Gość: Casia
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
29.03.07, 09:15
Mój szef, wyjątkowy kawał buraka, który nie szanuje swoich pracowników i
traktuje ich jak swoją wyłączną właśność właśnie wk..... mnie po raz pierwszy
od dłuższego czasu.
Nie miałam z nim już dawno spięć, z reguły jestem bardzo elastyczna i
potrafię dostosować się do wszystkich wymagań, nawet kosztem życia
prywatnego, w którym mam męża i 4-letnie dziecko. Pracuję od godziny 6 rano
min. 10 godzin dziennie (jak trzeba to więcej - mimo wszystko jestem
dyspozycyjna, choć mój mąż ma już tego powoli dość). Dowiedziałam się dziś,
że to oczywiste, że mam przyjść do pracy w sobotę - ok. nie ma problemu,
przyjdę, ale mam wzamian prośbę - czy w przyszłym tygodniu na dwóch porannych
naradach o godz. 6 mogłaby mnie zastąpić moja asystentka (dodam, że moja
obecność na tych naradach sprowadza się do pisania pod dyktando osób i
sprzętów na dzień bieżący - niczego więcej), ponieważ wyjeżdża mój mąż i będę
musiała sama dziecko prowadzać do przedszkola.
No i mój szef burak miał kolejny powód, żeby się na mnie wydrzeć, że
asystentka sobie nie poradzi, że nie będzie wiedziała tego albo tamtego, że
narad będzie trwała do godziny 8 itd. itp. i jeżelo tak chcę, to asystentka
jutro i pojutrze (w sobotę) będzie musiała przychodzić, żeby się do tego
zastępstwa przygotować.
Osłabłam. Wierzcie mi, nie ma większej bzdury. Muszę albo bezsensownie zarwać
weekend dziewczynie (zaplanowała już wyjazd), albo zrywać dziecko o 5.00
prowadzić do przedszkola, albo oddać je na kilka dni do babci, żeby go nie
zrywać.
Kim ja tu jestem? Murzynem (nie obrażając Murzyna)