Proszę doradźcie...
Nie rozwiedliśmy się, ale mieszkam sama z synem od półtorej roku.
On na żadnym etapie, po moim odejściu, nie zgadzał się na moje decyzje.
Pewnego pięknego dnia złożyłam pozew o alimenty, bo płacił jak chciał.
W wielkim skrócie: mamy 10-letniego syna, na którego zasądzono mu 350 zł, on w odwecie zagroził mi oblaniem twarzy kwasem (nawet opisał, że akumulatorowym). Poszłam z tym na Policję. Oczywiście kolejne umorzenie, bo miał już sprawę za znęcanie psychiczne.
Potrafi chodzić krok w krok za mną, ja do autobusu, on do autobusu, ja wysiadam, on wysiada, pisałam o tym kiedyś

To samo zrobił wczoraj, jak komornik wszedł mu na konto. Bez informowania mnie, odebrał syna ze szkoły i pod pretekstem oddania go, spotkaliśmy się. Znowu głupie gadki: czemu mu to robię, że nie ma pracy i narazie nie ma z czego płacić (rzeczywiscie stracił, ale kto by się nade mną ulitował gdybym straciła?). Potem nastąpiła seria dziwnych tekstów typu, że lecę jak ćma do ognia, że sama tego chciałam....
Wstałam i odeszłam z synem, dogonił nas i cicho powiedział do ucha żebym się rozglądała na ulicy, bo on ma teraz dużo czasu.
Wiecie, pomyślałam, że to zły człowiek... napewno psychopatyczny. Ma za sobą 20 lat czynnej narkomanii, teraz wiem jak ten nałóg niszczy człowieka. Po wyjściu z niego, uzależnia się na amen od czegoś innego. W tym wypadku byłam to ja, mści się okrutnie i wiem napewno, że codziennie przeklina mnie.
Czy ja jestem świnia chcąc od niego pieniędzy w sytuacji, gdy stracił pracę?
Jak się uchronić przed jego nieobliczalnymi zachowaniami, bo nie ukrywam, że nieraz się go boję...