kocia.kolyska
06.11.09, 09:21
Witam wszystkich. Postanowiłam tu napisać, bo jak większość tutaj stanęłam po
X latach w małżeństwie w punkcie, w którym ... potrzebuję wsparcia.
Sytuacja jest następująca. Naście lat w związku, jedno dziecko, które urodziło
się chore i wymagało stałej opieki. Teraz jego stan jest na tyle dobry, że
uczy się w szkole i nareszcie mogę wrócić do pracy, której intensywnie teraz
szukam, ale pewnie zdajecie sobie sprawę jak to idzie przy paroletniej dziurze
w CV i to z takiego powodu. Zrezygnowałam z pracy by się nim opiekować, ciężka
decyzja, ale nie żałuję, jest moim największym darem.
Mąż zawsze sabotował moje próby powrotu do pracy. To idiotycznie brzmi, ale
naprawdę tak było - wymyślał masę przeszkód. A ja się godziłam w końcu, bo już
nie miałam siły o siebie walczyć.
Jednocześnie na każdym kroku okazywał mi, że za mało dbam o dom, nie
uczestniczył w opiece na dzieckiem, nigdy go nie przewinął, nie umie uczesać
włosów, nie chciało mu się nigdy zapamiętać, czego mu nie wolno jeść. On się
tylko z nim świetnie bawi. Nawet kiedy ma podjąć jakąś decyzję dotyczącą
dziecka woli zwalać odpowiedzialność na nie.
Ja się w tym kieracie pamiętania o wszystkim zagubiłam, zapomniałam kim
jestem, że też jestem.
Lata mijały, rok temu już zaproponowałam terapię małżeńską. On na niej nie
pracował, jak zwykle. Po pół roku zrezygnował.
Prosiłam go o rozwód - to mnie tylko za to poniża, szantażuje, grozi, że mnie
zniszczy i oskarża, że ja chcę go zniszczyć na zmianę. I co dla mnie najgorsze
- pogrywa dzieckiem, przy nim urządza swoje szczeniackie demonstracje i ataki
słowne na mnie. Ja psychicznie nie wytrzymuję. Zrobiłam się wrakiem człowieka
i tylko dziecko powoduje, że potrafię zacisnąć zęby i nie dać się sprowokować.
Na ten moment nie mam pracy, nie mam dochodów, nie mam w nikim wsparcia, mam
tylko przeogromną wolę zakończenia tego koszmaru, bo teraz już wiem, że tak
dłużej żyć nie mogę. Ale nie mam jak udowodnić w sądzie oddzielnych półek w
lodówce, tego, ze mu nie piorę, że nie śpię z nim od dawna, bo nikomu się nie
skarżyłam. Na zewnątrz przecież mam "takiego dobrego męża" - nie pije, nie
bije, nie zdradza (a przecież tego nie wie nikt). Czuję się jak w matni. I
ogromnie boję, jak ja mam przeprowadzić to wszystko, żeby ochronić dziecko
przed jego niskimi rozgrywkami? Proszę, poradźcie mi. Jestem naprawdę
zdecydowana odejść, tylko czy jakikolwiek sąd da mi rozwód w takiej sytuacji?