antiabscessus
10.10.10, 09:40
Jestem na początku nowej i nieznanej drogi. Nie chcę nią iść, ale chyba nie mam innego wyjścia. Żona zakochała się w koledze z pracy. Może nie od razu, ale jak to bywa powstanie nowych relacji niszczy te stare... Jakiś czas temu połapałem się co się święci... najpierw rozmowy, wypieranie się wszystkiego, ale to i tak było klasyczne zauroczenie, którego symptomy podręcznikowo się sprawdzały.
Po dotarciu do dowodów nadciągającego niebezpieczeństwa wypieranie było bezsensowne i pojawiło się zapewnianie o niezmiennych priorytetów i wartości w życiu.
Niestety, słowa słowami a pewne sprawy między innymi się nakręcały.
Ostatnio powiedziała pewnie, zdecydowanie, że chce rozwodu (nie rozstania). Ale ...
dalej wypiera się chęci związania z nim. Tylko tyle, że parę spraw ujrzało światło dzienne ... ich chęć rozwodów zbiegła się w czasie. Poza tym ... choć jest to może być subiektywna ocena ... facet miał już romans parę lat temu, ten obecny przelał czarę goryczy żony ... ma poważne problemy alkoholowe ... jest... eeee, jest jaki jest i tak w chwili obecnej nie ma to znaczenia, to może mieć jakiś znaczenie, jak skończy się zauroczenie, a zacznie proza życia i problemy.
Moja (jeszcze żona) chciałaby rozwodu bez orzekania winy, korzystnych dla siebie rozwiązań finansowych (nowe, wymarzone i pieczołowicie wykończone mieszkanie, choć kupione na kredyt), no i oczywiście to co dla mnie jest ważne i najboleśniejsze ... by nasze dziecko zostało z nią.
On chyba nie walczy o swoje dziecko, bo i tak by nic nie wygrał ze swoją żoną.
Proszę o praktyczne wskazówki. Nie oczekuję pocieszania, głaskania po głowie ... mój ból i sam muszę sobie z tym poradzić. I proszę o nietrolowanie czy wbijanie szpil ... masochistą nie jestem