Dodaj do ulubionych

W TRAWIE PISZCZY?

16.03.07, 08:34
Co? cos piszczy....
Wypatruje,czekam i czekam, wygladam, nadsluchuje.....
Mial ktos ? juz rekach ten kwartalnik "W GORACH"?
wyczytal co piszczy w trawie?
Obserwuj wątek
    • filomena1 W TRAWIE PISZCZY? ;°)))) 16.03.07, 08:36
      ;°))))
      Piszczaca
      Filomena Pierwsza
    • natla Re: W TRAWIE PISZCZY? 16.03.07, 09:07
      Jasne! Świetnie się czyta smile i duma jakaś nachodzi człeka, że to ktoś
      znajomy smile Gratulacje!!!
      • graga211 Re: W TRAWIE PISZCZY? 16.03.07, 19:00
        Boziuniu, a ja nie wiedzialam co i dlaczego tak piszczy w tych moich Beskidach,
        a tu prosze, nasza Filcia z nosem w chmurach!
        O, przepraszam: "W górach".
        Gratulacje za tekst oraz fotki.
        Buzi, cium, cium!
        • filomena1 Re: W Sniegu PISZCZY? 17.03.07, 13:14
          Powinno byc "w sniegupiszczy, ze hohoho"
          Jak juz gdzies wpsomnialam dziekuje za pomoc, za cierpliwosc, za uwagi wszelakie. Kazda uwage
          uwazam za konstruktywna, bo z kazdej wyciagam wnioski , aby poprawic , udoskonalic nastepne "dzielo".
          W tym akurat przypadku , naprawde wiele zawdzieczam temu forum i jego uczestniczkom.
          serdeczne dzieki.
        • p.a.d.a.l.c.o.w.a Re: W TRAWIE PISZCZY? 21.03.07, 10:14
          graga211 napisała:

          > a tu prosze, nasza Filcia z nosem w chmurach!
          > O, przepraszam: "W górach".
          > Gratulacje za tekst oraz fotki.
          Gdzie można przytać ten tekst oraz zobaczyć fotki tekst ilustrujące ?
          • natla Re: W TRAWIE PISZCZY? 21.03.07, 10:20
            Leć na pocztę.
            • filomena1 Re: W TRAWIE PISZCZY? 21.03.07, 10:47
              natla napisała:

              > Leć na pocztę.

              ;°)))) cos TY ;°))) w EMPIKU, w ksiegarni, papierowe wydanie jest naprawde bardzo udane.
              • p.a.d.a.l.c.o.w.a Re: W TRAWIE PISZCZY? 21.03.07, 10:57
                a skąd miała to Graga ? z MPIKU ?
                • filomena1 Re: W TRAWIE PISZCZY? 21.03.07, 11:17
                  jasne, graga i natla tez, wersja papierowa ma wiecej detali i piekne zdjecia w duzym formacie. Kosztuje
                  7,50 ... kwartalnik. publikacje tam sa honorowe, bez wynagrodzenia. za to jakosc duza.
                • natla Re: W TRAWIE PISZCZY? 21.03.07, 11:18
                  Nie wiem, może, ja mam obiecane przez kioskarkę.
                  • tyrtyr Re: W TRAWIE PISZCZY? 21.03.07, 11:33
                    W jakiej walucie płacimy? Czy aby nie w takiej ?smile))))
                    www.snb.ch/d/banknoten/aktuelle_serie/aktuelle_serie.html
                    • tyrtyr Re: W TRAWIE PISZCZY? 21.03.07, 11:39
                      To ten ?
                      www.turnia.pl/aktualnosci/2425.php_kwartalnik_turystyczny_w_gorach_nr_1_-11-_-_zima_2007
                      • tyrtyr Re: W TRAWIE PISZCZY? 21.03.07, 11:46
                        Nie ma was........
                        • malwina52 Re: W TRAWIE PISZCZY? 21.03.07, 11:51
                          chyba tensmile
                          jakas wersja netowa by sie tu przydala,
                          namiastka ale zawsze cos, a tak wypada
                          tylko powtorzyc za tymi co czytali
                          gratulacje Fil
                          • graga211 "W górach" nr2, wiosna 21.03.07, 14:41
                            Fil, a moze podasz link? Nie wszyscy zainteresowani znajda kwartalnik, a
                            niezainteresowani i tak nie zagladaja tutaj.
                            • filomena1 Re: "W górach" nr2, wiosna 21.03.07, 15:39
                              jesli ktos znany i zauafany napisze do mnie lub do natli to oczywiscie.
                              Nie chcialabym jednak pochopnie tracic tutaj anonimowosc. Byloby to nierowno.
                              Wy anonimowi , a ja juz nie. Musialabym koniecznie zmienic nika - imie . Jak by nie bylo to forum jest
                              publiczne i dostepne dla kazdego, co i slusznie.
                              Miedzy nami mowiac, to dla chcacego nic trudnego ?
                      • filomena1 Re: W TRAWIE PISZCZY? 22.03.07, 09:13
                        tyrtyr,
                        zgadza sie, wlasnie w odpowiedzi na ten numer i artykul w nim o Zdobyciu Matterhornu przez legende
                        polskiego alpinizmu Pana St. Biel, wyslalam do pisma moje opowiadanie.
                        Obecnie poproszono mnie o reprtaz o ratownictwie gorskim do nastepnego numeru, ktory
                        przygotowuje.
                        Dlatego bardzo zalezalo mi na waszych opiniach, uwagach, komentarzach.
                        np. o czym chcielibyscie sie dowiedziec i co was interesuje, jako zwyklych czytelnikow , niekoniecznie
                        alpinistow. Liczylam na Was.
                        Ale widze, ze na imie Filomena, ciagle jeszcze skora cierpnie i wystepuje alergia, a woda zalega usta, a
                        pioro przestaje pisac, klawiatura strajkuje, komp odmawia wspolpracy.
                        • natla Re: W TRAWIE PISZCZY? 22.03.07, 10:40
                          Czy Ty nie przesadzasz? Widzisz przecież jaki "tumiwisizm" u nas panuje, więc
                          nie dziw się, że dla wielu z nas przeczytanie ze zrozumieniem i wydanie opinii,
                          może się przedłużyć wink)No właśnie, ja też nie wysłałam Ci krytyki. Może jak się
                          dziś dotlenie, to zaczne myśleć wink
                        • sagittarius954 Re: W TRAWIE PISZCZY? 22.03.07, 18:12
                          Dzięki za odpowiedź Filsmile)
                          wyobraź sobie ,że ja zupełnie dobrze znoszę twoje pisanie smile)) Na forum też .
                          Znalazłem i ten drugi artykuł ,ale nieraz mysl jest szybsza od zrozumienia , tak
                          i u mnie . Wkleiłem nie zastanawiając się pierwszy, a później miałem rozdrapy,
                          czy aby źle nie odbierzesz tej mojej, jakby nie było, bezmyslnej natarczywości .
                          Z drugiej strony , jesteś już rozpoznawalna poprzez druk swoich reportazy ? to i
                          dobrze a przecież to forum jest dostepne dla licznych, choć nieliczni zapewne tu
                          zaglądają .
                          Tylko nie wiem dlaczego tak domagasz się oceny , zostaw ją w spokoju . Ona sama
                          przyjdzie, gdy ludzie będą tu zaglądali i wklejali dalsze wątki i posty o tym co
                          was łączy .
                          Dla mnie góry są tajemnicze i tkwi w nich nieznana siła,a może ja sobie to
                          wmawiam . O wspinaczkach muszę już zapomnieć i nie wiem czy uda mi się jeszcze
                          raz , jeden raz udać się w kierunku gór , żeby choć popatrzeć na to co dla mnie
                          niezdobyte i tajemnicze . Pozostanę czytelnikiem , bez względu na to czy masz na
                          imię Klara, Filomena czy Po prostu Bożena smile) Tak wogóle to przyjemne pochwalić
                          sie w towarzystwie znajomością, choćby internetową, z taką grupą kobiet.smile)
                          • filomena1 Sagi tyrtyr 22.03.07, 19:09
                            No widzisz, ja takze odpowiadam na tekst a nie na osobe, czy to Sagi czy TyrTyr.
                            Masz racje.
                            Nie, ja nie domagam sie oceny. Nic błędniejszego.
                            Spodziewałam sie komentarzy, jak tutaj sie pisze do gazetowych artykulow.
                            Komenatrz taki pozwolilby mi odcztac oczekiwania, i zainteresowania czytelnika.
                            KOmentarz kazdy, krytyczny takze. Krytyka jest dla mnie kosntruktywna. To ja wyciagam z komentarzy
                            przydatne mi wnioski. Pomocne na przyszłosc,
                            Skoro tu sie tyle komentuje, opiniuje, no to w czym rzecz?
                            W tym, ze to Filomena?
                            bo gdyby to to byla forumowa Ixinska, aaaaaaaaaaaaaa to co innego. Prawda?
                            Zatem czytaj te Bozenke,

                            PS, na priv adres otrzymalam jedna uwage ostra i krytyczna, z tego tu forum,i bardzo za nia jestem
                            wdzieczna,
                            • filomena1 Re: Sagi tyrtyr ;°))))))))))))))) 22.03.07, 20:35
                              Zatem czytaj te Bozenke,
                              ;°)))))))))))))))
                              • natla Opowiadanie Filomeny, o którym tu mowa. Cz.1. 28.03.07, 23:42
                                CZTERY ŚWIATY, JEDNA ŚCIANA

                                Opowiadanie z Matterhornu oparte na wydarzeniach prawdziwych które miały
                                miejsce jesienią 2006 roku

                                AREK

                                Weszliśmy do chatki, gdy zaczęło zmierzchać. Bardzo się pomyliliśmy, wpisując
                                wczoraj w księdze pamiątkowej: "Jutro wchodzimy na szczyt i schodzimy do
                                schroniska Hörnli.* Nie będzie drugiego noclegu w Solvayu*". Dziewczyny
                                zakrzątnęły się. Po sześciu osobach, które tu również spędziły ostatnią noc, a
                                dziś o świcie zaraz po nas zeszły do schroniska Hörnli, nie zostało
                                najmniejszego śladu. Wszystko zastaliśmy w idealnym porządku, poskładane przez
                                nas koce na czterech łóżkach były nietknięte, takie jak zostawiliśmy tego
                                ranka. Czuło się chłód. Niebo zaciągnęło się gęstymi chmurami. Zapowiadane
                                załamanie pogody nadeszło prędzej niż przewidywaliśmy. Wilgotność zwiększała
                                się z każdą chwilą i dawała o sobie znać przenikającym zimnem. Tydzień temu w
                                Dolomitach mieliśmy pogodę na blachę, a wejście na trzytysięcznik nie zmęczyło
                                tak dziewcząt. Gocha dawała sobie świetnie radę. Dziś wykończyła nas
                                koncentracja oraz napięcie nerwów i mięśni przy każdym ruchu nogą, tak przy
                                wejściu jak i zejściu. Oddychało się ciężko i z trudem. Tam na szczycie przez
                                15 minut satysfakcja znieczuliła i przyćmiła trud i jego skutki. Teraz nie
                                tylko ja bez sił opadłem na łóżko głęboko oddychając, Mariusz także.
                                Za oknem zaczęło prószyć.
                                - Nie ma co, jutro zdecydujemy co dalej - powiedziałem. - Dziś i tak niczego
                                nie wymyślimy. Napijmy się gorącej herbaty. Zasłużyliśmy.
                                Ola wyjęła z plecaka czekoladę, kabanosy, pumpernikiel. Niewiele tego -
                                pomyślałem, lecz nie powiedziałem głośno. Jeden, dwa dni nie umrzemy z głodu.
                                Ile dni przyjdzie nam tu czekać na słońce i błękit nieba?
                                - Arku, nie dumaj. Pij teraz póki ciepłe - Ola podała mi parujący kubek.
                                - Słuchajcie - zaczęła Gocha uśmiechnięta jak zawsze - jeszcze nie mogę
                                uwierzyć, że wreszcie udało mi się wejść na tę górę. Kiedy rok temu byliśmy
                                tutaj ten wystający skalny róg - horn nie chciał nas wpuścić na swój grzbiet.
                                Wyraźnie nie chciał. Dziś mu się nie udało i nareszcie wleźliśmy mu na kark.
                                Jest nasz!
                                - Jest naszym pierwszym wspólnym czterotysięcznikiem - uściślił Mariusz.
                                - To kiedy następny?
                                - Gocha, jeszcze nie myślimy o następnym, jeszcze nie jesteśmy w domu - nie
                                miałem odwagi powiedzieć jej, że nie wiem jeszcze, jak i kiedy zejdziemy do wsi
                                Zermatt. Musimy wypocząć, przede wszystkim wyspać się. Jutro jakoś to będzie,
                                coś zdecydujemy.
                                Nie mogłem zasnąć. Cały czas rozważałem, co im powiedzieć o świcie. Przeczekać
                                tutaj to załamnie pogody? W końcu trochę przymusowego postu nie zaszkodzi, a z
                                pragnienia nie umrzemy, przecież możemy stopić śnieg. Ale jeśli to potrwa
                                tydzień? Nie. Na pewno nie. Jutro będzie wszystko dobrze... Teraz spać! Spać.
                                Jak dobrze jest móc spać leżąc. Sen to lekarstwo. Przykryłem kocem Olę w
                                śpiworze. Spała. Naciągnąłem także na siebie koc. Mariusz i Gocha spali
                                trzymając się za ręce. Wszyscy byli zadowoleni z wejścia na szczyt. Mnie
                                chodziło po głowie, co czeka nas jutro? Śnieg? Deszcz? Mgła? Błękit nieba? I
                                wreszcie, dobre walisejskie piwo w Zermatt? Do Warki mu wprawdzie daleko, ale
                                rok temu bardzo nam smakowało, chociaż nie było powodu do radości. Spać, spać!
                                Teraz muszę spać...
                                Cholera! Nie mogę zasnąć. Człowiek ciągle musi coś wybierać. Stoję wobec ryzyka
                                podjęcia decyzji, wybrania optymalnej opcji. Jakiś lęk zakradł się w moją
                                duszę, sam nie wiedziałem, czego się bałem. Czym jest strach? Nigdy go nie
                                odczuwałem tak dotkliwie. Zawsze mi się wszystko udawało, wszystko było łatwe i
                                proste. Teraz męczyło mnie, co ja nazajutrz im powiem. Nie mogłem wczoraj
                                powiedzieć, że powinniśmy byli zejść do schorniska, zamiast wchodzić na szczyt.
                                Koniecznie chcieli wejść w tym roku. Wybraliśmy najłatwiejszą drogę granią
                                Hörnli, ale kto przypuszczał, że zajmie nam to aż tyle czasu, że zmiana pogody
                                będzie o kilka godzin wcześniej?...no i to zimno.... nie.... teraz już nie ma
                                co roztrząsać tamtych decyzji. Musimy dojść do schroniska zanim pogoda całkiem
                                się sknoci.
                                Świta. Chyba się zdrzemnąłem. To dobrze, oni także spali. Mariusz obudził się
                                pierwszy, zagotował w koherze trochę wody. Resztkę. Ale woda to nie problem. Na
                                zewnątrz przyprószyło na biało, teraz chyba pada deszcz. Zjedliśmy po kromce
                                pumpernikla z jakimś serem. Dziewczyny poskładały koce, my śpiwory. Wszyscy
                                jesteśmy zgodni, że musimy schodzić. Na siebie wkładamy wszystko, co mamy do
                                ubrania i jeszcze na to wdziewamy kurtki.
                                - Nie zapomnijcie raków - przypominałem. - Zaraz trzeba będzie je założyć. Mamy
                                tylko dwa placaki, w które wszystko musi się zmieścić, choć jakoś tego jakby
                                było mniej. Żarcia jest mało. Za mało, by tu siedzieć tydzień - ba, 3 dni
                                nawet! Przesądza sprawę sms od Jurka z Warszawy, że od jutra pogoda się jeszcze
                                bardziej pogorszy. Zatem ponownie rozważamy - albo schodzimy natychmiast, albo
                                czekamy o głodzie i chłodzie.... Wszyscy zdecydowali się na wyjście. Nie wiem
                                sam, czy spadł mi kamień z serca czy na serce. Mariusz zarzucił już plecak na
                                ramiona i czeka. Dziewczyny zakładają kaski i latarki czołowe. Zamknąwszy drzwi
                                chatki poczułem jakiś niepokój. A może lepiej tu poczekać?
                                - No, chodźcie. Nie guzdrajcie się - pośpiesza Mariusz.
                                Mariusz jest graczem, pokerzystą. Także życiowym, zawsze lawiruje między
                                możliwym i niemożliwym. Dla niego igranie z losem jest normą. Jak zawsze idę
                                pierwszy, za mną Ola, Gocha i Mariusz ostatni. Psiakrew, nic nie
                                widać. "Czołówka" nie rozprasza mgły, dlatego z kieszeni kurtki wyjmuję
                                dodatkową latarkę, ale ona również daje blade światło i nie mogę znaleźć
                                szlaku, którym tu przyszliśmy. Chyba przegapiliśmy skręt w lewo na trawers.
                                Przedwczoraj wchodziliśmy najłatwiejszym wariantem, więc teraz staram się iść
                                na wyczucie tą samą drogą. Śnieg przykrył ślady, co nie ułatwia schodzenia.
                                Kamienie są niestabilne, jest krucho i ślisko. Już dzień, nawet południe, a my
                                posuwamy się w "mleku" krok za krokiem. Boże, jak ten czas leci! W tym tempie
                                nie dojdziemy do schroniska. Poczułem jak drżą mi mięśnie ud i łydek. To chyba
                                pierwszy raz w życiu, hm... ze zmączenia? To niemożliwe, aby strach mnie
                                obleciał? Niepokój nie sprzyja w górach. Odpędzam te myśli. Chwilami widoczność
                                poprawia się i możemy, chociaż ciągle powoli, ale za to odważniej, schodzić w
                                dół . Wreszcie zjeżdżamy wszyscy po kolei ze stanowiska.
                                Już czwarta po południu, a szaro jak o zmierzchu. Dziewczyny są zmęczone.
                                Wiążemy się linami. Pytałem przedtem, ale nikt nie chciał liny. Teraz
                                koniecznie musimy się asekurować. Zaczyna się pionowe zejście z pomocą lin i
                                poręczy. Staramy się schodzić z lotną asekuracją, choć czasem trzeba się
                                zatrzymać na stanowisku i asekurować sztywno. Akurat stoimy na małym występie
                                skalnym, gdzie mieścimy się w trójkę. Mariusz jest kilka metrów nad naszymi
                                głowami. Czekamy na niego bezskutecznie. Gocha woła Mariusza. Ola się niepokoi,
                                a ja nie rozumiem i zadaję sobie pytanie: na co on czeka ? Błagamy Mariusza,
                                aby się pośpieszył, czas naprawdę nas nagli. Widoczność jest coraz gorsza.
                                - Mariusz !!! Złaź wreszcie - wrzeszczy Gocha.
                                No, to ładny "bal", pomyślałem, bo zrobiło się ciemnawo. W dole przez chwilę
                                wyłoniło się z mgły schronisko. Uff- odetchąłem. Mamy je tak blisko, bez mała
                                na rzut kamieniem. Bez Mariusza nie możemy się ruszyć dalej. Zapada zmrok.
                                Patrząc na Mariusza, próbuję zadzwonić do niego, on zachowuje się, jakby nas
                                słyszał.
                                Cholera!! Chyba jego bateria się rozładowała. Jest coraz ciemniej... W dole
                                widzimy światła w schornisku oraz w namiotach. Dajemy im znaki latarkami.
                                Odpowiadają nam. Posyłam SOS. Gochy telefon jeszcze ma dobre baterie. Numer
                                telefonu do schroniska jest zapamietany w telefonie u Mariusza. Postanwiam
                                alarmować 112. Siada bateria. Na szczęście meldunek przyjęto, gdyż jeszcze
                                odbieramy odpowiedź. Maariuusz!!- wrzeszczymy c
                                • natla Re: Opowiadanie Filomeny, o którym tu mowa. Cz.1. 28.03.07, 23:43
                                  cd.
                                  Maariuusz!!- wrzeszczymy cała trojką. - Mariusz, pomoc wezwana, zaraz tu będą
                                  po nas. Mariusz macha do nas ręką, ale tak jakoś bez entuzjazmu, jakby od
                                  niechcenia.
                                  • natla Re: Opowiadanie Filomeny, o którym tu mowa. Cz.2. 28.03.07, 23:44
                                    MARIUSZ

                                    Nie mam sił wrzeszczeć i tłumaczyć im, że nie mogę zrobić kroku, też nie mogę
                                    patrzeć w doł. Co się ze mną stało? Przysiadłem na występie skalnym. Coś się ze
                                    mną dzieje dziwnego. Nogi mam jak z waty, nie jestem w stanie opuszczać się w
                                    doł, lina mi ciaży i przeszkadza, a przecież nie mogę się odwiązać. Niebo jest
                                    już granatowe, Gocha czeka, Arek głośno ponagla. Palce mi zgrabiały z zimna.
                                    Dopiero połowa września, a zimno i wilgoć jest nieznośna i dlaczego tak szybko
                                    robi się ciemno?
                                    Po ki diabeł się tu pchałem? Wiedziałem, że to najbardziej zdradziecka góra w
                                    Alpach, wiedziałem, że zejście jest podwokroć trudniejsze niż wejście,
                                    wiedziałem, że pogoda nie jest sprzyjająca. Wejść na Matterhorn to jest
                                    wyzwanie, to jest coś! To się liczy, zawsze marzyłem należeć do grona zdobywców
                                    tej sławnej góry. Wszystkie drogi prowadzące na ten szczyt są trudne, nawet
                                    jeżeli mówi się, że są łatwiejsze. Ta góra jest kapryśna i nieprzyjazna. Jak
                                    każdy alpejski czterotysięcznik wymaga dobrej kondyncji i aklimatyzacji,
                                    dodatkowo obycia w niełatwym i kruchym skalnym terenie, a także zmysłu
                                    orientacji. Szkoda, że dla wprawki nie spróbowaliśmy najpierw ujarzmić tego
                                    sąsiada obok trzyipółtysięcznika. A tak, to postawiliśmy wszystko na jedną
                                    kartę. To chyba Arek krzyczy i Ola, Gocha także. O co im właściwie chodzi?
                                    Wymachują rękami i dają znaki latarkami. Coś się stało? Ten szum w uszach i w
                                    głowie jest nieznośny. Och, Tato przebacz mi. Nigdy nie słuchałem Twoich
                                    ostrzeżeń... Dlaczego mnie nie nauczyłeś ostrożności? Wybacz mi, wiem, uczyłeś,
                                    ale ja z przekory uwielbiam ryzykować. Ryzyko zawsze mnie pociągało. Gdy miałem
                                    coś do wyboru, to wybierałem co najtrudniejsze, co mniej prawdopodobne. Chyba
                                    już to zrozumiałeś. W końcu jak długo można uczyć syna, mam prawie 25 lat,
                                    Tato. Wiesz, po co właziłem na te skały? Po co zaraz po maturze pchałem się na
                                    Elbrus i Mt.Blanc? Chciałem sobie i innym udowodnić, że wszystko potafię. Nie
                                    było dla mnie rzeczy niemożliwych, brak było tylko chęci, toteż gdy już coś
                                    chciałem, to bez względu na okoliczności musiłem to zrobić. Tak było z
                                    nurkowaniem zimą pod lodem. Nie. To nie ambicja, tej zawsze zazdrościłem innym,
                                    to chyba jakaś potrzeba nabrania wartości popychała mnie do ryzykownych
                                    wyczynów. A teraz? Bardzo chcę zejść na dół, te 10 - 13 metrów i już być blisko
                                    Gosi. Chcę i nie mogę się przełamać. Boli mnie głowa, doskwiera jakiś nieznany
                                    mi ucisk na skroniach. Szum w uszach przeszkadza mi usłyszeć, co oni do mnie
                                    wołają, a nogi kompletnie odmawiają posłuszeństwa. Robi się coraz wilgotniej i
                                    zimniej. Chyba muszę przesiedzieć tu do świtu. Zdrzemnę się i odpocznę, a rano
                                    wszystko będzie dobrze. Powieki są takie ciężkie, nigdy nie myślałem, że mogą
                                    aż tyle ważyć. Nie mogę ich otworzyć, zresztą i tak już chwilę temu zapadł
                                    wieczór. Dreszcze trzęsą mną coraz mocniej. Tato, podaj mi koc. Przytulimy się
                                    do siebie i będzie nam cieplej. Dlaczego nic nie mówisz? Pocałowałeś mnie, czy
                                    mi się zdawało? Ostatni raz pocałowałeś i uściskałeś mnie w Boże Narodzenie.
                                    Jak przyjemnie jest czuć Twoją obecność, teraz zdrzemniemy się, a jutro
                                    będziemy w schronisku pili grzane wino. Lubisz przecież grzańca. Nie gniewaj
                                    się już na mnie. Obiecuję się zmienić. Dobranoc Tato... Dobranoc Gosiu...

                                    • natla Re: Opowiadanie Filomeny, o którym tu mowa. Cz.3. 28.03.07, 23:46
                                      OLA
                                      Gdy blady świt wyłonił skalne szczyty wstąpiły w nas nadzieje na lepszą pogodę.
                                      Szarość dookoła, zimno i wilgoć dawały się we znaki. Bardzo byłam zmarznięta,
                                      zdrętwiałe ręce trzymałam w kieszeni kurtki. Piecioplaczaste rękawiczki na
                                      wiele się nie zdały, niestety.
                                      Przegadaliśmy całą noc, nawet śpiewaliśmy, starając się nie zasnąć. Mariusz na
                                      pewno nas słyszał. Teraz chyba się zdrzemnął, bo nie odpowiada żadnym znakiem.
                                      Światła w schronisku i w namiotach jeszcze się nie zapaliły. Nikt nie odpowiada
                                      na nasze rozpaczliwe sygnały latarkami. Aż dziw, że tak pojemne są baterie.
                                      Lekki powiew rozwiał trochę chmury, w których tkwimy od wczoraj. Arek
                                      zdecydował się wrócić do Mariusza. Niepokoję się o nich obu. Przekonałam się,
                                      że ścianka w hali była dziecinną zabwką, a wejście na Mt. Blanc wymaga "tylko"
                                      wprawy w chodzeniu w rakach po śniegu. Tutaj na kruchej skale pod stopami czuję
                                      niepweność z każdym krokiem, a napięte mięśnie często dostają drgawek. Jestem
                                      potwornie zmęczona, niewyspana i "zimna". Chłód przeszywa mnie do szpiku kości,
                                      boli mnie wszytko. Całą noc walczyliśmy ze snem, a teraz nie ma jak walczyć z
                                      zimnem. Nachodzą mnie złe myśli, które staram się odpędzić, ale skurcz w gardle
                                      utrudnia przełknięcie śliny. To chyba lęk łapie mnie za gardło.
                                      Bateria telefonu jeszcze całkiem nie wysiadła. Jest 5 rano, postanawiam
                                      ponownie wzywać pomocy. Arek bierze tę krótszą linę i wspina się do Mariusza.
                                      Widzę, jak z trudem pokonuje każde pół metra. Jego wyczerpanie jest widoczne.
                                      Bacznie obserwujemy z Gochą każdy jego rozważny krok w górę, jak w spowolnionym
                                      filmie. Mam wrażenie, że rozmawia z Mariuszem i tłumaczy mu sytuację, w jakiej
                                      jesteśmy.
                                      Arek wraca sam. Przewiązany liną, której drugi koniec odciął przy Mariuszu.
                                      Potrzebujemy tę linę.
                                      - Mariusz zasłabł. Jest pół przytomny- krzyczy do nas Arek i rzuca linę.
                                      Opuszczając nogę lewą do następnego kroku, zahaczył rakiem o spodnie...
                                      Poślizgnął się drugą nogą na kamieniu przykrytym śniegiem... i wrzasnął -
                                      łapcie linę! Kompletnie osłupiałe i zaskoczone, nieprzygotowane na taką
                                      sytuację, natychmiast obie łapiemy linę. Zmarznięte dłonie w rękawiczkach
                                      pięciopalczastych z trudem ją utrzymują. Coś szarpnęło. Wołamy: Arek! Arek!
                                      Cisza. Pociągamy za linę, która lekko poddała się nam. Arek z pewnością złapał
                                      się czekanem zatrzymał na półce na trawersie poniżej. Zaraz do niego zejdziemy.
                                      Zbieramy nasze plecaki, linę i postanawiamy najostrożniej posuwać się w dół,
                                      aby dojść do Arka. Gocha milczy, "zacięła się". Wiem, że myśli o Mariuszu. Nie
                                      patrzymy w jego stronę. Zmęcznenie jakby się ulotniło. Musimy jak najszybciej
                                      dojść do Arka i następnie do schroniska, żeby sprowadzić pomoc dla Mariusza.
                                      Spostrzegam jakiś ruch wokół schroniska i światła. Odpowiadamy latarkami. -
                                      Aaaarek - Areeeeeek - wrzeszczę z całej siły. -AREEEEEEEEK! Chyba drgnął. Na
                                      śniegu jest wyraźnie widoczny jak na dłoni. Tak, poruszył lewą nogą, O Boże...
                                      Miej go w swojej opiece... Boże, czy zapomniałeś o nas? Nie, to my
                                      zapomnięliśmy o Tobie.
                                      • natla Opowiadanie Filomeny. Zakończenie. 28.03.07, 23:48
                                        GOCHA

                                        Godziny ciągną się jak wieczność. Zdrzemnęłyśmy się z Olą wtulone w siebie na
                                        jednym szpitalnym łóżku. Nie zgasiłyśmy światła, w pokoju panował półmrok. Co
                                        chwila któraś z pielęgniarek zagląda do nas pod jakimś pretekstem. Dziwią się,
                                        że leżymy w jednym łóżku. Drugie pozostało puste z odkrytą kołdrą, jakby leżał
                                        w nim ktoś niewidzialny. Nie. A może jakby czekało na kogoś? Mariuszu, czekam
                                        na Ciebie.
                                        - Siostro. Czy naszych chłopców już przywieziono? - pytam po angielsku. -
                                        Słyszałam helikopter. - Pielęgniarka potrząsnęła przecząco głową.
                                        Zatem nadal czekanie. O Panie Boże, daj mi cierpliwości. Mariuszu, dlaczego tak
                                        mnie niepokoisz. Tymczasem Ola przysnęła wtulona w moje ramię. Mnie ogarnął
                                        jakiś dziwny lęk. Pieką mnie palce lewej dłoni. Są skaleczone i lekko
                                        odmrożone. Z trudem biorę szklankę do ręki. Palce odmawiają mi posłuszeństwa.
                                        To minie, to przejdzie natychmiast z Twoim pojawieniem się tutaj. Kiedyś
                                        wreszcie skończy się ten koszmarny sen. Od wczorajszej nocy wiem, że jesteśmy
                                        dla siebie bardzo ważni. W przeciagu tych czterech dni z przyjaźni zrodziła się
                                        bliskość, bez której teraz nie wyobrażam sobie życia. O, cierpliwości, spłyń na
                                        mnie. Dlaczego tak długo każesz na siebie czekać. Dlaczego ani Arka, ani Ciebie
                                        jeszcze tu nie ma?!
                                        W miejscu gdzie z Olą spotkałyśmy ratowników można było widzieć was obu.
                                        Siedziałeś bez ruchu, tam u góry na skale, skulony i bezradny. Helikopter i
                                        ratownicy na pewno zaraz do was dotarli. Od samego początku, od pomysłu wyparwy
                                        na ten cholerny Matterhorn miałeś rację mówiąc, że to potwornie zimna góra.
                                        Zimna, dosłownie i w przenośni. Wiem, że uparłam się na tę wyprawę, no i na
                                        wejście na szczyt. Nie powiedziałam ci jednak dlaczego. Nie miałam odwagi
                                        powiedzieć ci prawdy. Nie miałam też ochoty smutkami psuć tego, co akurat
                                        zaczęliśmy. Chciałam opowiedzieć ci wówczas, gdy zmordowani zejściem ze
                                        szczytu, zadowoleni, leżelismy w śpiworach w chatce. Chciałam się jakoś
                                        wytłumaczyć, usprawiedliwić... Tam 400 m od szczytu... Te dwa lata przyjaźni są
                                        chwilką wobec ostatnich dni. To była nie tylko wspinaczka na szczyt
                                        Matterhornu. To była nasza droga do uczucia, którego jeszcze nie potrafię
                                        opisać ani nawet sprecyzować. Właśnie pielęgniarka mierzy nam temperaturę,
                                        ponownie potrząsa głową, ma ponury wyraz twarzy.
                                        Wszystkim nam zależało na tej wyprawie. Rozumiem też ciebie, że po tym jak
                                        wszedłeś na Elbrus, który wydał ci się tak łatwo osiągalny, jak i Mt. Blanc,
                                        zdobycie tak trudnej technicznie góry było kolejnym wyzwaniem...
                                        Już szósta rano. Ktoś powiedział, że szczęśliwi czasu nie liczą. Jestem
                                        szcześliwa, bo mam ciebie, chociaż nie wiem na jak długo Ty będziesz miał mnie,
                                        nie wiem ile i co przede mną, jaka przyszłość przed nami. Każda chwila bez
                                        ciebie jest strasznie długa i ciągnie się w nieskończoność. W tę noc, tam na
                                        skale, mimo że dzieliło nas niespełna 10 metrów i tylko lina łączyła, czułam
                                        blisokość kontaktu z tobą. Teraz dzieli nas niepokój i dramatyczna troska o
                                        ciebie. Ktoś lekko zapukał do drzwi.
                                        Poraził mnie widok umundurowanych mężczyzn... Łzy napłynęły do oczu... Ola
                                        wytrącona ze snu cała drżała... Nasi chłopcy są ciągle tam... Zwiozą ich lada
                                        chwila, gdy tylko mgłę rozwieje wiatr. Nie dopuszczam do siebie najgorszego,
                                        choć jest oczywistością.
                                        Powstrzymuję łzy i przytulam Olę.



                                        ( *Schronisko Hörnli 3260 m n.p.m.
                                        *Solvay chata 4003 m n.p.m.
                                        Szczyt Mattrehorn 4477 m n.p.m.
                                        Wieś Zermatt 1620 m n.p.m. )


                                        • filomena1 Re: Opowiadanie Filomeny. Zakończenie. 29.03.07, 11:27
                                          "Twoje slowo jest lampa dla moich stop i swiatlem na mojej sciezce" (Ps.119[105])
                                          img141.imageshack.us/img141/8155/hpim1759ol1.jpg
                                          img216.imageshack.us/img216/4184/hpim1770qp5.jpg
                                          • czarny.humor Re: Opowiadanie Filomeny. Zakończenie. 30.03.07, 22:56
                                            No, no Fil!!
                                            Oczywiście nie można o tym opowiadaniu powiedziać, że jest ładne, czt piękne. To nie te kryteria!
                                            Ale mocno wciąga, porusza i jest bardzo, bardzo intrygujące.
                                            Dobrze się czyta, a konczy własnie wtedy, gdy nabierasz rozpędu i chcesz więcej i więcej.

                                            Przeczytałem z przyjemnością i nadal o nim myślę.

                                            smile))
                                            • filomena1 Re:Zakończenie. 31.03.07, 14:45
                                              Czarny. dzieki za poswięconą uwagę.
                                              Tak. opowiadanie miało na celu zmusic do zastanowienia. do pomyślenia o ryzyku, odpowiedzialności.
                                              dylematu decyzji, i wreszcie ratownictwa. Czy można było chłopcow uratowac? dlaaczego zwlekano?
                                              Moralny problem ryzyka ratownikow.
                                              Czy musza oni. maja obowiazek podjac to samo ryzyko , ktore podjeli wspinacze? np. w ich ocenie w
                                              ramach granicy ryzyka. a w ocenie ratownikow juz poza?
                                              Gdzie jest granica ryzyka i odpowiedzialnosci. wlasnej i za kogos. za siebie kolego i ... w efekcie
                                              ratownikow....??
                                              Masz racje. C-H, ze jest niedosyt i az prosi sie o druga czesc,
                                              Moze dopisze. nie wiem,,, hihihi,czekam na natchnienie. :°)))
                                              • czarny.humor Re:Zakończenie. 31.03.07, 15:49
                                                To ja dziękuję za bardzo interesujące opowiadanie. smile))

                                                Mnie się to niedopowiedzenie podoba. Pewnie zastanawiasz się nad dopisaniem odczuc i rozterek ludzi w schronisku!?
                                                Ale, czy ja wiem? Może lepiej tę kwestię zostawic na inne opowiadanie? Tu ten pozorny brak zakonczenia zostawia naprawdę ogrom miejsca na własne przemyślenia. Te aspekty, o których mówisz narzucają sie same, ale jeszcze jest ta miłość, jest przyjaźn... I w dodatku czytelnik zostaje w niepewności, ale jednak może mieć jeszcze nadzieję, że wszystko skończyło się dobrze, bo jednak chłopcy opowiadają o sobie. Jak dopiszesz schronisko, to pewnie nie uda się zachować tej dającej do myślenia, dręczącej niepewności.

                                                Chce się jeszcze i jeszcze, ale jednak ... dla mnie, jest to utwór kapitalnie skończony.


                                                smile))
                                                • graga211 Re:Zakończenie. 31.03.07, 19:16
                                                  Popieram Czarnego. Czytelnikowi trzeba dac troche wsobody na wlasne
                                                  dopowiedzenia, bo dobra rzecz to taka, ktora pobudza do myslenia, w ktorej
                                                  ciagle cos nowego znajdujemy.
                                                  To jak z obrazem - zbyt dokladne szczegoly robia z niego kicz.
                                                  To jak z pokarmem - dokladnie rozdrobniona papka nie smakuje....
                                                  • e-baba Re:Zakończenie. 01.04.07, 00:33
                                                    Filomeno, poczytałam, gratuluję druku tekstu.
                                                    Nie wypowiadam się w kwestii jego oceny, której oczekujesz, bo staram sie nie
                                                    zabierać glosu w kwestiach na których się nie znam, choć uważam, iż pasjonaci
                                                    takich ekstremalnych sportów, uprawianych grupowo (wspólna lina musi wywoływać
                                                    odpowiedzialność za innych) są nie tylko w swych działaniach, ale i w sposobie
                                                    myślenia bardziej dojrzali. Dodam tylko, że moim zdaniem, dobrze, że ten tekst
                                                    ma takie a nie inne zakończenie - niedopowiedzenia zostawiają miejsce dla
                                                    wyobraźni.
                                                  • filomena1 Re:Zakończenie. 01.04.07, 12:22
                                                    e-baba napisała:


                                                    > Nie wypowiadam się w kwestii jego oceny, której oczekujesz,


                                                    E Babo, pisalam juz tutaj , bodaj kilka razy, ze nie o ocene mi idzie. Nie
                                                    poslalam opowiadania na konkurs, i nie traktuje Was jako jurorow.

                                                    Owszem , oczekiwalam dyskusji nad postaciami oraz nad problemami , ktore
                                                    poruszylam. Wydawalo mi sie, ale jak widze tylko wydawalo, ze poruszam caly
                                                    ogorm problemow etycznych, moralnych, kolezenskich, i milosnych.
                                                    Wydawalo mi sie , ze postawilam conajmniej dwadziescia znakow zapytania?
                                                    Owszem, E babo, oczekiwalam , ze te pytania padna, ze pogadamy o problemie, a
                                                    nie o ocenie opowiadania. Nie bedzie ze mnie zaden Hemingwey, wiec oceny
                                                    mozemy zapomniec.

                                                    Czarny H, tak, zakonczenie takie mialo byc, musialo byc takie. Przyznam sie,
                                                    ze nie myslalam o czesci dalszej tak ja Ty podejrzewasz.
                                                    MOja druga czesc, to ...... to problem ratownictwa. Ratowanie zycia stawijac
                                                    jako cene inne zycie.
                                                    Problem odpowiedzialnosci za siebie, kolegow , rodzicow (rodzine) i
                                                    ratownikow. Problem ryzykanctwa, lekkomyslnosci, arogancji wobec ostrzezen i
                                                    upomnien. Brak pokory wobec ludzi i przyrody.

                                                    Dziekuje serdecznie za wasza uwage i czas poswiecony.
                                                    Pozdrawiam
                                                    Fil.1


                                                  • e-baba Re:Zakończenie. 01.04.07, 13:20
                                                    filomena1 napisała:
                                                    > Nie bedzie ze mnie zaden Hemingwey, wiec oceny mozemy zapomniec.

                                                    Filomeno, byc może źle zroumialam twoje intencje, myślałam, że oczekujesz
                                                    wypowiedzi na temat tekstu.
                                                    A odnośnie Twoich oczekiwań nad postaciami i problemami, ktore poruszyłas w
                                                    tekście - uważam, że opisane przez Ciebie postacie wykazały się wielkim brakiem
                                                    nieodpowiedzialności. Niestety, problematyka zwiazana z alpinizmem jest mi
                                                    zupełnie obca, ale sądzę, iż ja - jako zupełny laik - zachowałabym się przy
                                                    schodzeniu bardziej odpowiedzialnie. Dla mnie podjęte przez Twoich bohaterów
                                                    decyzje były błędne. W sumie przeciez pozostawili Mariusza samego sobie (a ktos
                                                    powinien przy nim być, by nie pozwolić mu zasnać i zamarznąć), nie zadbali, aby
                                                    w każdym ich telefonie znajdował się numer schroniska itp. Cała ta wyprawa, jak
                                                    odczytuję twój tekst - to arogancja wobec sił przyrody.
                                                    A problem ratownictwa... Ciekawi mnie, jak ujmiesz ten temat i jakie masz w tej
                                                    kwestii zdanie. Dla mnie ratownicy górscy to wspaniali ludzie, dla ktorych nie
                                                    mam wprost słów uznania. I może dlatego tak mnie zdenerwowała postawa tych
                                                    mlodych ludzi, ktorzy podejmują błędne decyzje a poźniej oczekują na ratunek ze
                                                    strony ratowników. Dla mnie oczekiwanie, iż dla spełnienia ambicji jednych
                                                    (zdobyć kolejną górę) mają ryzykować swoje zdrowie i zycie ratownicy - jest po
                                                    prostu niezrozumiałe. Owszem, kiedy np. zejdzie lawina - obowiązkiem ratowników
                                                    jest udzielanie wszelkiej pomocy. Ale dlaczego mają oni płacić za czyjąś
                                                    bezmyslność?
                                                    Naprawdę, gorąco podziwiam zaangażowanie tych wspaniałych ludzi - więc ciekawi
                                                    mnie, jak Ty ujmiesz ten temat.
                                                    Pozdrówka.
                                                  • filomena1 Re:Zakończenie. 02.04.07, 19:07
                                                    E -Babo, dziekuje wypowiedz. Tak, masz racje, Ci mlodzi ludzie byli aroganccy wobec przyrody, wobec
                                                    gor. Nie wiedzieli co to pokora. A moze wiedzieli, tylko zlekcewazyli?
                                                    Ratownicy maja ciezkie zadanie, musze podjac decyzje , czy ida w takie samo ryzyko jak osoby
                                                    wolajace o ratunek ? czy czekaja az ryzyko minie? Bywa, ze mlodzi ludzie, wolaja o pomoc, ale gdy po
                                                    chwili odwoluja prosbe i chca ambitnie sami sobie dac rade, Czasem kosztuje taka ambicja wiecej niz
                                                    wezwanie pomocy.
                                                    Owszem, nie chcialabym pisac czegos banalnego. Zbeletryzowac tego tez nie moge, gdyz to juz musi
                                                    byc dokument,
                                                    Jeszcze raz dziekuje wszystkim za czas i wypowiedzi, Naprawde jestem Wam wszystkim bardzo
                                                    wdzieczna.
                                                    Zycze Wesolych Swiat Wiosennych i Przezyc z okazji Wielkiej Nocy,

                                                    Z alpejskimi pozdrowieniami

                                                    Filomena Pierwsza
                                                  • tofika Re:najnowsze wiesci....:) 12.10.07, 21:42

                                                  • tofika Re:najnowsze wiesci....:) 12.10.07, 21:48
                                                    Szklana piramida na Klein Matterhorn - szczyt marzeń czy głupoty?
                                                    Kate Connolly

                                                    wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80281,4562454.html
                                                    ta wiadomosc niestety niepokoi mnie,
                                                    pamietam jak zachowywac w gorach..
                                                    gdy szlysmy zdobyc Giewont, pamietam jak cichutko trzeba
                                                    zachowywac w gorch,
                                                    a teraz ta wiadomosc?
                                                    natomiast na mont ewerest odbedzie sie na wysokosci 5000 mnpm
                                                    koncert chareytatywny -szczytny cel.. ale gory nie lubia
                                                    gdy im zakloca ktos ich tajemnicza cisze..skutki moga byc sad

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka