro)
                                      • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 15 30-08-2001 12:52 (12:55) 31.08.01, 19:25
                                        Część 15

                                        Kariera Dyr. Buraka zawisła na włosku.

                                        Po Gackowych raportach, których wiarygodność potwierdzał Tomek (mając w pamięci
                                        niezapowiedzianą wizytę w Firmie), Waldek postanowił naradzić się i podjąć
                                        decyzję, co do dalszych losów Buraka. Okazja po temu nadarzyła się w trakcie
                                        wizyty zarządu (w komplecie) w okresie Świąt. Po tradycyjnym gadu-gadu o
                                        niczym, ktoś postanowił (świnia jedna) napomknąć, że jest pewna drażliwa
                                        kwestia, którą trzeba załatwić. Mało tego (gnida jedna) sprowokowała głosowanie
                                        pod tytułem: „Zostawiamy Buraka w Firmie czy nie?”. Zasada głosowania w
                                        zarządzie jest wyjątkowo głupia, do podjęcia decyzji potrzebna jest pełna
                                        jednomyślność, ale (banda nazistów) postanowiła wyłączyć prawo do głosu Buraka.
                                        A tak była spora szansa, że zarząd nie przegłosowałby dymisji naszego geniusza
                                        zarządzania (instynkt samoobrony i zupełny brak poczucia wstydu to
                                        charakterystyczne cechy Buraka). Scena, która miała miejsce później to jak
                                        klasyk z wenezuelskich „dreszczowców”, Burak siedzi ze spuszczonym łbem, łzy mu
                                        stają w oczach i słyszy jak każdy z jego kolegów członków głośno i wyraźnie
                                        mówi „wyrzucić”, „wyrzucić”, „wyrzucić”.........itd. Burak kuli się w sobie,
                                        prawie udało mu się zniknąć a w jego wypadku to prawdziwa sztuka (zwykle nawet
                                        w ciemnościach złote łańcuszki i bransolety błyszczą ostrymi refleksami), chyba
                                        zdaje sobie sprawę że to już koniec cudownej bajki, po prostu czar prysł. Jak
                                        przez mgłę słyszy w oddali głos Waldka (jego zdanie jest ostateczne,
                                        przysłowiowy gwóźdź do trumny): „A ja chcę mu dać jeszcze jedną szansę”. Burak
                                        nie wierzy własnym uszom zaczyna nerwowo rozglądać się po pokoju i widzi, że
                                        nie tylko on wybałusza oczy ze zdumienia. A więc jednak, znowu mu się
                                        udało!!!!!! Po spotkaniu wychodzi z pokoju jak zbity pies, ale w duch utwierdza
                                        się w przekonaniu, że po prostu jest naprawdę dobrym managerem i tylko Waldek
                                        to dostrzegł (reszta to tłumoki). Cóż, dla nas wszystkich nadeszły nowe czasy
                                        (jeszcze ciekawsze).

                                        Cdn. (jutro)
                                        • civic_vtec RIFUNA list do czytelników 31-08-2001 11:24 31.08.01, 19:27
                                          Witam wszystkich.
                                          Dziękuję za opinie na temat mojej radosnej twórczości zarówno te pozytywne
                                          (szczerze przyznaję, że mocno mnie zaskoczyły) i te negatywne (dzięki nim nie
                                          popadam w samo zachwyt).
                                          Przepraszam, ale niestety nie dam rady dzisiaj nic napisać (obowiązki), nie
                                          chcę odpracowywać pańszczyzny i obiecuję, że w poniedziałek umieszczę nową
                                          część (rano).
                                          Jeszcze raz pozdrawiam wszystkich i dziękuję za zainteresowanie.

                                          (Miłego weekendu)
                                    • Gość: stranger Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 13 28-08-2001 09:24 IP: *.panoramix.net.pl 01.09.01, 10:07
                                      Część 13 cd.

                                      Wujek już zaczął wyjaśniać, że Dyr. Burak jest chwilowo niedysponowany, ale w
                                      tym momencie w drzwiach „gabinetu” pojawił się nasz bohater. W pierwszej chwili
                                      Tomek myślał, że to jakiś okrutny żart, ale gdy uświadomił sobie, że Burak
                                      wystrzelił się w kosmos przy pomocy półlitrowej porcji wody ognistej to z
                                      zaskoczenia aż zaniemówił. I to kolejny błąd, jaki popełnił biedny Helmut, on
                                      zaniemówił a Dyr. Burak wręcz przeciwnie – gęba mu się nie zamykała. Ucałował
                                      więc szarmancko damę i spojrzał jej głęboko w oczy po czym stwierdził że
                                      dzisiaj w nocy to on jej pokaże (po pijaku Dyr. Burak staje się takim
                                      prostakiem że Reymontowi by zabrakło słów żeby to opisać). Dyzma puścił do
                                      Wujka oczko pod tytułem:, „Ale ze mnie zgrywus” (mówił po polsku przekonany o
                                      tym, że Szwedka go nie rozumie). I miał rację kobieta myślała, że się
                                      przesłyszała. A w to, że się nie przesłyszała uwierzyła dopiero przy kolacji,
                                      kiedy Burak (wiedząc już, że Szwedka to Polka) złożył jej dwuznaczną (a raczej
                                      jednoznaczną) propozycję. Jak się kończy żenująca historia, po pierwsze Burak
                                      dostał w twarz (nie pierwszy raz), ale nic go to nie nauczyło jedna z jego
                                      maksym brzmi: „Jak mi ktoś plunie w twarz to sobie mówię że to deszcz” (ciekawe
                                      czy sam to wymyślił). Po drugie ta firma (szwedzka) jest naszym klientem do
                                      dzisiaj (może Szwedka skorzystała z propozycji – raczej nie Burak by się
                                      wszystkim pochwalił). Po trzecie i najważniejsze Waldek, Tomek i Olek uradzili,
                                      że wyślą Gacka, czyli prawdziwego Krzyżaka, którego zadaniem będzie pilnowanie
                                      tego farbowanego.

                                      Cdn. (jutro)
                                      • civic_vtec Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 16 03-09-2001 15:13 03.09.01, 15:25
                                        Część 16

                                        Ścieżka kariery według Buraka.

                                        Mimo wszelkich działań Buraka, które przeczyły jakimkolwiek możliwością rozwoju
                                        Firmy, ta rozwijała i rozbudowywała się w najlepsze. Przed pojawieniem się
                                        Gacka, Burak rozbudował administracje firmy (w sposób, który cechował każde
                                        jego działanie – bezmyślnie) i otoczył się grupą popleczników. Tak, więc na
                                        scenę wkroczyła drobna istota o prostym umyśle zwana dalej Karolą, w niedługim
                                        czasie zostanie ona nominowana i wybrana przez Buraka na stanowisko Kierownika
                                        działu Import-Eksport Drobne Kradzieże. Jedyne argumenty, które przemawiały za
                                        obsadzeniem tego stanowiska przez tą istotę to fakt, iż jest jedną z
                                        najstarszych (stażem) pracownic i najczęściej ze wszystkich zwraca się jak
                                        trzeba, czyli per Panie Prezesie. Nie była to jednak najbardziej błyskotliwa
                                        (błyskawiczna) kariera w historii Firmy (poza karierą, Dyr. Buraka oczywiście).
                                        A z najszybszą karierą to było tak: Któregoś dnia Burak powalczył ze stresem w
                                        swojej kanciapie a następnie wyruszył na hale produkcyjne w celu
                                        poprzeszkadzania mechanikom i pomolestowania damskiej części załogi.
                                        Przechadzał się, więc bez celu pomiędzy maszynami i paletami aż tu nagle
                                        zmarszczył ze zdziwienia czoło, bo widzi, że jedna z palet jest opisana w
                                        języku jego przodków (po krzyżacku), potoczył przekrwionym wzrokiem po hali i
                                        wezwał kierownika zmiany: „Masz się dowiedzieć, kto to napisał i wysłać go
                                        natychmiast do mojego gabinetu.” Blady strach padł na wszystkich pracowników,
                                        bo jak wiadomo Burak przez wszystkie lata bardzo uważał żeby nie zatrudnić
                                        nikogo, kto może się pochwalić znajomością krzyżackiego w stopniu
                                        umożliwiającym komunikację, strach, więc było pomyśleć, co zrobi delikwentowi,
                                        który przemycił tą zakazaną wiedzę na teren Firmy (ukrzyżuje? Raczej mało
                                        prawdopodobne. Wyrzuci? Wręcz pewne). Kierownik zmiany stanął na wysokości
                                        zadania odnalazł winowajczynie (to była kobieta) i doprowadził na próg
                                        Buraczanego „gabinetu”, zastukał w drzwi i przystąpił do bicia rekordu w biegu
                                        na sześćdziesiąt metrów na hali. Dziewczę usłyszało ryk spoza
                                        drzwi: „Wejść!!!!”, więc weszło i stanęło tuż pod drzwiami. Burak siedział
                                        rozparty w fotelu i trzymał w rękach dowód rzeczowy (kartkę z opisem palety),
                                        jak na wytrawnego dochodzeniowca przystało zadał podchwytliwe pytanie: „Ty to
                                        napisałaś?”, „Tak” wyszeptało dziewczę. „Czy wiesz, że to jest po krzyżacku?”,
                                        znowu podchwytliwie zapytał Burak. „Tak” wyszeptało dziewczę. „To znaczy, że ty
                                        musisz mówić po krzyżacku” zabłysną intelektem Burak. „Tak” dziewczę wyszeptało
                                        ponownie ulubiony wyraz. „W takim razie od jutra już nie będziesz pracować,
                                        (łzy stanęły w oczach dziewczęcia) na hali a zaczniesz w biurze (zdumienie i
                                        wzruszenie odebrało jej głos) „, ale nie przeszkodziło jej w wyszeptaniu „Tak”.
                                        Następnego dnia dziewczę stawiło się w biurze, Burak dopiero po dłuższej chwili
                                        przypomniał sobie, po co miała tu przyjść. Fakt zaś, że główny księgowy akurat
                                        wkroczył do pomieszczeń Buraka zdeterminował dalszą karierę Cichutkiej (takie
                                        przezwisko będzie dla niej najbardziej odpowiednie) została księgową i jest nią
                                        do dzisiaj.

                                        Cdn. (przepraszam nie dałem rady wcześniej połączyć się z portalem, jutro
                                        postaram się poprawić).
                                        • civic_vtec Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 17 04-09-2001 16:02 04.09.01, 16:22
                                          Część 17

                                          Kilka słów o Gacku.

                                          Gacek jak już wspomniałem wcześniej jest strażnikiem moralności Dyr. Buraka. W
                                          oficjalnej wersji występuje jako dyrektor handlowy (wizytówka), lub dyrektor
                                          finansowy (osobiście nie widzi różnicy pomiędzy jednym i drugim pojęciem).
                                          Trudno też, aby widział jego wykształcenie nie predysponuje go do tego w żadnym
                                          wypadku. Nie jestem do końca pewien, czym kierował się Waldek zatrudniając
                                          akurat Gacka, jedno jest pewne nie była to wiedza i na pewno nie było to
                                          doświadczenie. Podejrzewam, że chodziło raczej o charakter i cechy osobiste,
                                          Gacek, bowiem jest całkowitym przeciwieństwem Buraka, i nie ma w tym wcale
                                          przesady. Burak nie potrafi sklecić zdania bez „łacińskiego” przerywnika, Gacek
                                          nigdy nie przeklina. Jeden interesuje się tylko pornografią, drugi teatrem
                                          (podobno z wykształcenia jest reżyserem) i literaturą. Ich cechy można by w ten
                                          sposób wymieniać w nieskończoność przejdę jednak do konkretów. Pierwsze
                                          spotkanie obu panów nastąpiło jeszcze w latach, kiedy Burak był sobie sam
                                          sterem, kapitanem i okrętem a Gacek robił karierę w jakiejś niemieckiej
                                          korporacji (kariera była podobno niesamowicie obiecująca), ale zdecydował się
                                          pomóc staremu przyjacielowi (Waldkowi) i zgodził się na zesłanie do średniej
                                          wielkości firmy na dzikim wschodzie. I co ciekawe (powoli zaczyna być to
                                          regułą) on również twierdzi, że Burak zrobił na nim jak najbardziej pozytywne
                                          wrażenie!!!!!! Te kontakty były na tyle krótkie, że nie zawiązała się między
                                          nimi nić przyjaźni. W ogóle raczej nie odczuwali wobec siebie żadnych uczuć
                                          wyższych (a może niższych). To chyba spowodowało, że Dyr. Burak postanowił
                                          zagrać tradycyjną piłkę stosowaną w rozgrywkach z, Helmutami, czyli wóda,
                                          dyskoteka i burdel. Jak łatwo było przewidzieć nic z tego nie wyszło, kilka
                                          miesięcy później wpadł do biura z okrzykiem: „Gacek wczoraj w burdelu stracił
                                          cnotę?!!!!”, ale nie wierzyłem w to wtedy i nie wierzę teraz (Gacek jest żonaty
                                          i ma dziecko jak na prawiczka to nieźle). Po nie udanej próbie nawiązania
                                          kumoterskich stosunków Burak z żalu (lub przyzwyczajenia) rozpoczął walkę ze
                                          stresem. Gacek przez pierwsze dni był w takim szoku, że próbował udawać, iż nic
                                          nie widzi, ale po jakimś czasie rozpoczął najpierw wysyłanie zaszyfrowanych
                                          sygnałów a następnie już otwartym tekstem raportował o sytuacji na froncie
                                          wschodnim. Jego meldunki były na tyle niewiarygodne, że Centrala nie dawała do
                                          końca wiary swojemu agentowi. Z drugiej strony był przecież Dyr. Burak (twórca
                                          i zarządca potęgi Firmy na trudnych rynkach wschodnich), który mówił na temat
                                          swojej walki ze stresem zupełnie, co innego i dodatkowo twierdził, że raporty
                                          Gacka mają tylko jeden cel: „Doprowadzić do jego zwolnienia i zajęcia jego
                                          miejsca”. Cała sytuacja była po prostu absurdalna – dwóch równorzędnych
                                          dyrektorów szczerze się nienawidzących i pomiędzy tym wszystkim my i kompletnie
                                          zakręcony Krzyżacki zarząd. Przyznać trzeba Burakowi, że miał tupet i wygrał
                                          swoją głupotą (ponownie), bo jak zachowuje się normalny człowiek prawie
                                          wyrzucony (przez walkę ze stresem) z Firmy i do tego jeszcze pod bacznym okiem
                                          agenta – przecież nie przebywa na orbicie od rana do wieczora. Tak, więc fakt,
                                          iż Burak właśnie to robił (w rzeczywistości i w Gackowych raportach) wydawał
                                          się Waldkowi nieprawdopodobny. Dla rozwiązania swoich wątpliwości postanowił
                                          zrobić pewną rzecz (eksperyment).

                                          Cdn. (jutro)
                                          • civic_vtec Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 18 06-09-2001 10:53 06.09.01, 11:38
                                            Część 18

                                            Eksperyment Waldka.

                                            W celu zweryfikowania prawdomówności obu swoich dyrektorów Waldek postanowił
                                            zwrócić się do swojego znajomego (nie chciał go zatrudnić do pilnowania obu
                                            managerów). Znajomy Waldka to lekarz, spytał go, więc czy medycyna w krajach
                                            wysokorozwiniętych jest na tyle rozwinięta żeby można było sprawdzić czy ktoś
                                            spożywał alkohol (przy pomocy testów). Nie miał na myśli badania alko matem,
                                            ale raczej testy na wzór sprawdzania czy dzieciak bierze „dragi”. Lekarz, choć
                                            nie jest fachowcem w tej branży obiecał się dowiedzieć i dowiedział się, że są
                                            testy, które pozwalają badać czy pacjent w okresie ostatnich kilkudziesięciu
                                            dni walczył ze stresem, jedyna wada testów to fakt, że jeden kosztuje kilkaset
                                            marek. No cóż, ale co warte śmieszne kilkaset marasków jak Waldek będzie miał
                                            pewność, kto tu kłamie Burak czy Gacek.
                                            Zawezwał, więc Buraka do Helmutowa i zaprowadził do lekarza, wcześniej lojalnie
                                            go uprzedził, po co idą. Test oczywiście wykazał, że Buraka wóda w gardło nie
                                            kole, niestety nie stwierdził czy Dyr. Burak pija często i czy dużo potwierdził
                                            po prostu fakt, że pije. Waldek się zasępił i wymyślił bezwzględny zakaz
                                            spożywania jakichkolwiek trunków przez Buraka. Powiedział, że jak mu zrobi
                                            testy znowu po nowym roku to mają wykazać albo zero albo teraz to on już go
                                            zwalnia na pewno. A żeby mu było łatwiej z tym walczyć to niech sobie znajdzie
                                            jakieś hobby, na przykład tenis (o tym będzie później). Burak załamany
                                            faktycznie zaczął grać w tenisa i przestał pić (przez chwilę). Cała historia
                                            działa się pod koniec wakacji, ale już w pełni jesieni Burak ponownie rozpoczął
                                            walkę ze stresem (nie przy pomocy tenisa). Burak pił, Gacek donosił, można
                                            powiedzieć życie wróciło do normy. Waldek słuchał raportów i cierpliwie czekał
                                            na styczeń i wyniki testów. Tymczasem w grudniu odbyła się kolejna rocznicowa
                                            impreza w Firmie i po raz pierwszy został na nią zaproszony nasz felczer od
                                            testów. Burak już był pogrążony po szyję i postanowił złapać się brzytwy.
                                            Zastosował wobec Lekarza taktykę starego kaowca, czyli: wóda, dyskoteka,
                                            burdel. Robił to bez przekonania mając w pamięci ostatnie porażki na polu
                                            rozrywki, ale ku jego kompletnemu zaskoczeniu felczer połknął haczyk. Po kilku
                                            godzinach łajdaczenia się Burak nieśmiało napomkną o testach i usłyszał to, na
                                            co czekał: „Nie martw się” wybełkotał lekarz. Burak już trochę uspokojony
                                            rzucił się w wir walki ze stresem i praktycznie do Bożego Narodzenia nie zszedł
                                            z orbity. Gacek wiedząc o testach raportował jak najęty a Waldek czekał.
                                            Wreszcie nadszedł dzień prawdy (testów) Burak stawił się w gabinecie oddał krew
                                            i poszedł. Waldek dostał wyniki i zgłupiał, wynik był negatywny, czyli Burak
                                            nie kłamał, z drugiej strony sam by przysiągł, że przez te pół roku widział
                                            Buraka przynajmniej raz pod wpływem. Biedakowi nie przyszło do głowy, że kłamie
                                            lekarz. A może po prostu chciał uwierzyć (przez wzgląd na starą przyjaźń), fakt
                                            faktem obaj dyrektorzy pracują nadal a Waldek udaje, że wierzy jednemu i
                                            drugiemu.

                                            Cdn. (przepraszam za spóźnienie, kolejna część po weekendzie, niestety muszę
                                            popracować)
                                            • civic_vtec Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz. 19 11-09-2001 12:04 11.09.01, 14:17
                                              Część 19

                                              Przypadki Dyr. Buraka ze sponsoringiem i nie tylko.

                                              Burak jest typem, który często powtarza głośno zasłyszaną lub wymyśloną przez
                                              siebie idiotyczną formułkę (frazes, przysłowie, głupotę). Do ulubionych
                                              należy: „Nic,mnie tak nie cieszy jak czyjeś nieszczęście”. Co chyba nie jest
                                              dziwne (dla tych którzy go znają) nie tylko bezwiednie ją powtarza, ale również
                                              stosuje w życiu, co oznacza że jak tylko słyszy że komuś coś ukradziono lub że
                                              ktoś sobie złamał nogę to zaraz do niego dzwoni i mówi: „Widzisz mówiłem że tak
                                              będzie” (nawet w tedy gdy tak nie mówił). Burak przy całym prostactwie na
                                              zewnątrz udaje filantropa (za cudze pieniądze) tak, więc sponsorował młodych
                                              tenisistów, piłkarzy i pałac młodzieży. Sponsoring wyglądał w ten sposób że
                                              brał z kasy firmy pieniądze z funduszu socjalnego i kosztem swoich pracowników
                                              zgrywał przed wszystkimi dobrego wujka, wszem i wobec głosząc że to jego
                                              prywatne pieniądze bo na Sponsoring z firmowych pieniędzy nie pozwalają
                                              przepisy. Problem pojawił się, kiedy przyniósł kolejną fakturę za piłeczki
                                              tenisowe (lub cokolwiek innego) a główny księgowy potrącił mu to z
                                              wynagrodzenia. Burak przyleciał z pianą na ustach do gabinetu księgowego i
                                              usłyszał, że z powodu ostatnich wypadków (opisanych wyżej) on, (czyli główny
                                              księgowy) otrzymał od nich, (czyli Waldka i Helmutów) zakaz przyjmowania od
                                              niego, (czyli Buraka) jakichkolwiek faktur, (czyli wstrzymano Sponsoring). Na
                                              skutki tej decyzji nie trzeba było długo czekać po pierwsze Burak przestał
                                              uprawiać swoje hobby (Tenis) a powód był prosty nie miał sponsora, po drugie
                                              musiał przestać udawać dobrego wujka (ostatnia rzecz jak by mu przyszła do
                                              głowy to dać na rozwój młodzieży jakiekolwiek prywatne pieniądze), po trzecie
                                              wreszcie z treningów musiała zrezygnować żona i dzieci Buraka (dotychczas
                                              rodzina państwa Burak korzystała z uciech sportowych za pieniądze Firmy).
                                              Dodatkowo nastały ciężkie czasy dla Buraka z powodu ciągłych telefonów od
                                              sponsorowanych wcześniej klubów i kółek młodzieżowych. Przez pierwsze miesiące
                                              Burak kazał mówić, że go niema w firmie lub jest bardzo zajęty. Ale któryś z
                                              bardziej nachalnych kierowników postanowił sprawdzić czy to, aby nie jakieś
                                              kłamstwo sekretarki, i przyjechał do Firmy. Buraka zastał, ale niestety
                                              (niestety dla kierownika) w trakcie walki ze stresem (a w zasadzie tuż po
                                              walce). Wykazał się jednak odwagą (może bezmyślnością) i postanowił zapytać, co
                                              ze sponsoringiem, na co usłyszał, że jest: „Głupim i zachłannym sk......m
                                              któremu jak dać palec to on od razu wpi....li całą rękę razem z płucami. I
                                              dlatego on, (czyli Dyr. Burak) nauczy go kultury i ukaże za chamstwo i więcej
                                              nie da żadnych pieniędzy, ani jemu ani jego innym kumplom z pozostałych
                                              klubów”. I to, w zaszadzie można nazwać końcem ery Sponsoring w Firmie.
                                              Podsumowując trzeba powiedzieć, że Burak ma odkąd pamiętam problem z wydawaniem
                                              jakichkolwiek pieniędzy, jeżeli przy okazji coś na tym nie zarobi i
                                              powiedzenie „Robota zrobiona święta rzecz zapłacić” nie należy do jego
                                              ulubionych. Żeby to bardziej zobrazować przytoczę historię, która zadarzyłą się
                                              przed laty a której byłem świadkiem. W Firmie powstaje dość duża liczba
                                              odpadków (liczona w tonach), z którymi od zawsze był problem. Wreszcie Wujek
                                              znalazł małą firemke, która za nie wysoką opłatą zgodziła się wywozić odpadki.
                                              Firemka prowadzona była przez dwóch braci, oba chłopaki miały po dwa metry
                                              wzrostu i po sto dwadzieścia kilo mięśni. I cierpliwie znosiły zgrywanie przed
                                              nimi przez Buraka wielkiego prezesa. Któregoś piątku, jak co tydzień jeden z
                                              braci przyszedł do Buraka żeby ten mu podpisał fakturę Burak stwierdził, że
                                              jemu jako właścicielowi (ciągle mu z tym właścicielem nie przeszło) należy się
                                              procent od zleceń, które otrzymują bracia, na co usłyszał, że może Braci
                                              pocałować w dupę (dosłownie). Burak poczerwieniał i powiedział, że dzisiaj nie
                                              ma czasu na podpisywanie żadnych gów...nych faktur. Brat nie wzruszony poszedł
                                              i wrócił za tydzień z dwoma fakturami, od sekretarki usłyszał, że Dyr. Burak
                                              jest bardzo zajęty i nie ma dla niego czasu. Ni przejęty słowami sekretarki
                                              wszedł do pokoju Buraka (nie pukając wcześniej) i kazał mu usiąść, Burak
                                              widział po minie Brata, że żarty się skończyły, więc usiadł. Brat zaczął mówić
                                              (nie podnosząc głosu): „Posłuchaj Debilu (zwrócił się do Buraka) miałem kiedyś
                                              dubeltówkę, a mój sąsiad miał kundla, który ciągle ujadał. Więc poszedłem do
                                              sąsiada i poprosiłem żeby uwiązał kundla za domem albo go zastrzelę. Sąsiad
                                              kundla nie uwiązał, więc go zastrzeliłem (kundla), policja przyjechała i
                                              zabrała mi dubeltówkę. Ale mój brat ma jeszcze jedną. Jak zaraz nie zapłacisz
                                              mi za moją pracę Debilu to pojadę do domu wezmę tą drugą dubeltówkę i wrócę tu
                                              a później ci odstrzelę jaja”. Obserwowałem całą scenę słuchałem przemowy brata
                                              i zdałem sobie sprawę, że nawet irracjonalność tej sceny mnie nie dziwi (to był
                                              kolejny znak, że trzeba zmienić pracę, zanim do końca oszaleję). Druga rzecz,
                                              która do dzisiaj nie daje mi spokoju to czy Burak faktycznie w tedy ze strachu
                                              tylko zbladł i się spocił. Fakt faktem poleciał do kasy i przyniósł szmalec i
                                              nawet (wspaniałomyślnie) zrezygnował z faktur.

                                              Cdn. (jutro)
                                              • civic_vtec Re: RIFUN do czytelników 14-09-2001 15:06 18.09.01, 19:09
                                                Niestety próbowałem umieścić kolejną część i nie udało mi się. Serwer jakby nie
                                                przyjmował nie wiem też, co się stało z częścią nr, 19 bo przynajmniej u mnie
                                                jest ona niewidoczna, ale chyba jest widoczna u was (civic_vtec umieścił ją na
                                                wersji z całością). Mam nadzieję, że w poniedziałek rano będzie lepiej.
                                                Korzystając z okazji chciałem powiedzieć, że to nie ja wpisuję te idiotyczne
                                                puste wiadomości lub same tytuły robi to ktoś, kto również korzysta ze stałego
                                                łącza w Szczecinie.

                                                Pozdrawiam i życzę miłego weekendu

                                                Rifun
                                                • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA 18-09-2001 13:20 18.09.01, 19:11
                                                  Część 20

                                                  Dyr. Burak i tragedia z PKS-em.

                                                  Jak pisałem wcześniej Burak nie dostał nowego PKS-a a niestety spadkowy
                                                  samochód z demobilu po Waldku. Cierpliwie jednak czekał na lepsze czasy i
                                                  przygotowywał grunt pod przekonanie Waldka do nowego furaka. W tym czasie
                                                  nowiutki samochód dostał Gacek (kolejny nowy w czasie krótkiej kariery) dla
                                                  Buraka to był cios, ale i dobry znak bo Waldek napomknął coś o tym że i dla
                                                  niego trzeba będzie coś kupić.
                                                  Zanim przejdę do dalszej części wątku z PKS-em, muszę wtrącić mały akapit
                                                  informacyjny. Otóż firma (ku zaskoczeniu moim i pozostałych pracowników)
                                                  prosperowała nadal i rozwijała się oraz zatrudniała nowych pracowników. I
                                                  nawiązując do nowych pracowników podejrzewam, iż prawdopodobnie Waldek nie dał
                                                  wiary Burakowi w to, że rynek polski jest mało obiecujący, jeżeli chodzi o
                                                  potencjalnych klientów i postanowił zatrudnić osobę odpowiedzialną za jego
                                                  rozwój. Tak w Firmie pojawiła się Mariola, dziewczyna trochę naiwna, ale
                                                  dobroduszna i na wskroś uczciwa. Pyzatym Mariola ma jeszcze jedną cechę, która
                                                  ni jak nie pasuje do naszej Firmy, otóż można ją określić mianem bogobojnej (w
                                                  dobrym tego słowa znaczeniu). I używając słowa bogobojna nie mam na myśli
                                                  dewotki leżącej krzyżem przed ołtarzem po dwie godziny rano i wieczorem, ale
                                                  myślę raczej o prostej (ludowej) uczciwości. Mariola, bowiem nie przeklinała i
                                                  bardzo nie lubiła, gdy ktoś w jej towarzystwie przeklinał (!!!!), nie uznawała
                                                  zdrad małżeńskich i w ogóle jakichkolwiek zdrad (!!!!), itp. itd. (wykrzykniki
                                                  nie oznaczają mojej dezaprobaty a podkreślają konflikt pomiędzy sposobem bycia
                                                  i życia Buraka i Marioli). Na szczęście dla niej Waldek jako jej przełożonego
                                                  wyznaczył Gacka. Nie przeszkodziło to Burakowi uznać ją za wroga numer jeden (w
                                                  końcu jej zadaniem było udowodnienie niekompetencji Buraka w jednej z dziedzin,
                                                  w której jest przecież ekspertem). Burak na początku tylko kopał pod Mariolą
                                                  doły i podkładał pod nogi kłody, ale już wkrótce miał przejść do otwartych
                                                  działań zbrojnych. O tym, że podkładane przez niego świnie nie przynosiły
                                                  efektów niech świadczy fakt, iż po roku Mariola złożyła u Waldka
                                                  zapotrzebowanie na pracownika do „swojego” działu, ponieważ sama nie mogła
                                                  sobie dać rady. Tak w firmie pojawił się student, którego nazwijmy: Młody. Od
                                                  tego czasu zaczęli stanowić zespół, który dla Buraka stał się celem numer jeden
                                                  (mogę im tylko współczuć, chociaż z drugiej strony dzięki temu pozostali
                                                  pracownicy mają większy spokój).
                                                  Wróćmy jednak do historii z PKS-em., Waldek nie chciał w żaden sposób
                                                  faworyzować Gacka powiedział wiec Burakowi, że on też dostanie nową furę. Burak
                                                  od razu zadzwonił do Stuttgartu (tam swoją fabrykę ma PKS) i zażyczył sobie
                                                  wysłanie katalogów oraz cenników. Szybko wybrał model, kolor, skóry, klimy,
                                                  felgi, komputery, i pozostałe gadżety poczym złożył zapotrzebowanie u Waldka.
                                                  Ten jak zobaczył cenę nowej zabawki to najpierw spadł z fotela, a później
                                                  zadzwonił do Buraka z informacją, że nawet w najbardziej szczodrej wersji nie
                                                  zamierzał przeznaczyć nawet połowy szmalu, który chce Burak na jego samochód.
                                                  Burak najpierw gorzko zapłakał i powalczył ze stresem przez jeden dzień poczym
                                                  przystąpił do walki o swoje. Po pierwsze zrezygnował z połowy wyposażenia i
                                                  obniżył model o jedną klasę. Waldek był nadal nie ugięty. Po drugie
                                                  zadeklarował, że różnicę pomiędzy planowanymi i rzeczywistymi kosztami pokryje
                                                  z własnej kieszeni. Waldek nadal był nie ugięty (wątpił w to, iż Burak dotrzyma
                                                  słowa i dopłaci swoją część). Wreszcie Burak wyskoczył w samolot i ruszył
                                                  błagać Waldka o spełnienie prośby o PKS. Jednym, z argumentów było że każdy
                                                  Polak marzy o tym żeby jeździć swoim PKS-em (skąd mu się to bierze !?). Prawda
                                                  (moim zdaniem) była trochę inna, prawdopodobnie (a wręcz na pewno) Burak zdążył
                                                  już się pochwalić wszystkim kumplom i rodzinie, że dostaje nową furę ze
                                                  Stuttgartu, i gdyby się przydarzyło, że nowy samochód jest innej marki niż ten
                                                  przedstawiony (model, kolor i wyposażenie można było ukryć) kumplom mogliby
                                                  pomyśleć, że jest kłamcą (dawno tak myśleli), lub, co gorsza stałby się
                                                  przedmiotem żartów (był od dawna). Waldek był tak długo męczony, że w końcu się
                                                  zgodził i Burak zamówił nowego PKS-a. Po odczekaniu czterech miesięcy nastąpił
                                                  długo oczekiwany dzień odbioru auta.

                                                  Cdn. (jutro, na pewno, przepraszam za spóźnienie)
                                                  • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz.21 01-10-2001 13:16 01.10.01, 15:00
                                                    Dyr. Burak i tragedia z PKS-em cd.

                                                    Zanim jednak Burak zajechał pod Firmę nowym samochodem to musiał przeżyć stresy
                                                    związane z „zawiścią” kolegów z pracy i okolicy. Od jakiegoś czasu (od trzech
                                                    miesięcy), kiedy było już wiadomo, że nowy furak (nie mylić z furą np. siana,
                                                    która byłaby bardziej na miejscu) to na pewno PKS a nie jakiś tam furak Wujek i
                                                    Młody przystąpili do realizacji planu pod kryptonimem „Zrób z Buraka kłębek
                                                    nerwów”. Plan był prosty i skuteczny, polegał na przeglądaniu prasy porannej i
                                                    podkreślaniu fosforyzującym flamastrem wszelkich informacji z rubryk: „Wczoraj
                                                    się zdarzyło”, „W nocy ukradli...”, „Napadli wczoraj...”, „Znowu ukradli...”.
                                                    Zasada podkreślania też była prosta, artykuł lub notatka prasowa musiała
                                                    zawierać słowa: „PKS”, a to swego rodzaju perełek (wytłuszczanych na czerwono)
                                                    należały informacje zawierające: „PKS”, „krzyżacki biznesmen”, turysta z
                                                    Helmutowa”, „PKS z krzyżackimi tablicami”. Do szczególnej kategorii Wujek i
                                                    Młody zaliczyli też opisy pobicia i zbrojnych napaści na Helmutów. Po dokonaniu
                                                    porannej prasówki Młody lub Wujek szedł z gazetą do gabinetu Burak poczym
                                                    otwierał ją na właściwej stronie (przymykając przy tym powieki, aby nie stracić
                                                    wzroku od blasku flamastra) i przekazywał Burakowi ze słowami: „Proszę się
                                                    lepiej zastanowić nad kupnem tego PKS-u, bo niech Pan Dyrektor zobaczy, co się
                                                    teraz w tym kraju wyrabia”. Burak przez pierwsze tygodnie znosił dzielnie te
                                                    hiobowe wieści o tym jak traktują w Polsce PKS-y i ich właścicieli, jednak
                                                    załamały go dwie rzeczy pierwsza to rozmowa z kolegą, który kiedyś miał PKS-a,
                                                    miał go do czasu aż staną przed szlabanem na przejeździe kolejowym i stał tak
                                                    nie zastanawiając się nad tym, że odkąd jeździ do swojej firmy przez ostatnie
                                                    dziesięć lat nigdy nie był on zamknięty (tory i tak już dawno ukradli i
                                                    wywieźli do skupu złomu). Ale to wszystko uświadomił sobie dopiero po
                                                    tygodniowym pobycie w szpitalu jak już wyszedł ze śpiączki. Błąd Burak polegał
                                                    na tym, że zapomniał, iż zgodnie z zasadą „Nic mnie tak nie cieszy jak cudze
                                                    nieszczęście” zadzwonił do swojego kumpla ze słowami: „A nie mówiłem ci
                                                    ku....wa żebyś nie kupował PKS-a”. Kumpel nie omieszkał teraz się odgryźć i
                                                    mało że nie pocieszył Buraka na przykład słowami: „Nie martw się przecież nie
                                                    kradną wszystkich PKS-ów” to powiedział: „założę się że ci go zapier....lą w
                                                    ciągu miesiąca”. Druga rzecz, która złamała Buraka to rozmowy z fachowcami od
                                                    alarmów i zabezpieczeń (generalnie wszyscy twierdzili, że żadne zabezpieczenie
                                                    nie pomoże i jak będą chcieli to i tak ukradną) dodatkowo Burak usłyszał
                                                    anegdotę o kciuku (dla czytelników, którzy nie znają: Facet założył sobie kod w
                                                    Audi, który można było wyłączyć tylko po przyłożeniu kciuka, więc jak się ockną
                                                    po ciosie w łeb pałką bejzbolową to nie miał i Audi i kciuka). Burak po jakimś
                                                    czasie zaczął chodzić i ogłaszać wszem i wobec że on ma w dupie czy ukradną czy
                                                    nie będzie jak ma być i nie ma zamiaru przejmować się czyimś gadaniem, no i
                                                    chyba faktycznie przestał się przejmować, bo mówił o kradzieży (ewentualnej)
                                                    PKS-u tylko sto – sto pięćdziesiąt razy dziennie. A nawet (podobno) zdarzało mu
                                                    się mówić o czymś innym.
                                                    No, ale wróćmy do dnia, w którym Państwo Burak w komplecie i z fasonem
                                                    zajechali pod Firmę nowym PKS-em, cała załoga chodziła w koło samochodu i
                                                    mówiła, jaki to on wspaniały i jaki ładny a co niektórzy dostąpili zaszczytu
                                                    przejażdżki. Pyzatym Pani Burakowa poinformowała wszystkich, że PKS to nie PKS
                                                    tylko ORKAN, (bo jest taki duży, czarny i ma taki groźny przód). Generalnie nic
                                                    wielkiego się nie wydarzyło przez następne kilka tygodni, Burak jeździł po
                                                    wszystkich kumplach i chwalił się jak jego firma prosperuje, że nawet sobie
                                                    kupił nowego PKS-a., Ale najważniejsze było dopiero przed rodziną państwa Burak
                                                    otóż na święta zaplanowane było rodzinne spotkanie połączone z weselem i przede
                                                    wszystkim cudowna okazja popisania się przed całym pegeerem Orkanem. I wtedy
                                                    zdarzyła się tragedia (jakiś tydzień przed występami gościnnymi w pegeerze),
                                                    rano do Firmy dotarła informacja, że PKS został ukradziony. Do południa agencje
                                                    doniosły, że nie tylko ukradziono furaka, ale i bagaże państwa Burak, ponadto
                                                    napadnięto i zmasakrowano Buraka, a Pani Burak ma pocięte nożem gardło,
                                                    Buraczątko zaś jest w szoku i pod opieką psychologów. W samo południe Burak
                                                    podjechał pod firmę (taksówką) i opowiedział z pierwszej ręki, co się
                                                    wydarzyło. Najpierw pokazał wszystkim rany, jakie odniósł w czasie walki:
                                                    podbite oko, połamane żebro i odbite nerki. Przyznam, że ja nic nie widziałem,
                                                    ale podobno Młody coś zauważył (moim zdaniem tak mówi, bo miał wyrzuty
                                                    sumienia – zaśmiał się jak usłyszał wiadomość o kradzieży). Podobne do moich
                                                    odczucia musiał mieć też lekarz dokonujący obdukcji, bo w raporcie nie
                                                    dołączono jej wyników. No, ale wszystkim było bardzo żal Pani Burakowej, której
                                                    poderżnięto gardło (w śledztwie okazało się, że tak właściwie to nie
                                                    poderżnięto jej gardła, bo właściwie to tylko przyłożono jej do szyi nóż a w
                                                    zasadzie to nie nóż a dłoń, – ale tak twardą, że była prawie jak maczeta). No i
                                                    na koniec Buraczątko (najbardziej poszkodowane), otóż sprawiało wrażenie jakby
                                                    przeżyło największą przygodą i nie mogło się doczekać powrotu do domu żeby o
                                                    wszystkim w szkole opowiedzieć. Nie chcę, aby czytelnicy odebrali mnie jako
                                                    zawistnego i pozbawionego uczuć wyższych drania (nie pochwalam tego, co
                                                    przydarzyło się Burakowi – nawet jemu) i twierdzę, że to było największe
                                                    skur....syństwo. Z drugiej jednak strony komizm sytuacji powalający: cała
                                                    rodzina Buraków ubrana na czarno i w czarnych okularach, Burak biegający z
                                                    kserowanymi portretami pamięciowymi złodziei, Pani Burak pochlipująca, co
                                                    chwila, że nie chodzi o tego PKS-a, ale biedne (generalnie roześmiane)
                                                    Buraczątko przeżyło taki szok. No i wreszcie miałem (podobnie jak wszyscy
                                                    pracownicy) dość słuchania, że „Wszyscy pierd....ni Polacy to pier...ni
                                                    złodziej włącznie ze mną i wszystkimi którzy tu pracuję. I tak w ogóle to
                                                    pewnie ktoś z nas nadał, złodzieją tą robotę. Bo my dobrze wiedzieliśmy, kiedy
                                                    Burak wraca do tego jeb...ego kraju pełnego pier...nych złodziei. A teraz do
                                                    tego nie żałujemy w ogóle, tego, co się stało i zajmujemy się swoimi sprawami
                                                    (pracą) tak jak by się nic nie wydarzyło. A w ogóle to nikt mu (po godzinach)
                                                    nie pomaga szukać tych jeb....nych skurw....nów, którzy mu ukradli Orkana.”
                                                    Tak, więc może jestem draniem bez serca, ale mam dość obrażania mnie i z czasem
                                                    odczuwam coraz większą radość z faktu, że Orkanem jeździ jakiś Burak na
                                                    Ukrainie.

                                                    Cdn. (Przepraszam za tak długą przerwę, ale wyjechałem na dłużej niż zwykle i
                                                    dość niespodziewanie a jak już wróciłem to niestety musiałem trochę popracować)

                                                    --------------------------------------------------------------------------------
                                                    • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz.22 09-10-2001 13:45 09.10.01, 18:08
                                                      Część 22

                                                      Wielkie Zmiany.

                                                      Otóż było to jakieś pół roku temu, okazało się mianowicie, że Firma wytraciła
                                                      już wszystkie rezerwy siły inercji, jaką jeszcze parła do przodu. I gdzieś tak
                                                      w Marcu Waldek i pozostali udziałowcy (Buraka to nie dotyczy, Gacka zresztą
                                                      też) przeżyli szok. Szok polegał na tym, że pierwszy raz od dziesięciu lat nie
                                                      przelane zostały na ich konto sumy, których się spodziewali, (które obiecywał
                                                      Burak i Gacek). Obaj dostali miesiąc czasu na to by znaleźć rozwiązanie i
                                                      Helmuty zapowiedzieli się z wizytą w Kwietniu poczym pojechali z powrotem.
                                                      Panikę, którą później nastąpiła można porównać tylko z tą ze stadionu Haisel
                                                      (nie wiem czy dobrze piszę). Oprócz poleceń wydanych bezpośrednio Burakowi i
                                                      Gackowi (tych dotyczących uleczenia kondycji finansowej Firmy) Waldek zażyczył
                                                      sobie od Głównego Księgowego zestawienia wydatków. Ale nie takiego zwykłego
                                                      (bilansu rocznego czy kwartalnego), ale chciał zobaczyć wszystkie wydatki,
                                                      których dokonali Burak i ten, który miał pilnować żeby Burak pracował, nie pił
                                                      i nie wydawał szmalu firmowego. Tak sobie myślę, że sam na to nie mógł wpaść i
                                                      podejrzewam, że pewnie ktoś mu delikatnie zasugerował taką wyrywkową kontrolę
                                                      (do dzisiaj nie mam pojęcia, kto to był). Fakt faktem Księgowy wykonał
                                                      polecenie bardzo skrupulatnie (od wielu już lat wkurzało go kupowanie na koszt
                                                      firmy wszystkiego). Pisząc wszystkiego nie przesadzam mam na myśli: papierosy,
                                                      gorzałę, sprzęt RTV i HiFi (jak kiedyś zestawił ile mamy telewizorów, wideo,
                                                      lodówek, kamer video i aparatów fotograficznym to się okazało, że jedyna firma
                                                      w Polsce, która ma więcej to Media Markt), sprzęt sportowy, ale również Burak
                                                      nie gardził płynami do naczyń i proszkiem do prania (był, bowiem przekonany, że
                                                      Firma powinna mu nie tylko opłacać mieszkanie w Polsce, ale również wyżywienie,
                                                      pranie i sprzątanie). Gacek na początku głośno komentował i ganił poczynania
                                                      Buraka, ale szybko został przez niego przeszkolony i docenił komfort życia bez
                                                      jakichkolwiek kosztów. Proceder ten w wykonaniu obu panów Dyrektorów trwał
                                                      latami (w wypadku Buraka lat dziesięć, w wypadku Gacka lat pięć). Waldek jak
                                                      zobaczył zestawienie wydatków to podobno prawie oszalał okazało się, bowiem
                                                      (sam byłem w szoku), że roczny koszt utrzymania Dyrektorów (pensje, premie,
                                                      mieszkania, samochody, telefony i faktury) jest wyższy niż koszty z tytułu
                                                      wynagrodzenia i ubezpieczenia (ZUS) 300 pracowników!!! Waldek nie wierzył w to,
                                                      co czyta, (bo i było to nieprawdopodobne), nie będę prał brudów publicznie
                                                      (zasada Pani Dulskiej), ale np. Burak potrafił przynieść w ciągu miesiąca
                                                      faktury na paliwo o wartości dwudziestu tysięcy złotych. Jak łatwo się domyślić
                                                      jeździł sporo (samochodem), ale nie 75 tysięcy kilometrów miesięcznie?!!!
                                                      Waldek z każdym punktem zestawienia Głównego Księgowego wariował coraz bardziej
                                                      (biedny, Helmut po dziesięciu latach zdał sobie sprawę że jest najnormalniej w
                                                      świecie okradany przez swoich rodaków). Szok był podwójny, bo ci, którzy kradli
                                                      przez dziesięć lat opowiadali, że „wszyscy Polacy to złodzieje i kombinatorzy”.
                                                      Tymczasem Obaj Dyrektorzy, (nieświadomi kontroli wewnętrznej przeprowadzanej
                                                      przez Waldka) rozpoczęli szukanie oszczędności.

                                                      Cdn. (przyznam szczerze, że trudno mi powiedzieć, kiedy, w tej chwili w Firmie
                                                      rozpoczął się tzw. „sezon”, a co się z tym niestety wiąże więcej pracy, a poza
                                                      tym zmiany, o których zacząłem pisać powyżej są aktualnie wprowadzane w życie i
                                                      mocno utrudniają nam wszystkim wegetację w Firmie)

                                                      P.S.
                                                      Wklejając tego posta przeczytałem poprzedniego, wcale nikogo nie olałem i
                                                      przepraszam tych którzy czekali obiecyję że nie będzie to czekanie na Godota
                                                      (tak się to chyba pisze).

                                                    • civic_vtec PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz.23 18-10-2001 13:10 18.10.01, 16:40
                                                      Część 23

                                                      Wielkie Zmiany cd.

                                                      Rozpoczęli szukanie oszczędności każdy na sobie właściwy sposób. Co ciekawe
                                                      aktualnie znajdowali się w stanie wojny więc podejmowali decyzje w tych samych
                                                      sprawach bez konsultacji między sobą. Tak obserwowałem i nie wierzyłem w to, co
                                                      się dziej, mniej więcej po dwóch tygodniach wprowadzania reformy zacząłem
                                                      kupować poniedziałkową gazetę i przeglądać oferty pracy. W mojej ocenie nagłe
                                                      nasilenie debil-dilbertyzmu z taką mocą w tak krótkim czasie mogło oznaczać
                                                      tylko jedno: cios, którego Firma nie była w stanie znieść tym bardziej, że
                                                      koniunktura (w gospodarce) nie nastrajała optymistycznie. Niemniej jednak
                                                      panowie ochoczo zaczęli rozwiązywać problemy. Problem zbyt wysokich kosztów
                                                      produkcji (w głównej mierze były to koszty zatrudnienia pracowników) Panowie
                                                      hiper-managerowie „rozwiązali” następująco, Burak wyznaczył pięćdziesiąt osób
                                                      (kierował się oczywiście własnym widzimisie, a w zasadzie regułą pod
                                                      tytułem:, „która z pań kiedyś uległa Burakowym amorom zostaje, a która nie
                                                      zniosła molestowania i nie uległa bądź nie daj boże odpyskowała - wynocha”) i
                                                      zwolnił je w trybie natychmiastowym. Nie słuchając porad Głównego Księgowego.
                                                      kazał na wypowiedzeniach jako powód rozwiązania umowy napisać – likwidacja
                                                      stanowiska (co najmniej połowa zwolnionych pracowników pierwsze kroki z firmy
                                                      skierowała od razu do PIP-u, o tym dalej). Cóż Gacek tymczasem obserwował z
                                                      ironicznym uśmiechem oszczędności w wykonaniu Buraka i jak przystało na
                                                      Dyrektora Finansowego rozwiązał problem zbyt wysokich pensji i premii w jak się
                                                      okazało jeszcze „inteligentniejszy” sposób. Po pierwsze premie zostały
                                                      zlikwidowane (jakiekolwiek premie), po drugie wszelkie nadgodziny wypłacane
                                                      mechanikom i kierownikom zmian zostały zamienione na dni wolne. A muszę tu
                                                      zaznaczyć, że blisko 40 % wynagrodzenia tych Panów to właśnie nadgodziny
                                                      wypłacane w systemie kwartalnym. I tak z dnia nadzień okazało się, że ponad
                                                      połowa kluczowych (bardziej niż Burak i Ja, lub ktokolwiek w firmie) ze względu
                                                      na umiejętności pracowników jest na dwu lub trzy miesięcznych płatnych
                                                      urlopach. Okres był wtedy wakacyjny, więc nie trzeba było ich specjalnie
                                                      namawiać do urlopu, a poza tym chętnie i gremialnie na znak protestu złożyli
                                                      wnioski. Wujek przerażony tym, co wyprawiają dilbert-debile chętnie im te
                                                      wnioski podpisał. I wtedy zaczęło się prawdziwe piekło, bo „wakacje” się
                                                      skończyły, zlecenia przybywają, a niema ani mechaników, którzy uruchomią
                                                      maszyny (Gacek wysłał ich na urlop) ani wystarczającej liczby kobiet do obsługi
                                                      tych maszyn (Burak je wyrzucił). Zlecenia zawalane są jedno po drugim. Wujek na
                                                      siłę ściąga mechaników z urlopów (nie specjalnie się stara). W między czasie
                                                      szuka nowych kobiet, (co nie jest trudne, mając na względzie bezrobocie) i uczy
                                                      je obsługi maszyn, (co jest trudniejsze, mając na względzie, że ci, którzy je
                                                      potrafią obsługiwać są na urlopie). W to wszystko wpada PIP i inspektorzy z
                                                      ironicznym uśmiechem słuchają Buraka, który usiłuje im odpowiedzieć na pytanie
                                                      jak to możliwe, że zatrudnia właśnie pracowników na stanowiska, które zostały
                                                      zlikwidowane. Burdel na kółkach i chiński cyrk w jednym. Ale oczywiście to nie
                                                      koniec, bo oszczędności było więcej. Kolejny problem to rachunki za telefony i
                                                      korzystanie z Internetu. Po pierwsze zostały odebrane większości pracowników
                                                      telefony komórkowe i tu podobnie Burak kierował się nie wysokością rachunków a
                                                      ilością „szefów i prezesów” na godzinę, które padają z ust pracownika pod jego
                                                      adresem. A teraz numer stulecia w kwestii oszczędności. Część spośród nas
                                                      została pozbawiona możliwości korzystania z poczty elektronicznej, – ponieważ
                                                      rachunki za połączenia internetowe są za wysokie. Jak to usłyszałem to myślałem
                                                      że to jakiś idiotyczny żart. Że Burak jest głupi to wiedziałem, ale nie
                                                      podejrzewałem, że aż tak, niestety jest aż tak i w żaden sposób nie przyjmował
                                                      do wiadomości, że ilość kont nie ma żadnego wpływu na koszty połączeń a to z
                                                      prostego powodu, że firma ma wykupione stałe łącze i bez względu ilość i czas
                                                      połączeń koszt miesięczny jest taki sam. Notabene są w Firmie dwa komputery,
                                                      które używają połączeń modemowych. Są to komputery Buraka i Gacka, obaj, bowiem
                                                      Super-managerowie są święcie przekonani (w swej nieomylności), że dzięki temu
                                                      ich połączenia są szybsze. Informatyk, który podpowiedział Burakowi, że jeżeli
                                                      rachunki za Internet są wyższe to tylko z jego lub Gacka winy usłyszał: „Nie
                                                      wpie...laj się w nie swoje sprawy.” Niestety pomysły dotyczące oszczędności to
                                                      nie wszystko, ponieważ obaj dilbert-debile przystąpili do restrukturyzacji
                                                      Firmy mającej na celu podniesienie wydajności i jakości świadczonych usług.

                                                      Cdn. (przepraszam za długą przerwę, ale idiotyzmy, które, rozpocząłem opisywać
                                                      dzieją się w tej chwili i mniej lub bardziej dotykają mojej osoby, a to
                                                      utrudnia mi opisywanie ich na bieżąco.)

                                                    • levy Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - cz.24 15-02-2002 17.02.02, 10:53
                                                      Część 24

                                                      Wielkie Zmiany Zakończone, Rozpoczęła się Rewolucja.

                                                      Na efekt „restrukturyzacji” firmy w wykonaniu Buraka i Gacka nie trzeba było
                                                      długo czekać. W zasadzie tuż po wakacjach nie nadążaliśmy z niczym i z nikim.
                                                      Reklamacje płynęły równomiernym i szerokim strumieniem, w myśl zasady: zlecenie
                                                      = reklamacja. Cierpliwie przeglądałem Gazetę, co poniedziałek i jeszcze
                                                      cierpliwiej wysłuchiwałem idiotycznych pytań w trakcie rozmów kwalifikacyjnych
                                                      (mniej więcej po dwóch miesiącach uznałem, że jednak trzeba przeczekać z
                                                      Burakiem recesję na rynku pracy). Tym bardziej, że miarka się chyba wreszcie
                                                      przebrała (!!!!). Waldek błyskawicznie (jak na niego), bo już po trzech
                                                      miesiącach zorientował się, że liczba reklamacji nie jest normalna i chyba tam
                                                      (w Polen) znowu coś się dzieje. Wskoczył w pierwszy samolot i przybył do Polen.
                                                      Zaskoczenie Gacka i Buraka było gigantyczne, ale bynajmniej nie z powodu
                                                      nagłego nalotu Waldka, a z powodu przyczyny tego nalotu. Otóż nie mogli
                                                      uwierzyć, że Waldek nie jest w stanie zrozumieć, że na efekty (te pozytywne)
                                                      ich restrukturyzacji trzeba trochę poczekać. Mało tego Waldek zrobił coś, na co
                                                      obaj chłopcy zupełnie nie byli przygotowani, otóż zażyczył sobie rozmowy z
                                                      pracownikami firmy i do tego („skur........syn jeden”) nie życzył sobie
                                                      obecności obu Asów Zarządzania przy tych rozmowach. W zasadzie sięgając
                                                      pamięcią wstecz to jedyne, co chciał usłyszeć Waldek to potwierdzenie swoich
                                                      domysłów, że oba Helmuty (oryginał i farbowany) nie nadają się do robienia
                                                      tego, co robią. I chyba od kogoś to usłyszał, bo tak nagle jak przyjechał tak
                                                      samo nagle wyjechał. Chłopcy zaś (Asy Zarządzania) jeszcze przez parę dni
                                                      nerwowo się uśmiechali, ale zgodnie z prawem ewolucji (im organizm prostszy tym
                                                      łatwiej się przyzwyczaja do nowych warunków) szybko zapomnieli o dziwnej
                                                      wizycie. Fajno było (dla nich), ale nagle się gwałtownie skończyło, otóż
                                                      któregoś dnia Gacek przybył z wiadomością, że u Waldka w Helmutowie pracuje
                                                      jakiś nowy gościu, co to będzie nowym szefem fabryki, którą Waldek ma zamiar
                                                      kupić u Madziarów. Gackowy instynkt podpowiadał mu, że coś tu śmierdzi.
                                                      Natomiast Burak zupełnie nieświadomy zagrożenia wszem i wobec rozgłaszał, że
                                                      Waldek zatrudnił nowego i nawet go wyśle tu do „Polen” żeby on Burak go nauczył
                                                      jak się zarządza się firmą (Jezu!!!!! Skąd mu się to w głowie bierze). I stało
                                                      się, było to na przełomie września i października Waldek przybył ponownie, ale
                                                      nie sam razem z nim przyjechał nowy Krzyżak, tradycyjnie spolszczymy jego
                                                      Pruskie imię i od dziś będziemy go nazywać Jurek. Jurek został przedstawiony
                                                      jako Dyrektor ds. Logistyki (niezłe, naprawdę niezłe), jedynym, który wydawał
                                                      się w to wierzyć był Burak. Gacek przyjął to jako porażkę zamknął się u siebie
                                                      i tyle go widziałem. Burak za to jak to Burak zaczął przedstawienie pod
                                                      tytułem: „Ja tu ku...wa jestem Szefem”. I trafiła wreszcie kosa na kamień (lub,
                                                      jak kto woli cytat za Wujkiem: „No to trafił Chuj na większego od siebie”). Bo
                                                      Jurek pokazał pazury (a właściwie szpony). I dawno już tak wesoło w firmie nie
                                                      było.

                                                      Cdn. (Cóż nie będę nawet próbował tłumaczyć, dlaczego „ostatnio” nic nie
                                                      pisałem.)

      • Gość: gabi Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - wersja ciągła IP: *.szczecin.cvx.ppp.tpnet.pl 31.08.01, 18:38
        za dużo sobie pozwalasz...kotku
        • civic_vtec Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - wersja ciągła 31.08.01, 19:36
          Ze względu na zarzut jaki gabi wyrazila powyzej oznajmiam:
          - teksty zamieszczone w tym watku sa kopiami oryginalnych postow RIFUNa
          - nie roszcze sobie zadnych praw autorskich do Dyr. Buraka i opowiesci o nim
          - za zaistniale nieporozumienie przepraszam RIFUNa
          • Gość: dlugopis Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - wersja ciągła IP: 195.30.191.* 05.09.01, 11:15
            Gabi nie sledzisz tego co sie dzieje w watku glownym. Byla na temat zebrania
            calosci nawet mala dyskusja.
            Jest to po prostu zebranie calosci do kupy, poniewaz glowny watek tak sie
            rozrosl, ze trudno czasami sie tam poruszac.
            civic_vtec dobrze robisz. Ja sie lacze z Niemiec i polaczenie z Polska mam do
            dupy, gdyz ciagle sie rwie, wiec takie podsumowanie ulatwia mi czytanie tej
            pasjonujacej historii.
            Pozdro
            • Gość: O_ski Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - wersja ciągła IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 21.10.01, 23:51
              Dziś pierwszy raz to znalazłem ... Czy pomyśleliście o rzeszach tych, którzy
              nie maja szczęścia dostępu do sieci ?! Przecież ktos powinien to wydac
              drukiem ! Moim zdaniem Rifun składa to w dowolnym wydawnictwie i ma kontrakt w
              kieszeni.
              • Gość: jaeee Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - wersja ciągła IP: *.acn.pl / *.acn.waw.pl 23.04.02, 19:11
                Jestem w szoku... niesamowicie sie to czyta.. oprocz tego ze historia powala to
                jeszcze autor swietnie pisze. To naprawde trzeba by wydrukowac! - moze wiecej
                osob mialoby szanse zapoznac sie z dziejami dyrektora Buraka. Ale, ale, gdzie
                ciag dalszy?? Nie moge sie doczekac. No i najwazniejsze pytanie - jak autor
                znalazl sie w tej firmie??
              • Gość: prawnik Re: PRZYPADKI DYREKTORA BURAKA - wersja ciągła IP: *.dtvk.tpnet.pl 15.05.02, 20:51
                Gość portalu: O_ski napisał(a):
                > Moim zdaniem Rifun składa to w dowolnym wydawnictwie i ma kontrakt w
                > kieszeni.

                Hehe... i proces na karku :)

    Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


    Nakarm Pajacyka