sagittarius954
18.07.12, 18:10
Do tego wyjazdu namawiała mnie cały rok żona . Gdybym nie pojechał nic specjalnie ważnego nie objęło by mnie . Ani bym nie skorzystał, ani nie stracił , ale nie doświadczyłbym nowych doznań smakowych , estetycznych , to swoisty dziennik jakich wiele , kiedy zapisujemy coś , jakieś wydarzenie . Wreszcie , gdy moje argumenty przeciw całkowicie obaliła , pojawiłem się wraz z nią i wnuczka na dworcu Zachodnim , aby zająć miejsce w autobusie do Paryża .
Autokar okazał się mały a miejsca między siedzeniami dosyć wąskie były na tyle , że nie można było złączyć swobodnie nóg, nie obcierajac kolanami siedzeń . Nasze autostrady okazały się wąskimi drogami w porównaniu z tymi za niby granicą . Pierwszą osiągneliśmy Łódź z dworcem dosyć ponurym przypominającym lata świetności ubiegłej .I chyba nawet Euro nie było wabikiem do restaurowania takich obiektów. Ostatecznie kibic zachodni porusza się samolotami i ani mu głowie było wymusić na gospodarzach tej imprezy poprawę warunków klienta autokarowego . Co zresztą gospodarz imprezy chętnie podchwycił . Jedynym nowoczesnym urządzeniem i architektoniczną perełką okazał się na dworcu łódzkim kibelek . Można się było do niego dostać za jedyne trzy złote po odczekaniu kilkuminutowej zwłoki na samoczyszczenie. Po piętnastominutowej przerwie podróży wsiadaliśmy zadowoleni ,że za jakiś czas znów odwiedzimy, kiedyś miasto nie tylko przez nas poznawane często ,ale i lubiane . Konin.
Oczywiście okazało się , że stare sentymenty odżywają , choć miasto nie jest już tak kolorowe jak kiedyś i to, że węgiel brunatny przestaje być pierwszoplanowym minerałem na którym bazował . Uliczki jak były tak są waskie ,ale otoczone drzewami sparawiają miłe wrażenie . Od wrażenia do stałego odczucia daleka droga i nie zawsze to co zobaczymy staje się rzeczywistością .
Do Poznania dotarliśmy chyba z jakimś zapasem czasowym, skoro pozostawało nam na odpoczynek i rozprostowanie nóg całe czterdzieści pięć minut . Od tego momentu jechaliśmy już w komplecie ,a puste miejsce obok mnie zajęła młoda Amerykanka. Dworzec okazał się małym zapyziałym placem , ale dla kierowców autokarów nie robiło to większego utrudnienia . Sprawnie i harmonijnie zajmowali miejsca w wąskich zatokach , niemal jak okręty wpływające do portu . Ten stosunkowo poetycki termin, był dla mnie podkreśleniem dobrego humoru a znikający zapas jedzenia przygotowany przez moją żonę, upłynniał szybko i cieszyłem się ,że przy przesiadce w Berlinie, będę miał jedną paczkę mniej lub już znacznie bardziej lżejszą . Drogami przez lasy dotarliśmy do ostatniego postoju na terenie Polski , którym okazał się zajazd Chrobry , gdzie w pośpiechu musiałem połykać zupę gulaszową , gorącą i z dużą ilością ziemniaków, tak to jest jak się myśli, że załoga restauracji działa sprawnie i zamówienie nie wpłynie na pięć minut przed odjazdem samochodu . A Dominika z wesołymi oczkami dalej usmiechnięta oczekiwała na przekroczenie granicy . Dla niej to juz kolejny raz , dla mnie pierwszy . Ano właśnie . Nie liczę już wypadu na Węgry w 1978 roku i od tamtego czasu nic mnie nie ciagnęło na obczyznę.. Jakiś stary budynek dosyć pustawy kazał przypuszczać, że tu kiedys odbywały się odprawy ,ale zaraz potem gdy ukazywały się znaki drogowe zachodnich sąsiadów, na przód autokaru wysforował sie wóz policji niemieckiej, która poprowadziła nas na pusty parking, gdzie wprawne i surowe oko celniczki niemieckiej, ciut tylko młodszej ode mnie, skontrolowało wszystkie dokumenty na pokładzie autokaru i mogliśmy ruszyć do ostatniego odcinka przed zmianą autokaru .