toskania8
05.01.07, 23:02
zgodnie z poleceniem Kierownictwa - oto moja opowiasta, tym razem
jednoczęściowa, bo i wakacyjki mini.
W GŁUCHEJ PUSZCZY
Grudzień 2006
Rodzinne Święta za nami, teraz będzie parę dni dobroci dla siebie. Ktoś
powiedział – no i po co wy do tego lasu jedziecie, przecież tam w ogóle nie
ma co robić. Nie rozumiał biedaczysko, że to właśnie jest najpiękniejsze! Nic
do roboty przez całe piękne pięć dni !
Prószy deszcz ze śniegiem, ale nic to !
Skręcamy do Koronowa, miłego miasteczka na skraju Borów Tucholskich. Małe,
ale urodziwe. Jego perłą jest XIII – wieczny zespół pocysterski, gotycki,
ale wnętrze z fantastycznymi barokowymi rzeźbami w drewnie. Opactwo założono
w 1244 roku, przetrwało aż do roku 1819, kiedy klasztor skasowały władze
pruskie (sporo ciekawostek na www.koronowo.pl zakładka historia/cystersi w
Koronowie). Jest też mały gotycki kościółek Św. Andrzeja i miły, kolorowy
ryneczek. Gwarno tu latem, kiedy kręcą się turyści znad Zalewu
Koronowskiego, teraz cichutko i spokojnie.
Postanawiamy odwiedzić dziś jeszcze Odry – to takie polskie Stonehenge,
opodal Czerska. 16 – hektarowy leśny rezerwat kryje najlepiej w Polsce
zachowane cmentarzysko Gotów. Kilkanaście regularnych kamiennych kręgów i
liczne kurhany czynią to miejsce tajemniczym i niezwykłym, a jak głosi
legenda, jest ono źródłem duchowej mocy, którą ziemia i pogrzebani w niej
zmarli obdarzają żywych.
Wilgotny chłód zapędza nas do samochodu. Teraz już szybko n do naszych
gospodarzy na gorącą herbatę.
Z szosy prowadzącej z Tucholi do Czerska wjeżdżamy w boczną, leśną dróżkę.
Dwa kilometry dalej, na wzgórku za śliczną, drewnianą kapliczką z rzeźbionym
świątkiem, widać już nasze gospodarstwo. Pani Maria Czerwonka, wystrojona w
czerwone spodnie i takiż sweterek stoi w progu cała w uśmiechach. Za chwilę
jest i babcia z chochlikami w oczach, wyrośnięty nastolatek porywa nasze
bagaże, do mamy tuli się dziesięciolatka Małgosia. Oblegają nas psy, koty,
jakbyśmy przyjechały w odwiedziny do bliskiej rodziny.
Taka właśnie była koncepcja agroturystyki, żeby za nieduże pieniądze spędzać
wakacje w gospodarskich rodzinach i uczestniczyć w ich życiu. Tymczasem, z
racji korzyści podatkowych pod tą nazwą coraz częściej kryją się po prostu
gwarne pensjonaty z zadęciem na pseudoelegancję.
Już za chwilę dostajemy kawę i domowe ciasto a po odpoczynku siadamy z całą
rodziną do obiadu, przyszedł i gospodarz, a jakże, uśmiechnięty od ucha do
ucha. Pachnący żurek z jajeczkiem żółciutkim wcale nie od barwnika. Do
pieczeni parujące, pachnące ziemniaczki i mnóstwo dodatków, wszystkie własnej
roboty – marynowane grzybki, papryka, buraczki, kiszona kapusta i ogóreczki,
poezja. Z domownikami gwarzymy jak ze swymi, tacy mili, swojscy ludzie.
Z prawdziwą przyjemnością zalegamy na fotelikach z książeczkami. Ja
czytam „Dom nad Rozlewiskiem”, o pani Małgosi , która wyrzucona z pracy w
agencji reklamowej z racji „podeszłego” wieku (48) , zakłada pensjonat na
Mazurach a raczej na Warmii, koło Pasymia. Zwłaszcza w tak pięknych
okolicznościach przyrody czyta się to cudownie. O robieniu zapasów na zimę,
gotowaniu barszczu ukraińskiego, odnajdywaniu siebie, odnajdywaniu rodziny i
odnajdywaniu tego, co ważne.
Kieliszeczek pachnącego krupniczku (oczywiście mojej roboty) , talerz
świątecznych bakalii i piernik Janki znacznie przyczyniają się do błogości
nastroju.
Stół śniadaniowy nakryty obficie. Masełko własnej roboty, takież wędlinki,
wędzone pstrągi z rodzinnej wędzarni, powidła śliwkowe…ech, Aż żal, że
wszystkiego się nie da.
Żeby choć trochę usprawiedliwić to obżarstwo, ruszamy pieszo do Fojutowa.
Jest ciepło, zza chmurek wyłania się słoneczko. Przed nami pięć kilometrów
marszu w jedną stronę.
Droga wije się wzdłuż Wielkiego Kanału Brdy. Zaczyna się on kilka kilometrów
dalej, przy zaporze w Mylofie (słynącego też z hodowli pstrąga tęczowego) i
ma nawadniać okoliczne łąki, po dwudziestu kilku kilometrach wpada na powrót
do Brdy. Na zwalonym drzewie widać ślady bobrzych zębów. Na wodzie unosi się
dostojnie biały łabędź. Przez bezlistne gałęzie prześwituje soczyście zielona
ozimina, krawędź lasu mieni się różnymi odcieniami zieleni i bielą brzozowych
pni, snują się mgiełki. Pięknie i cicho. Uderzeniowa dawka tlenu aż
oszałamia. U celu – trochę rozczarowania. O Fojutowie mówią przewodniki, że
to największy akwedukt w Polsce, budowany w XIX wieku, na wzór rzymskich.
Spodziewamy się więc monumentalnej budowli. Akwedukt krzyżuje wody Wielkiego
Kanału Brdy i Czerskiej Strugi. Kanał płynie górą wiaduktu, nieco tylko
poniżej poziomu drogi, jest dość płytki. Schodzimy schodkami do poziomu
Strugi, różnica poziomów krzyżujących się cieków to 9 metrów . Wzdłuż jej
brzegu przechodzimy 75 – metrowym tunelem pod Kanałem. Wyłożony jest
klinkierowymi płytkami, które nieco rażą swoją nowością, ale podobno tak ma
być, to przywróciło oryginalny wygląd po poprzednim remoncie, kiedy to tunel
wybetonowano.
Powrotne pięć kilometrów pokonujemy już z nieco większym trudem, cóż
zasiedziałe, biurowe życie robi swoje.
Pani Marysia znów czeka z gorącą herbatą.
Na obiad zupka pomidorowa i świeżutkie, smażone pstrągi. Pychotka!
Wieczorem znów lekturka, oglądamy też miły, relaksowy film „Czarowny
Kwiecień” o wakacjach spędzanych przez grupkę angielskich dam z lat 20 – tych
we włoskim zamku i Piano Bar Leloucha, nastrojowy, z piękną muzyką.
Po równie jak wczoraj obfitym śniadanku dziś ruszamy do rezerwatu cisów. Ten
duży, znany, z upodobaniem malowany przez Wyczółkowskiego jest w
Wierzchlesie, w nieco innej części Borów Tucholskich. A my odwiedzimy
pobliski. Dziś dłuższy spacer, razem 12 kilometrów.
Cisy nieco rachityczne, z trudem walczą o przetrwanie ze smukłymi sosnami i
gęstym listowiem buków. Ale miejsce ładne a i tak najważniejszy jest spacer.
Dobrze, że tak maszerujemy, bo obiadek znów obfity, świeżutki rosołek i dwa
rodzaje mięska – gotowane kurczaczki i pyszne mielone gałeczki.
Kolejny wieczór spędzony na totalnym nieróbstwie, dziś obejrzymy Jasminum,
taką trochę bajkę, trochę przypowieść, z kolejną świetną rolą Gajosa. Coraz
ciekawszy jest ten aktor, dojrzewa z wiekiem jak wino. A partnerująca mu
pięcioletnia panieneczka to debiut znakomity i obiecujący.
Dzień był słoneczny ale wieczorem zerwał się wiatr, w nocy to już wichura i
ulewa, sylwestrowy ranek wstał ciemny i ponury, jakby mu się wcale wstawać
nie chciało. Dopiero koło południa, opatulone postanawiamy jednak wyjść choć
na trochę. Okazuje się, że wiatr idzie koronami drzew, gnąc je niemal wpół
ale w dole jest spokojnie, zacisznie i całkiem ciepło. Już po chwili spaceru
zaczynamy się rozbierać.
Po sutym jak zwykle obiedzie na stół wjeżdża jeszcze wielki talerz gorącego
drożdżowego placka z kruszonką. No nie, tego nie można odpuścić! Placek jak u
Mamy !
Wieczorem gospodarze zapraszają nas „na herbatę”, która okazuje się kolacją.
Przynosimy swoje ciasto, grzejemy w kuchni sycony miód z korzeniami, zapach
aż bije dookoła.
Na pogaduchach schodzi nam wieczór, zachodzi z życzeniami siostra a zarazem
sąsiadka gospodyni, też miła i roześmiana, tacy już są ci ludzie.
Bije północ, strzela korek od szampana.
Witaj, Nowy Roku i powiedz, co nam przyniesiesz…a może lepiej nie mów. Miłe
niech będzie niespodzianką a to mniej miłe – lepiej zawczasu nie wiedzieć.
Dzień Nowego Roku wita nas nieco jaśniejszy, ale po przedłużonym wieczorze
wstajemy wszyscy z trudem.
Przed wyjazdem zdążymy jeszcze na spacer, dziś powłóczymy się po lesie bez
celu. Towarzyszy nam sympatyczna psinka gospodarzy, idzie dzielnie, choć
wkrótce zacznie popatrywać badawczo – „jesteście pewne, że chcecie iść dalej,
może by tak już do domu ?” . Na ścieżce przed domem pada