Dodaj do ulubionych

Mamusiu...

08.07.09, 19:27
Jestem jak dzisiejszy dzień, we łzach...
wystarczy że spotkam kogoś z Twoich znajomych (miałaś ich tak wielu)
i oni mówią: nie możemy uwierzyć... są tacy którzy dopiero teraz
dowiedzieli się o Twojej śmierci. Mówią: przecież jeszcze niedawno
widzieliśmy ją... Kwitła... To prawda... Co za perfidia losu...
Wydawało się że takich jak Ty śmierć nie dogoni tak szybko... Mamo..
Dom jest tak pusty bez Ciebie... Dziś byłam w Waszym mieszkaniu i
wyłam, wbrew nadziei błagałam o jakiś cud... wiem że to
niemożliwe... ciężko mi... Faceci przeżywaja to inaczej, bardziej do
wewnątrz: tata, brat, mąż... siedzimy i milczymy... godzimy się z
faktami... nie ja nie potrafię się pogodzić... bierność i rezygnacja
nie leży w mojej naturze. Tak jak nie leżała w Twojej. Do tej
fatalnej choroby...Póki byłaś w szpitalu drżeliśmy o twoje zdrowie i
życie ale można było coś robić, chodzić dowiadywać się, szukać
ratunku. 3 tygodnie temu byłam u Ciebie w szpitalu i myślałam że to
straszne widzieć Cię w takim stanie... a teraz wiem że to jeszcze
było szczęście... jeszcze była nadzieja... Codziennie przed snem
mówię Maluchowi o Tobie, nic jeszcze nie rozumie, ale chcę byś była
w jej życiu obecna tak jak do tej pory tylko inaczej... Patrzę na
Twoje zdjęcie.. Kochana Moja ile bym dała żeby się do Ciebie
przytulić... Mamusiu... Oddałabym duszę diabłu żeby Cię uratować...
ale widać nie był zainteresowany
Obserwuj wątek
    • 198-3mk Re: Mamusiu... 08.07.09, 19:50
      Kochanie-wiem jak bardzo cierpisz...Ale na śmierc nigdy nie jestesmy
      w stanie sie przygotować. Ona zawsze przyjdzie nie w pore...Annubis-
      śmierć nie istnieje... Musiałyście sie tylko rozstac na jakiś czas..
      A nadejdzie kiedys taki czas,kiedy znowu się spotkacie...W tym
      lepszym świecie... Bądz pewna że Twoja mama właśnie tam się
      dostała...Opowiadaj maluchowi o jego babci,bo ona czuwa nad Wami z
      góry. Jest Waszym osobistym aniołem. Przekonasz sie o tym. Nasi
      zmarli czesto daja nam znać, że opiekuja się nami.Ja tez mam swojego
      anioła-miałby teraz 26-lat... Zmarł 4-lata temu, w wieku 22-lat...
      Pozdrawiam cieplutko i przytulam do mojego serduszka:)
    • blacknoir Re: Mamusiu... 18.07.09, 20:19
      Annubis74..
      Czytając Twojego posta miałam wrażenie, że te słowa napisałam ja sama....
      Moja Ukochana Mamusia odeszła tak nagle 10 miesięcy temu, a ja czuję tak jakby
      to było wczoraj.
      Uczę się z tym żyć, uczę się od nowa co to jest śmiech i wierz mi-ta nauka
      przynosi efekty, chociaż moje przemyślenia odnośnie życia i otaczającego nas
      świata od chwili tej tragedii zmieniły się diametralnie
      Śmierć jest końcem istnienia człowieka, a jego życie kwestią przypadku.To ze coś
      nas spotyka, a coś nam umyka to tylko wynik takiego, a nie innego zbiegu
      okoliczności. Nasz mózg jest tworem idealnym i gdybyśmy potrafili wykorzystać
      wszystkie jego możliwości nie byłoby tego forum, bo nie byłoby wątpliwości..Ja
      wierze w potęgę umysłu i w to, ze każdy człowiek w inny sposób wykorzystuje jego
      zasoby(podobnie, ale nie tak samo). Wiara jest potrzebna człowiekowi do tego,
      żeby próbować ogarnąć rozumem, to co na razie jest dla nas nieosiągalne.
      Moja Mamusia odeszła nagle, a dla mnie świat stanął w miejscu...nie potrafię się
      odnaleźć, nie potrafię zrozumieć, nie zdaję pytań dlaczego-bo wiem, ze nie
      znajdę odpowiedzi..jest mi tylko tak bardzo bardzo smutno...Mozg broni się przed
      zakodowaniem traumatycznych przeżyć na różne sposoby-właśnie miedzy innymi
      tworząc wizję życia po życiu..jest nam wtedy łatwiej, lżej, bezpieczniej..
      Ja co wieczór romawiam z moją Mamą, a raczej prowadzę monolog, ale mój
      racjonalny umysł stopuje moje zapędy co do wiary w to, że dostanę jakąś
      odpowiedz lub znak. Myślę, że tylko te osoby dostaja potwierdzenie, które w to
      wierzą-a to nasz mózg wysyła sygnał dla uspokojenia rozkołatanego serca
      .Chciałabym bardzo żeby nasze istnienie miało jakiś sens, żeby to, co tak ładnie
      nazywamy duszą żyło wiecznie..i tak pewnie jest, bo ci którzy odeszli żyją nadal
      w naszych myślach, w naszych słowach-to jest ta nieśmiertelność.
      Ja też wiem, ze moja Mamunia mi pomaga, bo kiedy o Niej myślę świat staje się
      piękniejszy, choćby na tą jedną malutką chwile.
      Moja Mama była najbliższą mi na świecie osobą, była motorem całego dobra które
      się w moim życiu zdarzało, była ze mną zawsze...od kiedy jestem ja była tez
      Ona...myślałam, że będzie żyła wiecznie, że jest, to oczywistość...nigdy nie
      chorowała...Nie wiem co jest lepsze-czy kiedy ktoś choruje i śmierć jest
      wybawieniem, czy kiedy odchodzi nagle i dla wszystkich jest to szokiem...Nie
      pożegnałam się z Nią, nie miałam okazji powiedzieć Jej tego, co chcę powiedzieć
      teraz, nie dałam odczuć jak bardzo Ją kocham...
      jestem zagubiona w swoich myślach, jestem pogrążona w rozpaczy, ale wiem, że
      moja Mama dopóki będę ja, będzie Nieśmiertelna
      Czas nie leczy ran....on daje nam możliwość nauki nowego życia...na pewno nie
      takiego samego jak wcześniej, ale to nie znaczy, że to życie nie może być radosne.
      Chociaż nie jestem osobą zbyt wierzącą ten wiersz pomaga mi w złych
      chwilach..jest takim moim Dobrym Duchem

      Modlitwa o wschodzie słońca

      Każdy Twój wyrok przyjmę twardy
      Przed mocą Twoją się ukorzę.
      Ale chroń mnie Panie od pogardy
      Od nienawiści strzeż mnie Boże.

      Wszak Tyś jest niezmierzone dobro
      Którego nie wyrażą słowa.
      Więc mnie od nienawiści obroń
      I od pogardy mnie zachowaj.

      Co postanowisz, niech się ziści.
      Niechaj się wola Twoja stanie,
      Ale zbaw mnie od nienawiści
      Ocal mnie od pogardy, Panie
      • annubis74 Re: Mamusiu... 20.07.09, 11:33
        blacknoir dziękuję że napisałaś
        też wierzę w to, że moja mama będzie żyła w pamięci, we
        wspomnieniach, w nas i w naszych dzieciach, tak długo jak będziemy
        ją wspominali
        ja mówiłam mojej Mamie często, ze ją kocham, spędzałyśmy wiele czasu
        rozmawiając, bardzo lubiłam ten czas spędzony wspólnie i miałam
        nadzieję że zrobimy jeszcze wspólnie tak wiele rzeczy...
        była przez tydzień w szpitalu a jednak mimo że codziennie ją
        odwiedzałam to nie byłam przygotowana na pożegnania, myśleliśmy że
        wszystko będzie dobrze... że Mama wyzdrowieje
    • anima Re: Mamusiu... 22.07.09, 22:21
      Nigdy nie jestesmy na to gotowi. Nigdy nie bylibysmy. Zawsze bedzie zbyt
      wczesnie, zbyt nagle.
      Moja Mama odeszla tydzien temu.
      Wciaz nie moge w to uwierzyc.
      Ciagle mam nadzieje, ze zadzwoni telefon i ktos powie, ze to koniec tego
      koszmarnego filmu.
      Ale z drugiej strony, dziekuje Bogu, ze moglam ostatnie miesiace jej zycia z
      choroba spedzic tak blisko niej, rozmawiac z nia niemal codziennie, przekomarzac
      sie, przytulac. Kiedy tylko moglam, mowilam jej jak bardzo ja kocham. Jakbym
      przeczuwala, ze smierc przyjdzie wkrotce. Wciaz mam miliony pytan w glowie,
      ktorych jej nie zadalam, setki slow i wyznan, ktore chcialabym jej powiedziec. A
      przede wszystkim przytulic sie do niej i uslyszec, ze wszystko bedzie dobrze.
      Nie mam juz tez zalu do Boga, zdecydowalam sie mu zaufac - ze tak mialo byc, ze
      jej nagle odejscie oszczedzilo jej miesiecy cierpienia i bolu. Ze odeszla, nie
      bedac w pelni tego swiadoma.

      Zawsze bedzie za wczesnie. Zawsze bedzie zbyt nagle.

      Trzymajcie sie.
      • annubis74 Minął miesiąc 26.07.09, 11:39
        i z każdym dniem jest coraz gorzej...
        kiedy się rano budzę wszystko jest zamglone, nieostre a później cały
        ten koszmar związany z pobytem Mamy w szpitalu i z Jej śmiercią
        wraca... Staram się zmęczyć ponad siły - opieka nad małym dzieckiem
        + tyle zleceń ile się da aby zająć czymś mózg. Póki Mała szaleje
        jakoś się trzymam... kiedy pracuję muszę się skupić.... Kiedy
        wykonuję najprostsze czynności domowe przy których "mózg odpoczywa"
        płaczę non stop - przy zmywaniu garów, gotowaniu zupy, praniu.
        Myślę: "jakie to żcie głupie, po co to, po co mam wstawać, jeść,
        chodzić na zakupy..." a muszę to robić... Codziennie chodzę na
        cmentarz i tam płaczę przy grobie... nienawidzę ludzi, którzy się
        gapią, niektórzy z pewnej odległości, niektórzy podchodzą bliżej by
        zajrzeć w oczy taksujac skalę rozpaczy... Codziennie od nowa i
        boleśnie uświadamiam sobie to wszystko co straciłam ja i moja
        rodzina...
        jedynym sensem życiaq jest moja córka... mój mąż jest kochanym
        człowiekiem ale on by sobie poradził beze mnie... Maleńka nie...
        więc muszę żyć dla niej... chyba tylko dla niej, bo inne rzeczy
        straciły znaczenie
        • annubis74 Re: Minął miesiąc 05.08.09, 20:06
          Mamusiu...
          Kiedy widzę na ulicy kobietę podobną do Ciebie z wzrostu, figury, w
          podobnej bluzce, mam ochotę podbiec i się do niej przytulić
          Jadąc autobusem wypatruję Cię, może wracasz do domu?
          Straszne jest znaczenie słowa NIGDY... Mam czasem takie głupie
          wrażenie, że może wyszłaś, wyjechałaś na chwilę ale zaraz zadzwonisz
          albo wpadniesz... Stoję czasem nad grobem i proszę "mamo obudź się"
          Zupełnie nie "zdałam egzaminu" z przeżywania żałoby...
          Nakrzyczałabyś na mnie, że się zaniedbałam, że się nie maluję,
          ubieram w byle co, że powinnam iść do fryzjera, ale jest mi to
          obojętne... Kocham Cię Mamo jak stąd do ksieżyca i z powrotem
        • amberka2 Re: Minął miesiąc 07.09.09, 15:57
          Jestem dokladnie w takiej samej sytuacji.

          Chodze z moja coreczka na rozne kursy dla mam z dziecmi, biore mase
          zlecen, aby przestac myslec o mamie.
          Wiem, ze bez niej nic nie jest juz takie same. Nie bedzie jej na
          pierwszych urodzinach jedynej wnusi, nigdy nie wezmie jej na rece
          ani nie bedzie sie z nia bawic. Nie moge prosic mamy o rade i
          dzielic sie z nia szczesciem jakie daje mi dziecko.

          Moj maz jest rowniez wspanialym czlowiekiem i tak jak Twoj
          poradzilby sobie beze mnie, ale moj maluszek potrzebuje mnie i
          chcialabym byc dla niej taka jak moja ukochana mamusia byla dla mnie:
          zawsze pelna milosci, wsparcia i dobroci. Zawsze bylam dla niej
          najwazniejsza. Nawet jak juz ciezko chrowala to nadal najwazniejsza
          bylam ja i moja ciaza.

          Czasem jak czytam o jakims pedofilu czy innym przestepcy zaczynam
          krzyczec: komu do cholery jasnej przeszkadzala obecnosc mojej mamusi
          na tym swiecie, skoro tacy bancyci nadal ciesza sie zyciem, a mama
          byla chodzacym aniolem: zawsze dobra, pomagajaca innym, dokarmiajaca
          bezdomne koty. Wiem, ze nie ma na to pytanie odpowedzi.
          Mama tak bardzo cieszyla sie , ze wreszcie zostanie babcia. To
          bylo jej marzenie. Nacieszyla sie wnusia 6 tygodni i odeszla. To tak
          bardzo boli.
          Czasme mysle sobie, ze kiedys serce mi peknie z rozpaczy i tesknoty
          za nia.
          • annubis74 U mnie już 2,5 miesiąca 07.09.09, 18:45
            bardzo się cieszę, że napisałaś...
            sama podbijam ten wątek, bo to taka forma pamięci o Mamie
            mam poczucie że świat za chwilę o niej zapomni, wszyscy wrócą do
            dawnych zajęć, nauczymy się żyć bez niej, choć narazie wydaje mi się
            to niemozliwe.
            Moja Mama zmarła na kilka tygodni przed pierwszymi urodzinami mojej
            córeczki, ten dzień na który tak czekałyśmy, cieszyłyśmy się był dla
            mnie horrorem, to miejsce przy stole ziejace pustką. Moja Mama była
            zdrową, silna, pełną energii osobą, nikt z nas nie był na jej śmierć
            przygotowany. Pewnie podobnie jak dla Ciebie, Mama była dla mnie
            przyjaciółką, to jej mogłam się wypłąkać kiedy było mi źle, to z nią
            mogłąm cieszyć radości, to do niej mogłam zadzwonić po radę jako
            mama debiutantka. Tak wiem ktoś moze mi tu wytknąć że powinnam
            cieszyć się z tego że moja Mama została babcią, że przez prawie rok
            cieszyła się wnuczką, że miała udane życie kochajacego męża i
            dzieci, które nie przyparzały jej większych trosk. Tak wiem to
            bardzo wiele. Ale ja nie mogę przestać opłakiwać tego czego nie
            zdążyłyśmy zrobic razem
            Ciepło pozdrawiam
            • amberka2 Re: U mnie już 2,5 miesiąca 18.09.09, 13:49
              witaj

              Wydaje mi sie, ze tej ogromnej pustki po stracie mamy nikt tak
              naprawde nie jest zrozumiec. To trzeba samemu przyzyc. Ja nie mam
              rodzenstwa, tata zmarl juz kilkanascie lat temu i tak naprawde
              zostalam sama z tym bolem.
              Mam mala coreczke, ale ona jeszcze nic nie rozumie. Maz jak to maz.
              Jest dla mnie wsparciem, ale rowniez nie jest w stanie w pelni pojac
              mojej rozpaczy. Na zewnatrz jestem usmiechnieta i robie dobra mine
              do zlej gry. Wszyscy mnie podziwiaja, ze jestem taka dzielna.
              A we mnie wszystko placze z tesknoty za mama. Mysle o niej
              codziennie. Czsem mysle, ze oszaleje, tak bardzo mi jej brakuje. Tak
              bardzo chcialabym jej opowiedziec o malutkiej. Podzielic sie z nia
              radosciami dnia codziennego, ale jej numeru telefonu juz nie ma.

              Moja mama byla rowniez osoba pelna energii, tryskajaca zdrowiem i
              bardzo dbajaca o siebie. Jej choroba spadla na mnie jak grom z
              janego nieba. Do dzsiaj nie moge uwierzyc w to co sie stalo. Czasem
              mysle, ze to zyl sen, ksozmar , ktory sie skonczy.
              Mialysmy tyle planow, tak bardzo chciala rozpieszczas swoja malutka
              wnusie. Niestety nie dane jej bylo nacieszyc sie malenstwem.

              Pozdrawiam i trzymaj sie mocno.
              • czerwony_pantofelek Re: U mnie już 2,5 miesiąca 18.09.09, 14:25
                Rozumiem... Oczywiscie ze maz sie stara, ale nie jest w stanie pojac
                ogromu tej tesknoty. Tracac matke, ojca, chocby byli juz
                staruszkami, chocbysmy juz sami byli w zaawansowanym wieku, zawsze
                poczujemy sie jak sieroty. Nie ma milosci doskonalszej od tej, jaka
                matka kocha wlasne dziecko. To zawsze jest constans, oczywiscie z
                wyjatkiem jakichs patologii. Moj tato jest naprawde fantastycznym
                czlowiekiem, ale nigdy nie bedzie w stanie tak okazac nam milosci,
                zainteresowania, bezwarunkowego, bezinteresownego uczucia. O jego
                wzgledy zawsze tak naprawde nalezalo zabiegac. Natomiast Mama
                kochala tak po prostu. Miloscia wielka, madra, dojrzala. Nie
                wstydzila sie mowic o tej milosci, chwalic, brac na kolana choc na
                chwile, a przeciez ja skonczylam juz trzydziestke, siostra prawie 10
                lat wiecej, nauczyla mnie tego... Sama czesto mowilam jak ja kocham.
                nie tylko wtedy, gdy umierala.
                Teraz nadszedl czas zdac ten egzamin. Wreszcie dorosnac, byc
                zrownowazona, odpowiedzialna matka dla wlasnego dziecka. Wlasnie
                teraz z glebokim echem docieraja do mnie rozne wspomienia z
                przeszlosci... jak dzielnie radzila sobie z przeciwnosciami losu ta
                malutka kobieta, moja Ukochana Mama. Zawsze przy tym wydawalo mi
                sie, ze to tato trzyma w rekach caly ster. Moze i trzymal... ale
                odpowiednio kierowany przez Mame. Chcialabym byc taka jak ona. jest
                dla mnie wielkim wzorem. W tych trudnych chwilach mam przy sobie
                wielu zyczliwych ludzi. To prawda, nie zrozumie ten, kto tego nie
                przeszedl. Ale dla mnie podstawowa sprawa to byli ludzie, moi
                przyjaciele, do ktorych moglam zadzwonic w srodku nocy nawet, moja
                kochana ciocia, rodzina, koledzy z pracy, otrzymalam bardzo duzo
                wsparcia, bez ktorego nie dalabym sobie rady. Nie wiem, czy
                kiedykolwiek bede potrafila wyrazic wdziecznosc. Z siostra, albo
                tata nie bardzo moge rozmawiac. Natychmiast pojawiaja sie lzy,
                rozpacz ktorej nie da sie zdusic zadnym farmaceutykiem, nie
                przynoszaca ukojenia, poprawy.
                Na koniec... Moja ciocia wyslala do mnie pewien wiersz, autora nie
                znam... Oto cytat....
                Śmierć....
                nie jest końcem wszystkiego...
                Przeszłam...
                tylko...
                do sąsiedniego pokoju....
                Nadal jestem sobą...
                I dla siebie jesteśmy tym samym...
                czym byliśmy przedtem...
                Zatem...
                nazywaj mnie wciąż moim imieniem...
                mów do mnie jak zawsze...
                Nie zmieniaj tonu głosu...
                nie rób poważnej i smutnej miny..
                śmiej się,
                tak jak dawniej robiliśmy to razem...
                Uśmiechaj się....
                myśl o mnie, módl się za mnie...
                Niech moje imię będzie wciąż wymawiane...
                ale tak....
                jak było zawsze- zwyczajnie...
                bez oznak zmieszania....
                Życie... przecież oznacza to samo... co przedtem...
                jest tym samym....
                czym zawsze było...
                Żadna nić nie została przerwana...
                Dlaczego więc miałabym być nieobecna w Twoich myślach(?)..
                tylko dlatego....że...
                że nie możesz mnie zobaczyć?
                Czekam na Ciebie bardzo blisko...
                Tuż...tuż...
                Po drugiej stronie drogi.


                Dziewczyny, jestem z Wami.
                • amberka2 Re: U mnie już 2,5 miesiąca 19.09.09, 11:58
                  "Teraz nadszedl czas zdac ten egzamin. Wreszcie dorosnac, byc
                  zrownowazona, odpowiedzialna matka dla wlasnego dziecka. Wlasnie
                  teraz z glebokim echem docieraja do mnie rozne wspomienia z
                  przeszlosci... jak dzielnie radzila sobie z przeciwnosciami losu ta
                  malutka kobieta, moja Ukochana Mama"

                  Jak pieknie napisane i znowu czuje dokladnie to samo co Ty. Moja
                  kochana mama, malutka kobietka, a taka dzielna i silna. Gdy miala 17
                  lat zginal w wypadku jej ojciec, 19 lat temu zmarl jej ukochany
                  brat, a 14 lat moj tata z kotrym byli bardzo szczesliwym malzenstwem.
                  Mama mimo wszystko pozostala wspaniala i dzielna kobieta, niosaca
                  pomoc potrzebujacym. Dziekuje Bogu, ze mialam takich wspanialych
                  rodzicow. To daje mi sile na dlasze zycie juz bez nich.

                • annubis74 Re: U mnie już 2,5 miesiąca 20.09.09, 20:14
                  mój mąż jest kochany, wspierający, ale on tak naprawdę chciałby by
                  mój ból jak najprędzej minął. Poza tym, jak powiedziała mi moja
                  przyjaciółka-psycholog, "śmierć nawet najbardziej lubianej teściowej
                  to nie to samo co śmierc matki". Mąż płakał razem ze mą, był przy
                  mnie w tych najcięższych chwilach nie odstępował mnie na krok, bez
                  niego rozsypałabym się w pył. Wiem jednak ze on nie musiał z tego
                  powodu przewartościować swojego życia, ja tak.
                  czerwony_pantofelku, tak jak napisąłaś, dla mnie myśl, zeby skupić
                  sę na dziecku, wychować je, otoczyć miłością jaką otaczała nas moja
                  Mama, być dla mojej córki taka matką jaką była moja Mama - to
                  wszystko drogowskazy, punkty zaczepienia których się trzymam. Mnie
                  też trudno rozmawiać z tatą czy z bratem. Wszyscy straciliśmy
                  poczucie sensu, celu. Ale żcie toczy sie dalej. To takie okrutne...
                  a takie prawdziwe stwierdzenie
    • annubis74 Kochana Moja 16.08.09, 21:05
      Rwący szarpiący ból zastępuje kamień w sercu który przygniata do
      ziemi, łzy, które płyną bezszelestnie, tęsknota, której czas nie koi
      a potęguje, tak ciężko uwierzyć że już NIGDY... że ZAWSZE

      Ślady Twych stóp na piasku
      zmywa senna fala
      rozplątując w rozpaczy
      zaciśnięte dłonie
      coraz bardziej od siebie
      odsuwa, oddala
      twarz Twoja w szarej wodzie
      rozmywa się, tonie

      na dwa brzegi unosi
      nieczuła, okrutna
      obojętna na wszystkie zaklęcia
      i żale
      już nie mogę rozpoznać
      radosna czy smutna
      stoisz tam
      a Ty, mego głosu
      nie słyszysz już wcale
      • annubis74 Re: Kochana Moja 07.09.09, 11:05
        Mamo
        idzie jesień, jesień bez Ciebie... jak trudno pomyśleć... bez Ciebie
        ból przypływa i odpływa, już nie pali, nie piecze, nie wrzeszczy,
        nie klnie, jest przyczajony, zalęgł się we mnie na stałe, uwił sobie
        posłanko na dnie serca i tam zamieszkał... Nie wiem co dalej...
        patrzę do tyłu, nie do przodu, nie znajduję sensu
        Kupiłam sobie wczoraj książkę... I pomyślałam później : po co? komu
        o niej opowiem... nie dowiem się czy by Ci się spodobała czy nie...
        jest ponura jak mój obecny nastrój, Ty takich nie lubiłaś...
        • annubis74 Mamo... 15.09.09, 10:47
          ...mówię do Ciebie a Ty nie odpowiadasz
          a tak potrzebuję Twojej rady, pomocy, obecności
          tak trudno mi się pozbierać z tym wszystkim
          boję się przyszłości bez Ciebie
          tego co będzie
          boję się świąt, wszelkich okazji towarzyskich, podczas których Twoje
          miejsce bedzie puste. TO Ty byłaś tą iskrą ożywiajacą nasz dom
          dobrze ze tata sobie jakoś radzi... jako tako... przynajmniej na
          pozór
          wiem, że chciałabyś byśmy o niego dbali, nie zostawiali go samemu
          sobie. jesteśmy z nim i będziemy. Przyrzekam Ci to
          Cieszę się z jednego. Maleńka mówi Baba i pokazuje Twoje zdjęcie.
          Uśmiecha sę do niego... Kocham Cię tak bardzo Cię kocham
          • czerwony_pantofelek Re: Mamo... 18.09.09, 03:03
            Zupelnie przypadkiem trafilam na te wpisy. Troche z lekiem,z coraz
            wiekszym bolem, rozlewajaca sie rozpacza czytam i... o boze, tak
            doskonale wiem.... tak samo mam...
            Moja Najdrozsza Mama odeszla dokladnie 21 lutego. Po 20 miesiacach
            heroicznej walki z nowotworem, ktory nie dal jej w ogole szans. Tak
            strasznie chciala zyc. Zmagania sie z choroba, zycie skupiajace sie
            jedynie na kolejnych wizytach, badaniach, chemiach, obezwladniajacy
            strach... Kiedys tryskajaca energia, radoscia, miloscia do ludzi...
            Ile sily, ile madrosci zyciowej, ile optymizmu miala w sobie moja
            Ukochana Mamusia... A potem... jaka byla dzielna, z jaka pokora
            znosila cale to cierpienie...Wiesz... naprawde nigdy nie mozna sie
            odpowiednio przygotowac. Nawet w obliczu tak strasznej, opornej na
            leczenie wyniszczajacej choroby. Wydawalo sie, ze nastapil okres
            remisji, wyniki wskazywaly, ze zastosowany nowy schemat leczenia
            okazal sie trafiony... Jak to potem blyskawicznie sie potoczylo...
            Dokladnie w dniu swoich 31 urodzin uslyszalam od lekarza, ze jej
            stan jest beznadziejny. Tak beznadziejny, ze nie mozna podac juz
            chemii. Ze rokowania sa bardzo zle. Ale nie wolno tracic nadziei.
            Swiat runal mi na glowe. To niemozliwe.Niemozliwe!!!!Nie moja mama!
            Nie ona! Bywalismy juz w roznych tarapatach i zawsze z tego
            wychodzilismy... Pamietam, na zawsze to juz we mnie zostanie...
            powiedziala cichutko, byla juz bardzo slaba... "kochanie, dzis sa
            twoje urodziny...podejdz tu do mnie, niech cie chociaz uscisne".
            Siotra wyla w kuchni, ojciec szlochal bezglosnie. Tak, by nie
            slyszala,nie widziala. Potem szpital. Oczywiscie nie w klinice, o
            nie. Tam, na przyjecie na oddzial hematologiczny czeka sie w
            dwumiesiecznej kolejce... Bylismy z Nia caly czas. Wzielam
            zwolnienie, 2 letni synek pod opieka niani, dzien i noc, czekanie.
            Kazdego dnia gorzej, coraz gorzej... Ja, siostra, tato,
            siostrzeniec, moj maz... Siedzialam przy lozku, glaskalam ja po
            wlosach, podnosilam maske tlenowa, by pocalowac ja w usta, zwilzalam
            jej suche wargi, gladzilam dlon, codziennie przynosilysmy nowe
            pizamki, pilowalam jej pzanokcie, przynosilam kosmetyki,
            perfumy,czesalam wlosy, ktore mimo wczesniejszych chemii wciaz byly
            geste, jak dawniej, wszystko to moze bez sensu... ale tak bardzo
            chcialysmy by do konca nie czula sie odarta ze swej godnosci, w tych
            pelnych cierpienia dniach... Wracalam na kilka godzin do domu, do
            synka, by sie polozyc, to byl koszmar.. Kazdy dzwiek telefonu
            wywolywal fale rozpaczy, czy to juz? Ktorejs nocy siostra
            zadzwonila, bym natychmiast przyjezdzala, szlochala. Jechalam przez
            ciemne ulice taksowka nie roniac ani jednej lzy, w jakims dziwnym
            transie. Taksowkarz spytal, czy wszystko w porzadku. Powiedzialam-
            "moja Mama umiera. Jade sie z nia pozegnac". Tak naprawde nie
            wiedzialam czy zdaze. Nawet portier mnie nie zatrzymywal. Kiedy
            weszlam do sali, siedziala wsparta na poduszkach, byla przytomna ale
            tak ciezko oddychala, z maska na twarzy. Moja siostra przy niej
            siedziala. Wkrotce przyjechal tato. Byla juz na granicy wydolnosci
            oddechowej, mielismy podjac decyzje, czy podlaczyc ja do
            respiratora.Byl srodek nocy. Czekalismy na pania ordynator.
            Siedzielismy obok, tuz przy niej. Trzymalismy ja za rece, oparlam
            glowe na jej ramieniu, lzy mi plynely po twarzy, nikt nic nie mowil,
            nie chcielismy jej meczyc. Co chwile sie wylaczala. Podnosilam jej
            opuchnieta dlon do ust i calowalam. Byla taka miekka, ciepla.
            Chcialam nasycic sie ta chwila. Czulam bicie jej serca, zapach jej
            wlosow,te ciepla dlon... Wiedzialam, ze musze zapamietac te chwile.
            Potem cud. Rano nastapila chwilowa poprawa z wydolnoscia oddechowa.I
            fala nadziei!A zaraz znowu pogorszenie. Cudowna pani Ordynator,
            cudowni lekarze, ktorzy tak walczyli o jej zycie, a takze o to, by
            godnie odeszla... Uklon w strone mojej siostry bedacej pracownikiem
            tego szpitala. Wiem, ze w innej sytuacji nie moglibymy byc z Mama w
            tych ostatnich dramatycznych dniach. Potem juz byla morfina, spala,
            a ja w tych traumatycznych chwilach czulam cos w rodzaju ulgi, ze
            nie cierpi. Pewna pani doktor, pracujaca rowniez w hospicjum mowila,
            ze Mamusia moze teraz jest na jakiejs pieknej lace, ukwieconej, z
            zoltymi tulipanami... ze na pewno nie czuje bolu.Nikt nie potrafil
            powiedziec, ile to moze potrwac. Trwalo kilka dni. Nie byla
            przytomna. po prostu coraz wolniej oddychala... coraz gorsza
            saturacje obserwowalismy na monitorze...tulilam jej zimna juz dlon i
            czulam, ze moje serce peka na milion kawalkow... moja siostra lkajac
            tulila jej twarz do swojej i szeptala "Mamo, Mamusiu... przepraszam,
            juz nic nie moge zrobic...", jej 15 letni syn "Babciu, badz
            dzielna", tato z rozancem w reku przy jej policzku... ja z mezem
            kleczac z drugiej strony.... O Boze, swiat stawal w miejscu...
            Patrzylismy, widzielismy jak odchodzi.... westchnela cichutko, na
            chwilke otwarla oczy i lezka jej sie potoczyla po policzku.... I
            cisza.... Mamusiu... Mamusiu.... Na monitorze lecace w dol cyferki,
            zimna, okrutna cisza, przerwana nagle wyciem alarmu. I wtedy nasz
            jek. Epoka w moim zyciu. A tak strasznie nie chciala umierac... tak
            dlugo czekala na drugiego wnuka...Szukasz potem wytlumaczenia.
            Bardziej lub mnie logicznego. Co sie dzieje dalej. Gdzie jest. Czy
            jest szczesliwa. Czy teskni. Czy nie jest jej zimno. I nowa
            rzeczywistosc. Bez codzinnego telefonu okolo 9:00, bez "kochanie,
            jak ci mija dzien, jak praca, jak maly", bez "corko, kiedy ty mi tak
            uroslas", bez "jestem z was taka dumna", bez tych wszystkich rzeczy
            ktore chcialysmy jeszcze zrobic, a nie zdazylysmy... Jej ubrania,
            buty na obcasie, szminki, korale, jej porcelanowe figurki, jej
            kapelusze, krochmalone serwetki, perfumy na toaletce, zawieszone na
            lustrze torebki, i ta jedna, malutka, szczegolnie ukochana....
            pierscionki, ulubiony zloty z jednym koralem, slubna obraczka...
            zawieszona teraz na lancuszku i noszona na szyi przez tate...jej
            ulubiony fotel, bujany, o jakim zawsze marzyla...teraz z polozona na
            nim jej ulubiona poduszka z aniolami. A na poduszce zdjecie w
            ramce... z uroczystosci chrztu mojego synka... na nim w pieknym
            kremowym kostiumie, szeroko usmiechnieta, piekna, obok tato, na jej
            rekach moj wowczas 2-mies.syn...
            Tuz przed diagnoza. Jeszcze w tym pieknym, szczesliwym swiecie, tak
            nomalnie urzadzonym, szczesliwa rodzina, dziecko, tato wracajacy do
            sil po operacji serca... Jeszcze przed tym pieklem... Wciaz nie moge
            sie pogodzic, znalezc ukojenia. Tez jestem nieustannie na cmentarzu,
            wczesniej obowiazkowo kazdego dnia, teraz zdarzaja mi sie pojedyncze
            dni przerwy. Ma taki ogrod z kwiatow pod pomnikiem. Na nim jej
            zdjecie, na ktorym tak promiennie sie usmiecha. Mnostwo ludzi
            zatrzymuje sie, czyta sentencje, ktora umieliscilismy na
            attyce "Jestes najwspanialsza na swiecie, Twoja milosc i wsparcie
            daja nam sile by zyc. Zawsze bedziemy Cie kochac". Ten wierszyk byl
            na pozytywce, ktora dostala na dzien matki. Kiedys tam. Kiedy zycie
            bylo szczesliwe.Tez placze tam, nieraz szlocham. Czasem jestem sama,
            klekam na kamykach, obejmuje brzuch i wyje z rozpaczy. Mowia, ze nie
            wolno plakac, bo dusza nie moze spokojnie odejsc. Mowiaz tez, ze
            pierwsze pol roku najgorzej, potem leci. Nie leci. Mam wraznie ze
            jest coraz gorzej.Zostalismy okaleczeni. Rodzina silna, zawsze
            razem, razem przezwyciezy wszystko. Otoz nie wszystko... Ojciec sie
            kompletnie moze pozbierac. Chyba nigdy nie zdola. Mam dziecko,
            cudownego meza, jestem czynna zawodowo, wiec dzien wypelniaja
            obowiazki, ale w calej tej ramowce, mysl o Niej jest wszechobecna...
            Moj synek takze jej nie pamieta.Przez caly czas od zdiagnozowania
            choroby Mama nie mogla go nawet wziac na rece, z powodu ogromnego
            ryzyka uszkodzenia kegoslupa. Mlody obserwuje, widzi jak witam sie z
            nia, caluje jej zdjecie, glaszcze je dlonia, powtarza te same gesty,
            mowi - "cii, tu babcia spi!
            • amberka2 Re: Mamo... 18.09.09, 14:07
              cudownie napisalam o mamie.
              Poplakalam sie, Twoja historia tak bardzo jest podobna do mojej.

              Masz racje rodzina zostala okaleczona i trudno mi zrozumiec
              dlaczego.´
              Walka mojej mamy trwala niespelna piec miesiecy. Mama tak wierzyla,
              ze jej sie uda wykrasc wiecej czasu. Gdy po zakonczonej chemii
              chroba zaczela postepowac mama brala zdjecie moejej trzytygodniowej
              coreczki i modlila sie, zeby moc trzymac ja za raczke gdy zacznie
              chodzic. ODsezla, gdy mala miala niecale dwa miesiace.
              • czerwony_pantofelek Re: Mamo... 18.09.09, 15:23
                Mamusia odeszla dokladnie w piatek nad ranem, o 2:30. W sali byl
                zegar, spogladalam na niego ciagle, wtedy gdy jeszcze byla z nami,
                choc nieuchronnie zblizalo sie to, co stac sie mialo. Zapytalam
                mojego meza, naprawde cudownego, wrazliwego czlowieka, co czul,
                kleczac tam, tuz przy mnie, wspierajac mnie swym cialem... Gdy serce
                mi rozdzieral potworny bol, on czul cos niezwykle mistycznego, ze
                uczestniczymy w jakiejs Wielkiej Tajemnicy, ze oto przed nami
                rozgrywa sie najwazniejszy akt w zyciu mojej Mamy... i porownal te
                chwile do... narodzin naszego syna...kiedy stal przy mnie i
                uczestniczyl w przyjsciu na swiat Zycia, ktore stworzylismy. I co
                mialam mu powiedziec...Co Wy powiedzielibyscie.Kazdy ma prawo do
                wlasnych przemyslen. Tak to zycie jest urzadzone... Kiedy my
                zeganalismy nasza Najdrozsza Mamusie... gdzies tam pewnie rodzilo
                sie komus dziecko... a zatem poczatek i koniec....
                A nastepnego dnia byl piekny dzien...Slonce swiecilo mocno, koniec
                lutego, tego lutego, ktory dla mojej rodziny zawsze byl szczesliwym,
                ulubionym miesiacem... W lutym urodzilam sie ja... moja siostra...
                moj syn... w lutym jest dzien zakochanych, luty oznacza koniec
                zimy,szybkie nadejscie wiosny... ktora dla mnie zawsze jest jak
                poczatek zycia...czegos nowego... Zawsze mozna strzepnac ubranie i
                wysapac "uf, najgorsze za nami". TEN luty oznaczal poczatek
                koszmaru. Choc przeciez doceniam to wszystko,co nam dane bylo - a
                wiec przede wszystkim, ze mialam taka wspaniala Matke, ze stworzyla
                nam taki dom, tak nas wychowala, takie normy w nas uksztaltowala...
                ze moglismy byc z nia do konca... ze nie byla swiadoma, ze odchodzi,
                choc wczesniej czula, ze otoczona byla miloscia, oddaniem, troska...
                Moja siostra mowi- ludzie umieraja samotnie... w szpitalach...
                czasem nieoczekiwanie... ktos jest za pozno... ktos nie zdazyl
                powiedziec, wyjasnic, przeprosic, wyznac ze kocha... A ja zdazylam.I
                trzymajac ja za dlon, calujac, tulac do mokrego od lez policzka
                wiedzialam... ze my tutaj zostajemy razem - tata, siostra, ja, nasze
                rodziny... A ona choc nie chce, musi odejsc... i jej dramat byl w
                tym najwiekszy.... Moze za duzo tego pisze... moze nudze...
                wybaczcie, to mi pomaga... Ale... zanim ten ostatni etap sie zaczal,
                zanim nastapil tak gwaltowny, ostry atak rozwscieczonej choroby,
                byla pewna niedziela. Siedzialam na podlodze, przy jej stopach, z
                zapalem opowiadalam o wykonczeniu swojego domu, o tarasie, hustawce,
                wygodnym fotelu, w ktorym bedzie siadala, o tym jak moj synek bedzie
                biegal i wszystkich rozsmieszal, o tym, ze tam jest las, swieze
                powietrze, maly ogrodek z warzywami, tak jak chciala....Smialam sie,
                a ona spojrzala na mnie, tak strasznie smutna, zgaszona, umeczona
                cierpieniem, strachem, zrezygnowana..."Corko... ja juz chyba tego
                wszystkiego nie doczekam..." Zmartwialam... "Mamo... nie poddawaj
                sie, nie teraz... prosze, damy rade, pokonamy gada, tylko sie nie
                poddawaj". Powiedziala wtedy "Przeciez ja was juz wychowalam,
                jestescie dorosle, samodzielne, swietnie sobie radzicie, jestem z
                was taka dumna..." i lzy poplynely jej po twarzy... Zoladek mi sie
                scisnal z rozpaczy. Wtedy zobaczylam te jej biala flage. Potem bylo
                juz tylko gorzej.
                Mysle teraz o tym, sama jakby wbijam kolejny noz w serce, bo to bylo
                straszne... straszne... Nie my jednak decydujemy o tym, co nas
                czeka. slyszalam gdzies, ze Bog zsyla na nas tyle cierpienia, ile
                jestesmy w stanie udzwignac. Nie chce zapomniec o tym jej
                cierpieniu, wlasnie ze chce pamietac jaka byla dzielna, ani razu sie
                nie poskarzyla, nie zaplakala, przerazona, ale do konca godnie
                znoszaca ten jej krzyz. Wstawala z lozka, mimo pampersow, ktore
                usilnie jej zakladano, chciala sama, te jej sine ramiona od
                nieustannego podnoszenia jej wyzej, by latwiej oddychac... te
                poklute rece, nogi, stopy.... wszedzie gdzie sie dalo... pekajace
                naczynia... wreszcie... glebokie wklucie do tetnicy, rurka gdzies tu
                przy twarzy, przytrzymana szwem... potem... na samym koncu gdy nerki
                stanely, woda w plucach, odsysanie wydzieliny. Wiem, ze wiekszosc
                naszych bliskich przechodzila podobne cierpienia, jak rowniez i
                my... tak totalnie bezradni, z zewnatrz nieraz skamieniali jakby w
                stuporze, w srodku lawina szalejacej rozpaczy, fizycznego wrecz
                bolu... ktos tu pieknie napisal- oddalabym dusze diablu,ale nie byl
                zainteresowany...Wiec nie chce zapomniec, to byla nauka. Ale z
                drugiej strony nie wolno zapominac jaka byla kiedys - zdrowa,
                tryskajaca energia, radoscia, wesola, taka bardzo dobra, wrazliwa
                madra. Wlasnie taka ja pamietam.
            • annubis74 Re: Mamo... 21.09.09, 07:51
              Czerwony_pantofelku
              czytałam Twoje wpisy, płakałam nad twoją historią, nad moją i
              wieloma podobnymi
              płakałam z ból, bezsilności, złości, że życie mojej Mamy zgasło
              nagle, niespodziewanie, nieodwracalnie
              My nie mieliśmy czasu by oswoić się z myślą, że Mamy może nie być,
              tak szybko - chciaż nie wiem czy taka świadomość coś zmienia. Żałuję
              tylko, że nie pożegnałam się z nią, świadomie, ale z drugiej strony
              nikt z nas nie przygotowywał się na jej śmierć, lekarze mówili o
              poprawie.
              Wiem, jak wiele miłam szczęścia, mając cudownych rodziców, męża i
              maleńką córeczkę, teraz wiem, ze juz nidgy nie będzie tak samo
              nie mogą przywyknać do tego że juz nie mogę do niej zadzwonić,
              poplotkować, wyżalć się czy poradzić. już nie mogę być obok niej,
              przytulić się czy nawet pokłócić.
              To prawda co napisałaś - jesteśmy okaleczeni
              Pozdrawiam Cię ciepło
              • czerwony_pantofelek Re: Mamo... 21.09.09, 16:15
                Zebyscie wiedzialy jak ja plakalam jak znalazlam te wpisy.
                Siedzialam na podlodze z komputerem na kolanach i wylam jak zwierze,
                choc musialam zdlawic szloch, by nie obudzic rodziny.
                Za kazdym razem, gdy zaczynam cos pisac, dzieje sie tak samo.
                Ogarnia mnie placz i niemoc wielka, poczucie bezradnosci, gluchego
                bolu, ta koszmana niewiedza... Tego akurat nikt nie wie na pewno, co
                jest tam, po drugiej stronie, gdy przekroczy sie "ten" prog. Czy to
                prawda, ze kiedy czlowiek umiera, przychodzi po niego dusza kogos
                bliskiego, podaje reke i pomaga przejsc na drugi swiat. Czy ten
                drugi, lepszy swiat w ogole istnieje. W kalendarzu wpislam
                w "tamtym" dniu: Mamusia poszla do nieba. I wierze w to. Musze w cos
                wierzyc, bo inaczej bym zwariowala. Czasem tylko... gdy nie moge
                zasnac... trawi mnie taki tepy bol, i choc zaciskam mocno oczy, na
                sile chce zwrocic mysli ku innym, lepszym, milszym... widze wtedy
                jej twarz, kilkanascie minut "potem". kiedy moglismy z powrotem do
                niej wrocic, po calych tych lekarskich formalnosciach, i mielismy
                godzine czasu aby sie pozegnac. Taka woskowa. Obca. A przeciez
                najblizsza na swiecie. Wbrew zwyczajom panujacym w tamtym szpitalu,
                mamusia zostala umyta przez moja siostre i jeszcze jedna
                pielegniarke. Siedzialam wowczas z tata w dyzurce obok, wyprostowana
                jak struna, z rozdygotanym sercem i poczuciem, ze oto nastapil
                koniec swiata. To sie zdarza wszystkim. Ale przeciez nie nam. W
                jakims chorym transie probowalam wyobrazic sobie nasze zycie bez
                niej, a strach, ktory dlawil mnie juz od kilku dni przeradzal sie z
                minuty na minute w coraz wieksza panike. Najstraszniejsze jest to,
                ze nasz bunt, veto, rozpacz nic nie daja. Czlowiek jest zupelnie
                bezsilny, traci grunt pod nogami, spada, wiruje, mialam wrazenie, ze
                wszystko wokol mnie faluje, wciaz w uszach rozbrzmiewal mi jej
                oddech, w ktory wsluchiwalam sie z napieciem, i... to uczucie ktore
                narastalo w sile, wcale nie proporcjonalnie do tych wszystkich
                uczuc... co bralo gore nad innymi... ta potworna tesknota. Odeszla
                kilka zaledwie minut temu, a ja tesknilam juz tak bardzo. Czulam sie
                jak male dziecko, ktore oberwalo od kogos mocno lopatka po glowie i
                ktore tak bardzo potrzebuje sie przytulic do swej kochanej mamy i
                poczuc sie bezpiecznie. To wlasnie wtedy po raz pierwszy poczulam,
                ze mimo swoich ukonczonych trzydziestu lat wciaz jestem dzieckiem.
                Bo byla gdzies niedaleko mama, do ktorej mozna bylo przybiec,
                wyzalic sie, schowac w jej ramionach.
                Wiec kiedy moglismy do niej wejsc ponownie, byla juz w swojej
                pizamce, skarpetkach. Moze komus sie to wydac glupie, ale nie
                chcialbysmy, aby bylo jej tam zimno... Placzac poprosilysmy tych
                facetow, aby obnosili sie z nia delikatnie, bo to nasza najdrozsza
                mama.
                Teraz z perspektywy tych 7 miesiecy, sama sie zastanawialam skad
                wziac na to wszystko sile. Z tata stalo sie wtedy cos
                dziwnego,dostal jakiegos szalu, byl w amoku, agresywny, jakis taki
                niepoliczalny. Obcy.To przede wszystkim. On do konca nie mogl
                zaakceptowac tego, ze ona odchodzi. Nawet wtedy, gdy juz zapalilysmy
                gromnice. Jego historia to juz zupelnie inna sprawa, nie chce tutaj
                mieszac. Braklo mi, wiecie czego? Ze nas przytuli mocno i powie,
                dzieci, nie macie juz matki, nie wiem cokolwiek, byle nas dostrzec.
                Bo mimo ze ja 30, siostra 40 lat, to wlasnie czulysmy sie jak
                sieroty. No ale wtedy nalezaloby wysciubic czubek nosa ze swojego
                wlasnego swiata i jeszcze choc na ulamek sekundy przestac myslec o
                sobie. Jestem niesprawiedliwa, wiem.Dlugo nie moglam zgodzic sie z
                jego slowami, ze on ma gorzej, bo zostal zupelnie sam, podczas gdy
                my prowadzimy swoje zycie, mamy rodziny. Teraz przyznaje...widze jak
                w oczach sie starzeje, przygasl,kiedys taki silny, mocny mezczyzna,
                teraz taki staruszek,bez sensu, bez sily, optymizmu.
                Pewna lekarka mi opowiadala o roznych historiach, ktore niemal
                kazdego dnia rozgrywaja sie w szpitalach, na oddzialach opieki
                paliatywnej, hospicjach. O rodzicach, ktorzy histerycznie blagaja o
                ostatnie pol godziny zycia dla ich dziecka, ktore wlasnie umiera. By
                jeszcze troche potrzymac za reke, calowac, utulic... By podrasowac
                kroplowkami, czyms tam,choc lekarze prosza, by pozwolic spkojnie
                odejsc bez przedluzania cierpienia. Moze do niczego ta wiedza nie
                potrzebna, ale... uczy pokory do zycia. Nic nie jest wieczne. Ludzie
                maja niesamowita zdolnosc przejmowania sie jakimis wyimaginowanymi
                problemami... maja takie "smuteczki, co to mieszkaja nad brzegiem
                rzeczki". Trzeba zobaczyc, doswiadczyc prawdziwego dramatu, aby
                docenic to co mamy. Dziewczyny... przeciez mamy rodziny, mamy nasze
                dzieci, mamy sens zycia, mamy przepiekny cel. Do pewnego momentu
                swojego zycia bylam hedonistka, i nigdy nie podejrzewalabym, ze tak
                moge zwariowac na punkcie wlasnego dziecka, uplynelo troche lat,
                zanim zdecydowalam sie na macierzynstwo,mimo dlugiego
                zwiazku.Okazalo sie jednak,ze wlasnie macierzynstwo to jest cos
                najpiekniejszego co mnie w zyciu spotkalo.Moja bardzo madra mama jak
                zwykle miala racje.Wiem, ze jest ze mnie dumna. I nie chcialaby abym
                pograzala sie z rozpaczy po jej stracie. Musimy zyc, musimy docenic
                to, ze mamy zdrowe dzieci, ze jestesmy dorosle. Los mogl przeciez
                nam je zabrac jeszcze wtedy gdy bylysmy dziecmi. Tyle nieszczescia
                jest w domach dziecka.
                Mysle, ze ta tesknota zostanie w moim sercu na zawsze, zwlaszcza w
                takich chwilach jak najblizsza wigilia (ja juz przezylam ostatnia
                wielkanoc juz bez niej, to bylo straszne), dzien matki, dzien
                dziecka... gdy zajde w ciaze i nie bede mogla jej o tym powiedziec,
                gdy urodze kolejne dziecko nie przyjedzie do szpitala jak ostatnio i
                nie zobacze jak placze ze szczescia, w chwilach szczegolnie trudnych
                i pieknych w mim zyciu...Ale jestem jej winna pokazac, ze wychowala
                mnie tak, ze potrafie sobie poradzic. Wiec dobrze, ze slonce znowu
                wstaje, ludzie kazdego ranka jak zawsze spiesza sie do pracy,
                wszystko kreci sie znanym porzadkiem swiata. Mama nie chcialaby, bym
                po prostu usiadla i plakala. W ciagu jednej chwili doroslam,
                nabralam pokory i jeszcze...ta swiadomosc, ze za tyle jestem losowi
                wdzieczna, czuje sie wybrana, ze mialam taka matke. Moze tak nalezy
                sobie wszystko poukladac w glowie, przewartosciowac.
                "Smierc jest poczatkiem nowego". Moze tak nalezy na to patrzec.
                Nasza tesknota jest poniekad troche egoizmem. Gdziekolwiek teraz
                jest, nie lamie jej sie kregoslup pod naciskiem kolejnego guza,nie
                ma takiego umeczonego ciala, znow sie smieje. Wole myslec takimi
                kategoriami. Moja siostra cicho powiedziala..."zrobilas tego raka w
                ciula"... Mimo lez, rozesmialysmy sie, wiedzac, ze slyszy to i
                smieje sie z nami.
                Sciskam Was serdecznie.
                • annubis74 Re: Mamo... 21.09.09, 17:41
                  Czerwony_pantofelku, bardzo Ci dziękuję za ten wpis, bo ja to niby
                  wszystko wiem, ale to zupełnie innego usłyszeć to od kogoś z
                  zewnątrz, w dodatku od kogoś kto przeszedł tą samą drogę
                  Czytając to co napisałaś, mam prawie wrażenie, ze patrzę w lustro,
                  poza kilkoma szczegółami które nas różnią.
                  Wiem, że moja Mama powiedziałaby żebyśmy nie rozpaczali tak bardzo,
                  byśmy skupili się bardziej na swoich dzieciach (ja też późno, dużo
                  później niż Ty zdecydowałam się na macierzyństwo, a teraz kompletnie
                  oszalałam na punkcie mojej Córeczki), wiem że miałam mnóstwo
                  szczęścia - moja Mama miała udane, szczęśliwe życie, nam zostały
                  piękne wspomnienia. Wiem, są tacy, którzy mają gorzej, choć
                  egoistyczny głos w mojej głowie podpowiada ze są i tacy, którzy maja
                  lepiej. Staram się pozbierać, żyć tak by moja Mama była ze mnie
                  zadowolona, ale jest też ten żal że w tak wielu ważnych momentach w
                  moim/naszym życiu jej nie będzie. To znaczy bedzie zawsze ale
                  inaczej... Jesteśmy dziećmi póki mamy oboje rodziców,
                  później "dziecko w nas" umiera, a my musimy poskładać siebie na
                  nowo.
                  • czerwony_pantofelek Re: Mamo... 21.09.09, 20:01
                    No wlasnie... inni maja lepiej...Wlasnie wrocilam ze spaceru, na
                    ktorym bylam z synkiem. Na placu zabaw dzieciarnia i co drugie wola
                    babciuuuu!! Babcie rozne, bardziej lub mniej zadbane, mlodsze,
                    starsze, sprawne...Zazdrosc wyzierala ze mnie okrutna.
                    Moze taka smierc ma wiekszy sens? Czy w smierci mozna sie doszukac
                    sensu? Wiem, moja mama skonczyla 60 lat, umieraja mlodsi, dzieci.
                    Jakos nie jest w stanie mnie to pocieszyc. Wszyscy predzej czy
                    pozniej musimy sie zetknac z utrata kogos bliskiego.
                    Przpominam sobie ubiegly pazdziernik, niespelna rok temu. Po
                    heroicznej walce umiera matka mojej kolezanki. Mniej wiecej dwa lata
                    po zdiagnozowaniu u niej nowotworu. Po pogrzebie przytulilam ja do
                    siebie mocno, zdruzgotana jej cierpieniem. Plakalysmy dlugo, w koncu
                    odsunela mnie od siebie i powiedziala: "idz do domu, tam czeka na
                    ciebie Twoja mama. Idz i powiedz jej, ze ja kochasz, ja juz mojej
                    tego nie moge powiedziec"... Jakie to bylo szczescie przybiec i
                    zastac ja siedzaca w tym swoim fotelu.
                    Czasem mysle, ze w gruncie rzeczy to okrutne. Bylo Istnienie. I nie
                    ma go juz wsrod nas. Powiedzialam komus, ze chcialabym napisac o
                    mojej Mamie ksiazke. Ale to bylaby bardzo smutna ksiazka.
                    Moja siostra powiedziala, ze widziala gdzies tam spiaca kobiete.
                    Taka w tym snie byla podobna do naszej Mamy, takie rysy lagodne, i
                    wlosy jasnoblad, tak strasznie ciezko jej bylo sie opanowac, by jej
                    nie pocalowac...
                    Niedawno wreszcie mi sie przysnila. W tym snie wiedzialam, ze jej
                    juz nie ma. Bo kiedy nagle przyszla do naszego domu i ojciec
                    zawolal "dzieci, mama wrocila!", pomyslalam- "jak to mozliwe?". A
                    potem w trojke jej dopadlismy i tulilismy sie do niej. A ona byla
                    taka ciepla, smiala sie i miala takie cieple ramiona. Kiedy sie
                    obudzilam bylo mi tak dobrze. Wcale nie plakalam. podnosilam sie z
                    lozka z ta mysla, ze to byl znak. Jest jej dobrze. Jest z nami.

                    Moze to tylko z zewnatrz tak wyglada, ze inni maja lepiej?

                    Mocno przytulam Cie do serca. Masz Malutka, ona jest najdoskonalszym
                    barometrem Twoich uczuc, to dla niej trzeba sie zmierzyc z tym
                    okrucienstwem calego swiata i niesprawiedliwosci. Bo przeciez w
                    mojej rodzinie w zdrowiu zyje malzenstwo dziadkow- grupo powyzej 80
                    lat. I daj im Boze jak najdluzej... Tylko dlaczego moja Mamusia
                    musiala juz zgasnac????
          • czerwony_pantofelek Re: Mamo...c.d. 18.09.09, 03:26
            ...kofam Cie babciu"... A ja placze i z rozpacza mysle o tym, ze
            nawet jej nie bedzie pamietal... Choc zrobie wszystko by wiedzial,
            jaka mial Babcie...
            A zycie toczy sie dalej swoim odwiecznym torem. Rano wstaje slonce,
            codzinna gonitwa, zwykle problemy, pozornie ta sama rzeczywistosc,
            puste miejsce przy stole podczas niedzielnego obiadu, wciaz nakryte
            dla Niej...Wszystkie jej rzeczy pieczolowicie ulozone w jej szafach,
            czasem wchodze do jej pokoju, siadam na dywanie przed otwarta polka
            i dotykam jej ubran... wdycham zapach, gladze je, tule do
            siebie...to dla mnie swietosc... szeptam cicho "Mamo... Mamusiu...",
            kiedy nadbiega synek, szybko ocieram policzki i slysze- "Mamusiu!
            Jestes smutna!" Wiec rozciagam usta w usmiech, a lzy niepokojaco
            nadplywaja do kacikow oczu... Czasem ktores z nas cos zgubi, raz
            portfel, raz cenny, pamiatkowy kolczyk, ale dziwnym trafem ktos
            odniesie nietkniety, a kolczyk w koncu odnajduje sie nieoczekiwanie
            w dziwnym miejscu.Z dnia na dzien zostajemy bez opiekunki, co robic,
            co robic!! Okazuje sie, ze oto cud, wlasnie zwolnilo sie miejsce w
            zlobku. Maz mowi... to Twoja Mamusia siedzi gdzies tam wysoko na
            chmurce, i pilnuje wszystkiego!
            Wiec dni podobne do siebie jak dwie krople wody, tygodnie, miesiace,
            pory roku... Patrze na ulicy na starsze kobiety i mysle z
            okrucienstwem... jak to jest, ze one moga zyc! Wiem, ze straszne,
            obrzydliwe....Ale podobno normalne, gdy oplakujemy kochana
            osobe...Odbieram poczte, rachnki jeszcze na jej nazwisko... Czasem
            tato zadzwoni z jej komorki, a mnie wtedy wyswietla sie: Mama, i
            ziemia sie rozstepuje pode mna... Niby ten sam porzadek rzeczy, a
            jednak inny. Ktos powiedzial..." Musisz nauczyc sie zyc w tej nowej
            rzeczywistosci". I ze mam byc dzielna. Nie plakac. A przeciez... Ona
            plakala wydajac nas na swiat, moja
            siostre i mnie... my plakalysmy patrzac jak odchodzi....
            Juz nigdy nic nie bedzie takie samo.Nie wiemy do konca, co jest po
            tej drugiej stronie. Ale wiemy jedno... dopoki pamiec o Niej zyje w
            nas, dopoki mamy w sercach te milosc, ktora nam dala, dopoty Ona
            bedzie zyla... Kocham Cie, Mamo.
      • czerwony_pantofelek troche o mojej Mamie, taka moja pisanina.... 21.09.09, 20:19
        Trudno opisać, powtórzyć, oddać choć mgnienie tamtej chwili....
        Będzie takim kolejnym paciorkiem w moim sznurku koralików
        najwspanialszych, najszczęśliwszych chwil....

        Był wieczór, mrok kładł się w kątach magicznego miejsca, pełnego
        bajkowych stworów, pluszowych zabawek, kolorowych samochodzików,
        walających się klocków, z ukwieconymi tapetą ścianami, zaciągniętymi
        roletami chroniącymi przed niepokojem czającym się zza okiennych
        szyb, firaneczkami w rybki... pełnego dziecięcych marzeń, myśli
        tajemnych, jakie snuje małe dziecko, gdy poznaje świat, odbiera go
        swymi wyostrzonymi zmysłami... Maleńka lampka na ścianie rzucała
        delikatne światło i czyniła to miejsce jeszcze bardziej bajecznym,
        ciepłym, bezpiecznym... Włączyłam CD. Mój mały chłopczyk roześmiał
        się i wyciągnął do mnie małe łapki. Zgłośniłam. Jeszcze trochę. Z
        głośników rozpiętych gdzieś wysoko pod sufitem popłynął jakis
        utwór....
        Niósł ze sobą myśli ku szczęściu, radości, słońcu, ale także
        wędrówce, dalekiej drodze w znoju, wspinaczce, pragnieniu, brudzie,
        zmęczeniu, zachodzącym dniu, ostatnim promieniom słońca, zmaganiu
        się z głodem, nieustannym pokonywaniu przeciwności, upartej wędrówce
        z coraz cięższym plecakiem, w którym pełno rzeczy
        najpotrzebniejszych, ale tez i mnóstwo tych zbędnych, co jak balast
        ciągną w dół, ku upadkom, myśli ku towarzyszącym wędrówce
        potłuczonym kolanom, fizycznym bólu, cierpieniom, oraz szczęściu z
        tego wszystkiego płynącym, z perspektywy długiej, krętej, nieraz
        stromej, niebezpiecznej ścieżki, którą nie szedł dotąd nikt.... bo
        tak ścieżka dla Ciebie tylko jest wytyczona, i nikt inny za Tobą
        podążyć nie może, ani przed Tobą... może pójść obok, inna sciezka,
        przytrzymać za rękę, albo nawet pociągnąć w dół ku przepaści, możesz
        podążać śladami innej ścieżki, próbować naśladować, nieraz gubić
        ślady, zawracać z drogi i wciąż od nowa szukać nowej. Wzięłam
        swojego malca na ręce, a on natychmiast wtulił się we mnie, otoczył
        mnie ramionami i schował rozgrzany mięciutki pachnący czekoladką
        policzek w moje ramię, gdzieś koło ucha.... nóżki oplótł wokół
        moich bioder. Słodki ciężar. Trzymałam w objęciach swoje ukochane
        dziecko, czułam jak bije jego maleńkie serduszko, jego oddech
        spokojny wprost w moje ucho, tuliłam do siebie najdroższy mój skarb,
        istnienie najważniejsze w świecie, za którym w ogień skoczyć bym się
        nie bała, które ratować za wszelką cenę, kosztem swojego życia bym
        się nie zawahała, dla którego zrobię więcej niż ktokolwiek mógłby
        uwierzyć, a jeśli trzeba – pazurami drapać będę.... i na nic oglądać
        się nie będę. Taka była moja mama... Szła powoli swoją ścieżką,
        upadając nie raz, w trudzie i znoju pokonując każdy kolejny dzień,
        nie zawracając nigdy z raz obranej drogi, i choć czasem łzy płynęły
        z wysiłku- uśmiechała się.... choć problemy waliły się na głowę,
        niosła ją dumnie uniesioną, choć troski często przysłaniały czoło,
        potrafiła docenić każdy szczegół swej wędrówki – nasze oceny, nasze
        piątki,trójki, kolejną skończoną szkołę, mój zachwyt nad uszytą
        przez nią bordową sukienką, moje rumiane policzki, gdy wpadałam jak
        wicher z dworu, spóźniona 2 godziny, całująca mnie i mówiąca, że tak
        cudnie pachnę „wiaterkiem”..., jej radość z mojego odkrywania
        świata, jej szczęście z dojrzałego macierzyństwa- byłam taka
        upragniona i wyczekana, jej cierpliwość, wyrozumiałość, silna,
        pomocna ręka, którą wystawiała gdy potrzebowałam, jej dyskretne
        bycie w pobliżu, nie narzucające się przewodnictwo.... metodyczne
        pokazywanie wielu różnych dróg i szczęście, gdy mój wybór był taki
        jak przypuszczała, właściwy. Jej niecierpliwe oczekiwanie wnuków,
        radość z naszego szczęścia, planów... Jej pokorne zaciskanie zębów z
        wysiłku, jej szukanie ukojenia w przyrodzie, przytulanie się do
        brzóz i czerpanie z nich energii, płacz w ciszy i samotności, nieraz
        widziałam ślady łez ale zakryte uśmiechem, co opromieniał jej twarz,
        i gdyby nie te mokre strumyczki, świat nie domyśliłby się, że
        płakała....Taki mały, niepozorny wędrowiec... Na ścieżce swojego
        życia.... Z plecakiem doświadczeń, dobrych i złych...
        Tuliłam się do swojego maleństwa myśląc o tym, jaka była wędrówka
        mojej mamy... Miałam wspaniałą Mamę... Pokazała mi jak być
        człowiekiem, jak podążać spokojnie ale uparcie do celu, nauczyła, że
        najcenniejsze jest nie to, co błyszczy, ale co mamy w sercu,
        najcenniejsza jest miłość i drugi człowiek....
        Jestem na zakręcie swojej ścieżki. Jest w tym miejscu ciemna i
        niebezpieczna, boję się, nie wiem czy podołam, łzy cisną mi się z
        oczu i choć co krok upadam, wstaję i otrzepuję kolana.... Płaczę, bo
        boli.... Sama już jestem nauczycielem... wiodę obok swoje
        dziecko.... Nigdy nie wiemy, gdzie kończy się nasza droga...
        Dziękuję Ci, Mamo...
    • annubis74 Re: Mamusiu... 16.10.09, 11:55
      Mamo, tyle dni, tygodni bez Ciebie
      Jesień, Tobie zawsze tak pięknie było w barwach jesieni, w scenerii
      kolorowych liści
      niewypłakane łzy pęcznieją we mnie, duszą od środka
      bo gdzie je mam wypłakać i komu
      nie chcę by Maleństwo patrzyło na wiecznie zapłakaną mamę (Ty też
      byś tego nie chciała). Słyszę Twój głos przywołujący mnie do
      porządku, kategorycznie choć z czułością.
      Nie chcę martwić mojego męża choć to dobry człowiek na niepogodę i
      złe czasy. Ludzie nie chcą słyszeć, nie chcą widzieć, zamykają oczy.
      Nie mam komu opowiedzieć o tym co czuję, bo znajomi w większości
      chcą uspokajać, pocieszać, a ja bym chciała dać ujście temu potokowi
      łez, bo boję się że za chwilę w nim utonę.
      Myślałam że tu na tym forum. Ale tu też każdy ma swój ból, swoje
      własne cierpienie, a poza tym urazy, fochy, dąsy...
      Kochana Moja, nie przestaję pytać dlaczego właśnie Ciebie zabrakło...
      bez Ciebie nasze życie jest koślawe, kulawe, nieposkładane, smutne i
      ponure jak ta pogoda... Kocham Cię, MAmo
      • annubis74 Śmierć musiała Cię z kimś pomylić... 23.10.09, 14:12
        taki napis jest na grobie Twojego kolegi ze studiów, który też
        odszedł za wcześnie... ta myśl ciągle mi się kołacze w głowie...
        tylko do jakiej instytucji można napisać odwołanie...
        Uprzejmie proszę o zwolnienie mojej Mamy z nieba i umożliwienie Jej
        powrotu na ziemie w trybie pilnym... bo jak ja mam bez Niej żyć...
        jak ma sobie radzić Tato, Brat, nasze małe dzieci...
        Patrząc na Ciebie, atrakcyjną, zadbaną, kwitnacą, błyskotliwą,
        zupełnie niepasujacą do słowa "emerytka" mialam pewność (skąd ją
        miałam?) że będziesz patrzeć jak rosną nasze dzieci, będziesz bawić
        się z dziewczynkami, czytać im, uczyć je wielu madrych rzeczy...
        Nigdy nie wie się wcześniej kiedy jest juz za późno
        Nie wiem gdzie był ten moment, ta parszywa chwila, od której zaczęło
        się całe zło...
        Mamo!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    • kasia2401 Re: Mamusiu... 30.10.09, 21:10
      Bardzo współczuję, sama straciłam oboje rodziców ( mam 24 lata) wiem co to znaczy ból i cierpienie. Jednak trzeba żyć dla tych, którzy zostali tylko to nam pozostaje. Twoja mama chciałaby żebyś była silna, zrób to dla niej....
      • annubis74 Re: Mamusiu... 31.10.09, 15:03
        dziękuję
        staram sę, ale to takie trudne
        • kasia2401 Re: Mamusiu... 31.10.09, 23:35
          Wiem to bardzo trudne, rak to okropna choroba także zabrała mojego tataę a potem mamę. Zycie jest okrutne jedni mają za dużo a drudzy za mało. Cieszę się, że twoja mama chociaż poznała to jakl być babcią. Moim rodzicom nie było to dane. Tata zmarł w kwietniu a mama w maju 2008 roku moja siostra we wrześniu urodziła zdrowego synka. Naprawdę dużo przeszłyśmy, ale cieszę się ze chociaż jej synek jest zdrowy. Bo calą ciąże moja siostra była w ogromnym stresie. Tak jak twoja mamusia tak i moi rodzice patrzą na nas z nieba. Ja czuje to,żę każdego dnia są z nami. Wpieraj mocno swojego tatę, bardzo Ci zazdroszę, że chociaż jego jeszcze masz. Ja bym wszystko oddała, żeby Bóg chociaż oddał mi mamę albo tatę. To takie ciężkie i nierprawiedliwe. Sreduszkiem jestem z Tobą,.
      • helmutt555 Re: Mamusiu... 09.02.10, 21:18
        straciałm MAmę 13 XII 2009r. prawie 2 -ce temu, anubis twoja historia przypomina
        mi moją-w śmierć mamy też nikt nei mógł uwierzyć, miesiąc wcześniej biegała ze
        mną na zakupach, ja do dzis nie wierze albo płaczę, albo mnei nie ma; boże
        czemu człowiek żyje choc to sie wydaje nie do przeżycia
        • annubis74 Re: Mamusiu... 12.02.10, 11:52
          Niespełna miesiąc przed śmiercią Mamy świętowaliśmy Dzień Matki.
          Gdyby ktoś wtedy powiedział że to ostatni miesiąc Jej życia nie
          uwierzyłabym. Nie wiem co lepsze a co gorsze, czy to kiedy śmieć
          przychodzi zapowiedzianie czy niezapowiedzianie. pewnie każdy rodzaj
          jest takim samym ciosem. Jeśli można się z czegoś "cieszyć" to z
          tego że Mama nie cierpiała długo, w szpitalu była zaledwie 2
          tygodnie. Z drugiej strony do ostatniej sekundy mieliśmy nadzieję że
          Mama wyzdrowieje. Do dziś zresztą nie mogę w to uwierzyć, budzę się
          z myślą że moze jednak wszystko to jakiś koszmar który mi się
          przyśnił.
          Bardzo Ci współczuję z powodu śmierci Twojej Mamy. Wiem jakie
          straszne są te pierwsze miesiące, później też jest strasznie, ale
          ból można trochę oswoić. Pozostaje tylko wielka niekończąca się
          tęsknota. Strasznie zazdrozcze tym wszystkim moim koleżankom, które
          mają mamy.
          • paskap Re: Mamusiu... 27.05.23, 22:52
            Moja mama umarła tydzień temu się widzialys i miałyśmy kolejne plany...
    • galaksy46 Re: Mamusiu... 01.11.09, 10:35
      Moja mam zmarła rok temu, dzisiaj ma także urodziny
      Od rana płaczę i nie mogę przestać.

      Kocham Cię Mamo

      Za nieprzespanych wiele nocy
      Za uśmiech w chwili zapatrzenia
      Za ucałowanie łezki małej
      Gdy zapłakały moje oczy
      Za serca zbuntowanego wyciszenie
      Kocham Cię Mamo...

      Za dotyk Twoich ciepłych dłoni
      W chwilach choroby, dni bez słońca
      I gdy byłam po raz pierwszy zakochana
      Kiedy nie mogłam zła zapomnieć
      W godzinę bajek opowiadania
      Kocham Cię Mamo...

      Za zrozumienie mnie bez słowa
      Za przytulenie w czasie udręki
      Za długie ze mną nocne rozmowy
      Pomimo zmęczenia, obolałej ręki
      I za ciasteczka wprost bajeczne
      Kocham Cię Mamo...
    • doskonala1 Re: Mamusiu... 10.11.09, 00:46
      Mamcio moja kochana, Ty widzisz jak mi jest w sercu zle. Zdążylam Ci
      powiedziec wszystko, bo ja zawsze wszystko Ci mowiłam. A teraz gdzie
      mam kierowac swoje słowa? Ty byłaś zawsze i w każdej chwili przy
      mnie. Wierzyłaś mi bezgranicznie. Nie wytykałaś błędów. Mówiłaś, że
      jestem szczęściarą i ja w to uwierzyłam. Ale już nie jestem
      szczęściarą, bo Ciebie tu nie ma!!!!!!!
      • helmutt555 Re: Mamusiu... 10.02.10, 21:42
        pierwsze urodziny bez Mamy chyba się upije pierwszy raz w życiu
    • annubis74 Re: Mamusiu... 04.02.10, 14:55
      Mamusiu, Kochana Moja
      To już 7 miesięcy i 2 tygodnie, a ja wciąż nie mogę uwierzyć. Ciągle
      mam tę głupią nadzieję że pewnego ranka obudzę się i okaże się że
      śniłam najgoszy i najdłuższy koszmar mojego życia, a Ty pogładzisz
      mnie po policzku i powiesz: już dobrze. Albo z lekka szorstko: nie
      ma co wierzyć snom. Mam taką wielką nieprzepartą ochotę się do
      Ciebie przytulić, zadzwonić i porozmawiać. Ciągle na widok podobnej
      sylwetki, podobnej kurtki serce przyspiesza : Mama mama mama
      Mamo, bez Ciebie tak trudno sobie poradzić , tak trudno zmierzyć się
      z tym wszystkim. Czuję się jak dziecko porzucone, zostawione samo
      sobie. Najbardziej boli mnie ta cisza, to milczenie, omijanie
      tematu. Bo ja chce Cię wspominać nawet jeśli boli. Kocham Cię tak
      bardzo... Mamusiu...
      • mala_1984 Re: Mamusiu... 04.02.10, 15:54
        Jutro będzie 6 miesięcy... Pół roku od odejścia mojej mamy i ja także wciąż nie wierzę. Na codzień staram się o tym nie myśleć i tak zbyt dużo czasu mam na myślenie. Zazwyczaj wydaje mi się, że już dobrze, przecież i tak za jakiś czas porozmawiamy. Irracjonalne myślenie, ale tak non stop mi się wydaje. I nagle... Robię herbatę i dochodzi ta myśl... MAMY JUŻ NIE MA... Obieram ziemniaki i znowu ta myśl -ODESZŁA... Sprzątam łazienkę... JUŻ NIGDY JEJ NIE ZOBACZĘ... Odkurzam, ścieram kurze, gotuję i nagle ta bezlitosna myśl... JUŻ NIGDY............... I rzeczywiście u mnie to samo, omijanie tematu, milczenie, które w rzeczywistości jeszcze bardziej boli niż wspominanie. Chyba dlatego tak jest, że każdy na własny sposób próbuje sobie poradzić z tą stratą, wielką, niewyobrażalną, stratą,której nie powinno być. Wszystko powinno być inaczej, ale już nigdy nie będzie.
        • mocnakrysia Re: Mamusiu... 04.02.10, 17:01
          Mija 1,5 m-ca jak nie żyje moja mama i ból z dnia na dzień jest coraz gorszy.
          Nie ma dnia żebym nie płakała, nie tęskniła. Nic mi się nie chce ,nawet wstawać
          rano,najlepiej jak śpię wtedy nic nie czuję. Jak dalej żyć bez niej ,jak sobie
          radzić w prostych sprawach, gdzie szukać pocieszenia ukojenia bólu. Oddałabym
          wszystko żeby móc z nią być tu i teraz ale to nierealne. Boże jeśli już zadałeś
          taki ból zabierając mi mamę to daj chociaż trochę sił na przetrwanie albo daj
          ukojenie na ten ból.
          • annubis74 Re: Mamusiu... 05.02.10, 09:51
            Mówi się że czas goi rany, ale ja mam wrażenie że przez jakieś 3-4
            miesiące każdy dzień był gorszy od poprzedniego. Teraz mam wrażenie
            że każdego dnia od nowa dowiaduję się o śmierci mojej Mamy, że
            każdego dnia uczę sę od nowa życia z tą myślą.
            Po 7 miesiącach jest inaczej niż po 1,2, 3 miesiącach. Boli inaczej.
            Na początku wszystko jest "pierwsze" po śmierci blskiej osoby,
            dopiero uczymy się żyć z tą myślą... Rozmawiałam z koleżanką której
            Mama odeszła 10 lat temu i mówiła mi że nie ma dnia by o swojej
            Mamie nie myślała. Ja wcale nie chce zapomniec o Mamie nawet jesli
            sprawia mi to ból. Życzę Ci sił Krysiu i żebyś była mocna, tak jak
            to masz w nicku. Ja codziennie sobie powtarzam ze moja Mama by tego
            chciała.
        • annubis74 Re: Mamusiu... 05.02.10, 09:57
          Wiem, Mała, wiem. Nigdy już nie bedzie tak samo. Mama już nigdy nie
          przytuli, nie wpadnie na herbatkę, nie będę mogła Jej odwiedzić, a
          tak bardzo, tak bardzo bym tego chciała. Są chwile kiedy jest
          lepiej, uśmiecham się czy wręcz śmieję a powodem tego śmiechu jest
          moja córeczka. Wiem, ze moja Mama ja uwielbiała, że chciała dla niej
          jak najlepiej, słyszę jak mi szepcze do ucha, ze muszę się starać
          dla mojej córeczki. Kiedyś mi napisałaś że mam lepiej niż TY, wtedy
          zupełnie sie tak nie czułam, ale dziś wiem, ze miałaś racje, mnie
          łatwiej się zmobilizować do działania. Pozdrawiam Cię serdecznie
    • natalia.s1 Re: Mamusiu... 11.02.10, 09:19
      Od śmierci mojej mamusiu mineło juz 7 miesiecy, a ja ciagle wierze
      ze sie obudze z tego koszmaru. Nie ma dnia bym o niej nie mysłała,
      tak bardzo za nia tesknie. Jedynym pocieszeniem jest to ze już nie
      cierpisz i że byłam z tobą do końca ze byłam przy tobie gdy
      umierałaś.Wiem że juz niemoglismy nic zrobić, że walczyłaś do końca.
      Jesteś najsilniejszą i najcudowniejszą Mamą jaką mogłam mieć. Kcham
      cię i do zobaczenia.
    • annubis74 Re: Mamusiu... 17.02.10, 19:07
      Mamusiu, tak bardzo tęsknię
      dziś jeszcze bardziej niż zwykle jeśli to w ogóle możliwe
      Kochana, dziś byłaby Wasza kolejna rocznica ślubu
      Może dlatego trudno mi dziś przestać płakać
      boli jak cholera Mamo...
      komu mam o tym wszystkim powiedzieć...
      • margolka-and-more Re: Mamusiu... 17.02.10, 21:21
        Nie była moją Mamą moja K. Ale była jak Mama. Cały ten wątek - jakbym
        sama napisała. Annubis, kolejny raz mam ochotę napisać pod Twoim wpisem
        - "i ja tak samo"...Mocno przytulam - ja wiem.
        • olaopolanka Re: Mamusiu...do Annubis 17.02.10, 21:28
          Annubis ja takze jestem wiem i tak bardzo jestem z Toba
          • mocnakrysia Re: Mamusiu...do Annubis 18.02.10, 07:06
            Ja też wiem co czujesz, mam tak samo . Każdy dzień wypełniony pustką.
            • maretta111 Re: Mamusiu...do Annubis 18.02.10, 10:49
              Najgorsze w tym że tej naszej pustki nie ma jak i kim zapełnić. Pozdrawiam
              • annubis74 dziękuję 18.02.10, 13:13
                Dziękuję Wam, wiem że Wy tutaj doskonale mnie roZumiecie
                W tzw. realu jest gorzej. Czuję się jak na hustawce. Chwilę było
                jakby lepiej a tu znów wpadłam w dołek. Musiałam zacząć jednak brać
                leki uspokajające, najsłabsze, ze względu na mojego Maluszka. Nie
                dawałam bez nich rady, były dni kiedy nie potrafiłam przestać
                płakać. Tak bardzo brakuje mi Mamy, Jej "dobrych rad" które
                niejednokrotnie mnie drażniły, Jej głosu w słuchawce, tego, że
                mogłam z nią porozmawiać. Nie mam z kim (oprócz Was tutaj na forum)
                porozmawiać o tej tęsknocie. Przytulam
    • annubis74 Re: Mamusiu... 19.02.10, 13:38
      Mamo, przypomniał mi się dziś taki dzień w lutym 4 lata temu. Nie
      wiem dlaczego mi się przypomniał bo to był dzień szczęśliwy, a teraz
      moje dni są takie smutne bez Ciebie. Wtedy też topniał śnieg w takim
      pierwszym wiosennym słońcu
      Wtedy szukałyśmy sukni ślubnej dla mnie. Byłaś jedyną osobą z którą
      lubiłam chodzić na zakupy. Zawsze robiłyśmy to błyskawicznie. Ale
      wtedy odwiedziłyśmy wiele sklepów. Na koniec zmęczone i głodne
      dotarłyśmy do jakiejś małej knajpki, nawet za bardzo nie miałyśmy
      siły rozmawiać, siedziałyśmy sobie nad naleśnikami ze szpinakiem i
      było nam tak błogo. Nigdzie się nie spieszyłyśmy, mogłyśmy sie
      rozkoszować to chwilą. Teraz żałuję że tych naszych wspólnych chwil
      było tak mało, że nie odkładałyśmy częściej na bok tych wszystkich
      codziennych duperelek, zeby pobyć z sobą, nagadać się, nacieszyć
      tymi chwilami. Mamo, wśród codziennych czynności nie ma godziny bez
      myśli o Tobie, nie mogę się pogodzić ze nie ma Cię ze mną teraz, w
      chilach, które powinny być samą radością, a brak Ciebie wszystko
      zagłusza.
      • helmutt555 Re: Mamusiu... 19.02.10, 21:02
        dziewczyny czy nie myślicie, ze lepiej sie nie urodzić skoro i tak umieramy i
        to nieraz w takim cierpieniu
        • agalt Re: Mamusiu... 19.02.10, 21:48
          helmutt555 napisała:

          > dziewczyny czy nie myślicie, ze lepiej sie nie urodzić skoro i
          tak umieramy i
          > to nieraz w takim cierpieniu

          Nie, nie myslę. Kochał mnie najcudowniejszy człowiek, jakiego
          kiedykolwiek spotkałam. Ja kocham jego. Byłam przeogromnie,
          niewyobrażalnie wręcz szczęśliwa. Tak bardzo, że czasem wydawało mi
          się, że bardziej juz nie można. Mam wspaniałego syna. Kiedyś stąd
          odejdę i znów spotkam mojego Jasia.
          A nawet gdybym miała takie mysli, małą miałabym możliwość się nie
          urodzić... Jak juz możesz tak pomyśleć, to jest jakby po filipku...
          Bicie piany...
        • margolka-and-more Re: Mamusiu... 19.02.10, 21:48
          Nie. Urodzić się i Ją spotkać to szczęście. Za każdą chwilę, którą
          byłyśmy razem, do dziś Bogu dziękuję. Choć nie ma dnia ani godziny,
          wschodu ani zachodu słońca bez Niej. A cierpienie... obie wierzyłyśmy,
          że musi mieć jakiś sens, choć tu jeszcze nie do pojęcia... Wierzę, że
          Ona go już zna. Moja K. Jak Mama.
        • annubis74 Re: Mamusiu... 22.02.10, 14:29
          gdybyśmy mogli żyć wiecznie, to pewnie nie potrafilibyśmy tego
          docenić.
          czy lepiej się nie urodzić? Nasze życie składa się z bólu,
          cierpienia, smutku, ale też z radości, miłości i innych dobrych
          uczuć. Być może jedno jest po prostu ceną drugiego.
          Gdybym się nie urodziła, nie miałabym wpaniałej Mamy, wspaniałej
          rodziny, nie spotkałabym mojego męża, nie kochałabym i nie była
          kochana i wreszcie nie urodziłaby się moja córeczka. To, ze cierpię
          jest ceną za to, ze kocham.
          Tak sobie myślę (bo jestem filologiem i takie porównanie jest dla
          mnie najbardziej czytelne)że każdy człowiek tworzy jedyną w swoim
          rodzaju, unikalną opowieść ze swojego życia, swoich myśli,
          obserwacji, przeżyć. Kiedy człowiek umiera opowieść się urywa, ciągu
          dalszego nie ma. Nigdy się nie dowiemy co mogło być dalej. Każda z
          tych opowieści jest częścią większej całości - historii zwiazku,
          rodziny, społeczności. Dzięki temu nasza opoweść nie ginie wraz z
          nami, ale trwa w innych opowieściach. Część mnie umarła wraz z moją
          Mamą, ale część mojej Mamy żyje wciąż we mnie, w moim bracie, w
          naszych dzieciach.
      • amberka2 Re: Mamusiu... 19.02.10, 22:54
        A wspominam miesiac luty z 2008 r. To wtedy dowiedzialam , ze jestem w ciazy.
        Mama tak bardzo sie cieszyla, tyle miala planow. Wszystkim naokolo z radoscia
        oznajmiala, ze wreszcie zostanie babcia. Biedna kochana mama nawet nie
        przypuszczala, ze w lipcu dowie sie o tej strasznej chorobie, a grudniu juz jej
        nie bedzie. Ja caly czas nie moge uwierzyc , ze jej juz nie ma. Nie ma dnia,
        zebym o niej nie myslala. I caly czas nie moge zrozumiec, ze nikt nie zauwazyl
        jej choroby.
        Mama wygladala kwitnaca, dobrze sie czula, a to potworne raczysko niszczylo ja
        podstepnie i w ukryciu.

        Kocham Cie mamusiu
        • maretta111 Re: Mamusiu... 23.02.10, 10:53
          "Puki pamiętamy miłość trwa"
          • maka336 Re: Mamusiu... 23.02.10, 21:43
            Jestem tu pierwszy raz. Nie wiem gdzie pisać, jak pisać? Proszę o wsparcie. Nie umiem sobie poradzić ze śmiercią mojej mamuni. Odeszła 9 lutego 2010 roku. Mam małe dziecko, w marcu Oliweczka skończy 5 latek. Zostałyśmy zupełnie same, bez rodziny, przyjaciół, pieniędzy. Przeszłam kiedyś cieżką depresję. Teraz mam dla kogo żyć, walczyć o przetrwanie ale nie mam siły. Myślę tylko o śmierci. Kocham Oliweczkę ponad życie ale tylko Mamusia była dla nas opoką, żywicielką, podporą i aniołem stróżem!!!!! Proszę, piszcie do mnie bo strasznie się boję. Płaczę dzień i noc, nie mogę sobie poradzić z rozdzierającym bólem do szaleństwa. Tabletki mam, ale nawet one nie działają! Piszcie jak pokonać ból do szaleństwa!!!? Jestem bliska obłędu z rozpaczy. Bardzo potrzebuję przyjaciół, rozmów, spotkań. Jeszcze bardziej dobija mnie że na ten najgorszy czas w moim życiu, nie ma kto zająć się moją córeńką!Widzi jak cierpię. Jest bardzo inteligentna i rozwinięta jak na swój wiek i wszystko rozumie. A ja tak bardzo chciałabym żeby była szczęśliwa, żeby był przy malutkiej ktoś dobry, troskliwy i kochający gdy muszę załatwiać różne sprawy, albo po prostu wyjść z domu żeby się wypłakać i wykrzyczeć mój ból i stratę po mamuni. Gdybym mogła cofnąć czas ... Znowu widzieć jej troskliwą twarz i czułe ręce ... Móc przytulić i nawet pomilczeć. Chciałabym naprawić błędy, być przy mamuni ciągle. Odeszła nagle, cichuteńko. Czekała aż dojadę z moją córunią, gdy tylko weszłam-usłyszałam ostatni oddech! Żegnałam się z moim aniołem ponad dwie godziny, całowałam i ściskałam, budziłam ... Mamuniu wróć mój Aniele Złoty!!!
            "POJAWIŁAŚ SIĘ WE ŚNIE MÓJ ANIELE ZŁOTY,
            CO MUSNĄŁ SPŁAKANE POWIEKI,
            BUDZIĆ SIĘ Z NIEGO JUŻ NIE MAM OCHOTY
            - CHCIAŁABYM ZASNĄĆ NA WIEKI..."
            • dorrita79 Re: Mamusiu... 23.02.10, 22:15
              Przytulam Cię maka mocno. Przykro mi z powodu tak wielkiej straty. Ta rana tak
              strasznie świeża....
              Wiem jak boli ból, który rozdziela do szaleństwa i wiem, jak nie wiele może
              pomóc w takich chwilach.

              Przydałoby się czyjeś ramie, na którym mogłabyś się oprzeć i wypłakać. Ten ktoś
              nie musiałby mówić nic, wystarczyłoby by był.
              Nie masz żadnej przyjaciółki, która by mogła wpaść do Ciebie na wieczór, kiedy
              córa by już w łóżku spała. Mogłabyś jej powiedzieć, że nie oczekujesz rad, tylko
              wysłuchania i ramienia do płaczu.

              Jeśli nie masz..... to my tu jesteśmy dla Ciebie. Możesz pisać o swym bólu... tu
              dostaniesz zrozumienie, akceptację, wsparcie.

              Z jakiego miasta jesteś? Jeśli z Wawy...to ja służę swoją osobą

              Przytulam mocno
              Dora
              • maka336 Re: Mamusiu... 23.02.10, 23:15
                DZIĘKUJĘ CI KOCHANA, BARDZO DZIĘKUJĘ. NIE MAM NIKOGO OPRÓCZ CÓRUNI. MAMUSIA BYŁA
                DLA NAS CAŁYM ŚWIATEM!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! GDY MÓJ LOS ZMIENIŁ SIĘ NA
                GORSZE-WSZYSCY MNIE OPUŚCILI. ALE MAMUSIA KOCHAŁA NAS ZA CAŁY ŚWIAT I NIE
                BRAKOWAŁO NAM NICZEGO. MIESZKAM NA OBRZEŻACH SOSNOWCA, POD KATOWICAMI. STRASZNIE
                ŻAŁUJĘ ŻE NIE MOŻESZ TU BYĆ TERAZ ZE MNĄ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! STRASZNIE
                POTRZEBUJĘ KOGOŚ, KTO CIERPI JAK JA, ROZUMIE, NIE PYTA BO WIE, BO CZUJE TO
                SAMO!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!JUTRO MUSZĘ JECHAĆ BO GOSPODARZ KAZAŁ OPRÓŻNIĆ
                MIESZKANIE DO 2 TYGODNI BO MU ZALEŻY ŻEBY SIĘ NACHAPAĆ, WZIĄĆ PIĘKNE MIESZKANIE
                I JUŻ NA NIM ZARABIAĆ. JESZCZE PODWYŻSZYŁ CZYNSZ OD STYCZNIA I MAM ZAPŁACIĆ ZA 3
                MIESIĄCE. NIE MAM GDZIE PRZEWIEŹĆ TYLE RZECZY, MEBLI, KTÓRE MAMUSIA ZBIERAŁA 40
                LAT!!!!!!!NIE MAM TRANSPORTU, NIE MAM LUDZI DO NOSZENIA!NIE JESTEM W STANIE
                WEJŚĆ DO MIESZKANIA
                MAMUNI!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
                GDY TAM WESZŁAM, TO WPADŁAM W SZOK, KRZYCZAŁAM, BUDZIŁAM MAMUSIĘ ŻEBY
                NATYCHMIAST WSTAŁA,BO ŁÓŻKO JEST TAK POŚCIELONE,ŻE WYGLĄDA JAKBY TAM SOBIE
                SPAŁA!!!!!!!!!!!!!!NIE WIEM CO JESZCZE TAM ROBIŁAM Z ROZPACZY, BO DWA DNI BOLAŁY
                MNIE WSZYSTKIE MIĘŚNIE. KOCHANA DORUSIU, JAK ŻYĆ?
            • margolka-and-more Re: Mamusiu... 24.02.10, 02:06
              Ja sobie powtarzałam, że na początek trzeba jakoś przeżyć kolejny
              dzień. Tylko jeden. Potem kolejny. I dalej, i dalej... Dać płynąć łzom
              choć wtedy, gdy dzieci śpią. I próbować opowiadać. Słałam maile na
              drugi koniec świata, dosłownie. I do Nieba też. Właściwie do dziś tak
              robię...
              Mocno przytulam, najmocniej. Ciebie i malutką też. Szkoda, że jestem na
              drugim końcu Polski...
            • mala_1984 Re: Mamusiu... 24.02.10, 13:24
              Droga Maka, od odejścia mojej ukochanej mamy mija już 6 miesiąc. Nieuchronnie
              nadchodzi 7my... Kazdy mowil czas, czas, czas, potrzebny jest czas. Powiem Ci
              bol nie mija, chyba nigdy nie minie, jednak przybiera on inna formę.
              Rzeczywiscie na poczatku jest on tak silny, że tchu brakuje, ze oddychać nie
              można. Rozpacz wielka nieporównywalna do niczego. Jak my tu wszyscy dobrze ten
              stan rozumiemy. Tak naprawdę nie ma niestety gotowej recepty jak dalej żyć.
              Każdy chyba indywidualnie musi znaleść jakiś sposób by nie oszaleć. Mi pomagało
              gdy mowiłam do mamy, rozmawiałam z nią. Bardzo mi to pomagało, dlatego może
              teraz jest mi tak ciężko bo już tego nie robię, coś we mnie pękło i przestałam
              mowić do mamy. Czasem jednak mnie nachodzi i naprawdę mi to pomaga.
              Przepisywanie emocji na papier to również dobry sposób polecany przez
              psychologów i oczywiście pisz tutaj, do NAS, to naprawdę pomaga, może jedynie
              odrobinę, ale zawsze...

              Co do ludzi, wiesz ja na początku też myślałam że nikogo wokół mnie nie ma,
              chyba rzeczywiście znajomi się odsuneli, dalsza rodzina także. Ostatnio kolega
              mi powiedział, że nie odzywał się do mnie bo nie wiedział jak ze mną rozmawiać,
              co powiedzieć. Nawet go rozumiem i innych także. Ludzie myślą, że my w żalobie
              potrzebujemy spokoju i z nikim nie chcemy rozmawiać, nic bardziej mylnego
              oczywiście, my chcemy krzyczeć z tej rozpaczy.
              Maka może masz zaprzyjaźnioną sąsiadkę, bliską koleżankę. Czasem niewielki gest
              z naszej strony pokazujący potrzebuję wsparcia, przyjdź, posiedź ze mną
              wystarczy. Pokaż komuś z otoczenia, że potrzebujesz aby po prostu był. I
              najważniejsze - PAMIĘTAJ MASZ DLA KOGO ŻYĆ!!!!! TWOJA CÓRECZKA TO WIĘCEJ NIŻ
              STADO ZNAJOMYCH.
              Pozdrawiam Cie ciepło i przyjmij ode mnie głębokie wyrazy współczucia.
            • annubis74 Re: Mamusiu...do maka336 24.02.10, 18:43
              Dziś mija dokładnie 8 miesięcy od śmierci mojej Mamy. Dziś mój ból
              jest inny, ale pamiętam te pierwsze tygodnie i miesiące po odejściu
              Mamy. Mam wrażenie że organizm jakoś się znieczula, bo wszystko
              wydawało mi się snem, czymś nierealnym i odległym co dzieje się poza
              mną. Płakałam caly czas. Nadal są takie dni kiedy trudno mi
              zatamować łzy. Moja syuacja była o tyle lepsza że był przy mnie mąż,
              mam rodzinę Tatę i Brata. Twoja rana jest bardzo, bardzo świeża i
              rozumiem, ze potrzebujesz pomocy i wsparcia. Pisz tu na forum, tu
              możesz wypłakać swój ból. Ale znajdź też może kogoś - koleżankę,
              sąsiadkę, ciotkę, kogoś kto pomoże Ci w tych trudnych chwilach, kto
              zajmie się córeczką, kto będzie przy Tobie. Z tego co piszesz jesteś
              zdana na własne siły, ale moze jest ktoś kto w realu poda Ci pomocną
              dłoń. Możepowinnaś też odwiedzić lekarza, poszukać pomocy. Przytulam
              mocno, mocno, bądź dzielna.
            • maka336 Re: Mamusiu... 25.02.10, 21:36

              Czy jest coś gorszego niżeli śmierć? Życie, jeśli pragniesz umrzeć. — Seneka Młodszy
              • annubis74 Re: Mamusiu... 26.02.10, 14:01
                To prawda co napisałaś. Na początkowym etapie żałoby też mówiłam że
                wolałabym nie żyć. Pewnie większość z nas tak się czuła.
                Kiedy zmarła moja Mama ktoś mi powiedział najtrudniejsze jest
                pierwsze pół roku, później życie robi swoje. To prawda, po jakimś
                czasie zauważamy, mimo rozpaczy, ze jest piękny słoneczny dzień, że
                idzie wiosna, zaczynamy rozmawiać z ludźmi nawet o rzeczach
                nieistotnych, codziennych, a oni pewnie myślą, ze to znak ze już nic
                nas nie boli.
                Twoja rana jest bardzo świeża. Wierz mi wiele czasu musi minąć zanim
                oswoisz się z myślą o stracie i nauczysz się jakoś z nią żyć.
                Poszukaj jakiejś życzliwej duszy, jakiegoś wsparcia, samej będzie Ci
                strasznie trudno.I myśl o swojej córeczce - mnie własnie moje
                dziecko daje siłę by się podnosić z kolan. Przytulam
    • mocnakrysia Re: Mamusiu... 24.02.10, 08:21
      Wiem jak bardzo to boli, w poniedziałek minęło 2 miesiące jak odeszła moja
      mamusia. Każdy dzień jest torturą ,ale żyję jakoś funkcjonuję.Masz córeczkę, ona
      też przeżyła traumę i pewnie bardzo cię potrzebuje, bardziej niż kiedykolwiek.
      Mnie osobiście bardzo pomógł pomysł Grażynki - pisanie listów w specjalnym
      zeszycie. Piszę te listy (bez odpowiedzi oczywiście) kiedy tęsknota i ból jest
      nie do ogarnięcia i to w jakiś sposób mi pomaga trochę wycisza.
      • maretta111 Re: Mamusiu... 24.02.10, 11:39
        Maka pisz w zeszycie, pisz tu, próbuj w jakikolwiek sposób znaleźć
        ukojenie,córcia potrzebuje ciebie, jej też zabrakło ukochanej babci jak chcesz
        to pisz na gazetową
        maretta111@gazeta.pl
        Sercem jestem z Tobą. Marta
        • maka336 Re: Mamusiu... 24.02.10, 20:07
          Bardzo Wam Wszystkim dziękuję. Dziękuję że jesteście! Czuję Waszą bliskość, Jestem z Wami sercem i myślami. Nie jestem jeszcze w stanie pisać, to co chcę wykrzyczeć,dusza boli, zbyt wielka rozpacz!To dopiero 15 dni! Kiedyś pisałam krótkie opowiadania do takich kobiecych czytadeł, a teraz nie umiem nic napisać. Wszystko jest chaotyczne i nieskładne. Piszcie Kochani, do mnie, do ludzi potrzebujących wsparcia. Trzymajmy się razem. Bardzo Was potrzebuję. Łączę się z wami w cierpieniu.
          • margolka-and-more Re: Mamusiu... 24.02.10, 22:11
            Jesteś bardzo dzielna, wiesz?... Ja na to forum kilka miesięcy zaglądałam, szukałam kogoś, kto ma jak ja,znajdowałam, ale musiało upłynąć duuuużo czasu, żebym odważyła się zalogować... To dla Ciebie, Maka.Jeden z moich ulubionych wierszy:
            Podaj mi rękę. Tylko tyle mamy
            Ciepła co w sobie jak kubek podamy
            Z wrzącą herbatą. Zapal jakieś słowo
            A ja zapalę inne jak lampę naftową
            Może ten mróz podniebny jakoś przeczekamy
            Podniosę lampę, zobaczę - a może
            Ktoś jeszcze obok czuwa choć go nie widzimy
            Może ten blask mu usta zamknięte otworzy
            I powie: Obok nas czuwają inni.

            Zaszeptaj. Niech odszepcą. Krzyknij. Niech odkrzykną.
            Popatrzmy dobrze w tę noc trzaskającą
            Podnieśmy płomyk niech wszyscy przeliczą
            Ilu nas jest...
            (E.Bryll)
      • mocnakrysia Re: Mamusiu... 24.02.10, 20:56
        Rozumiem twój ból, jeszcze teraz chwilami chodzę odrętwiała i wyję po kilka
        godzin zwłaszcza jak sama siedzę w domu. Brak mi uśmiechu mamy,
        telefonów,odwiedzin, przytulania a i połajania i zrzędzenia ,brak mi jej po
        prostu namacalnie. Ale nic nie poradzimy nikt nam mamy nie zwróci nie odda.
        Musimy się nauczyć bez niej żyć ,ale zapomnieć się nie da. Kocham moją mamę i w
        moim sercu zostanie do końca moich dni ,a może jeszcze kiedyś się spotkamy ,jak
        niektórzy twierdzą. Pozdrowienia i przytulam cię mocno.
        • olaopolanka Re: Mamusiu...do Maka336 24.02.10, 21:40
          Ja tez stracilam moja ukochana Mame to tak boli, dlatego bardzo mocno Cie tule i
          Twoja coreczke, pamietaj nie jestes sama...
          • maka336 Re: Mamusiu...do Maka336 25.02.10, 21:57
            TAK OLUNIU, TO TAK STRASZNIE BOLI I NIC NIE JEST W STANIE UŚMIERZYĆ TEGO BÓLU. W
            TAKICH NAJGORSZYCH MOMENTACH ŻYCIA, POTRZEBNA JEST RODZINA I PRZYJACIELE. NIE
            WIEM JAK TO SIĘ STAŁO ŻE ZOSTAŁYŚMY Z OLIWECCZKĄ SAME NA ŚWIECIE? ZAWSZE BYŁAM
            SAMOTNIKIEM, MIAŁAM WIELE ZAINTERESOWAŃ I WYSTARCZAŁY MI CODZIENNE ROZMOWY Z
            MAMUSIĄ PRZEZ TELEFON. MOGŁYŚMY GODZINAMI ROZMAWIAĆ O PARAPSYCHOLOGII,
            ZJAWISKACH PARANORMALNYCH ALE TAKŻE O NICZYM, GDY DOPADAŁY NAS MAŁE, LUB DUŻE
            SMUTECZKI ... CHCIAŁABYM POSIADAĆ CHOĆ 1/100 CZĘŚĆ TEJ WIEDZY JAKĄ POSIADAŁA
            MOJA NAJDROŻSZA MAMUNIA. BYŁA NIETUZINKOWA. CAŁE ŻYCIE UCZYŁA SIĘ, MIAŁA BARDZO
            SZEROKIE GRONO ZNAJOMYCH. ZAWSZE SZANOWANA I PODZIWIANA. I NAGLE ... CZARNA
            DZIURA!!! DZWONIĘ DO MOJEGO ANIOŁA ALE NIKT NIE
            ODBIERA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! OLIWECZKA MÓWI: MAMUNIU,
            POWIEDZ ŻEBY BABUNIA OPOWIEDZIAŁA MI BAJKI NA DOBRANOC, ZADZWOŃ JESZCZE RAZ, A
            CZY MOŻE SIĘ ZE MNĄ Z NIEBA POBAWIĆ W NASZ TEATRZYK,ALBO SMOKA GRUBELOKA? WTEDY
            WYCHODZĘ WYKRZYCZEĆ BÓL I PŁACZĘ, WYJĘ GODZINAMI. NIE UDŹWIGNĘ TEGO WSZYSTKIEGO
            SAMA. NIKT NIE MOŻE ZOSTAĆ ZUPEŁNIE SAM!!!! DLACZEGO? DLACZEGO? DLACZEGO?
            PRZECIEŻ BYŁA NAM POTRZEBNA NAJBARDZIEJ NA
            ŚWIECIE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! PRZECIEŻ MODLIŁAM
            SIĘ, ŻEBY ŻYŁA JAK NAJDŁUŻEJ DLA NAS!!!!!!!!!!!!!!!!! OBIECAŁA MI ŻE NAS NIE
            OPUŚCI, OBIECAŁA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! BYŁA SCHOROWANA, ALE ODESZŁA TAK NAGLE,
            CICHO, W DOMU, ZASNĘŁA W FOTELU. NIEBO BYŁO TAK SAMO BŁĘKITNE, ALE JA WIDZĘ JUŻ
            TYLKO CZARNE DZIURY!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    • annubis74 Okruchy wspomnień 25.02.10, 13:53
      Chociaż pamięć poduswa mi przeważnie te straszne chwile kiedy
      choroba błyskawicznie i nieubłaganie niszczyła Twoje ciało, to ja
      chcę Cię pamiętać inaczej...
      Pamiętam Cię w bursztynowym świetle lampki nocnej, zaczytaną w
      kolejnej książce, w Twoich oczach wzruszenie lub rozbawienie.
      Pamiętam ten mimowolny gest, kiedy zasłaniałaś dłonią usta, żeby
      powstrzyamć szloch wzruszenia albo nagły wybuch śmiechu.
      Pamiętam Twoją oranżową bluzkę w czarne motyle, sama ją uszyłaś
      (zdolna byłaś, mnie nie przekazałaś takich umiejetności). Bylam malą
      dziewczynką, a wciąż pamiętam jak wybierałaś się w tej bluzce na bal
      karnawałowy, a ja stałam i patrzyłam i chciałam być tak śliczna i
      kobieca jak moja Mama gdy dorosnę.
      Rzadko mi mówiłaś ze jesteś ze mnie dumna, ale jak mówiłaś to to
      bylo święto. Chcę tak żyć zebyś była ze mnie dumna. Kocham Cię
      Mamusiu
      • maretta111 Re: Okruchy wspomnień 25.02.10, 15:30
        Ach te wspomnienia, ciągle do nich wracamy, czasem wycisną łzę a innym razem
        wywołają uśmiech na twarzy, tylko to nam pozostało. Tulę ciebie mocno.
        • bie-tka Re: Okruchy wspomnień 25.02.10, 22:54
          Mam wspaniałą mamę więc wiem jak Ci ciężko, żadne słowa nie ukoją
          bólu, pomogą doraźnie na krótko, wiem,bo straciłam Synka, choć
          zawsze bałam się śmierci swojej mamy....Wsparcie mamy jest w
          dorosłym życiu bardzo ważne, wrecz najwazniejsze. Moja mama mnie
          teraz wspiera bardzo mocno. Cieszę się że JEST i bardzo współczuję
          Ci że Twoja Mama odeszła. Myślę jednak że miłość Matki jest
          ponadczasowa, ponadwymiarowa i że Twoja Mama wspiera Cię również.
          Bardzo ciepło Cię przytulam i pozdrwaiam serdecznie. Ela.

          *została wiara i nadzieja*
          • margolka-and-more Re: Okruchy wspomnień 25.02.10, 23:25
            Miłość. Z trzech Boskich cnót Tam zostaje tylko miłość. A nam, tu - gdy
            już nie starcza wiary, gdy nadzieja zawodzi - zostaje miłość.
            Potężniejsza od śmierci. Gorąco w to wierzę.
            • bie-tka Re: Okruchy wspomnień 25.02.10, 23:52
              Miłośc jest niezmienna, Tu czy Tam istnieje ciągle,nie zmienia się,
              nie maleje, wzrasta, pozostaje. Nam tutaj, po stracie pozostaje
              Nadzieja poprzez Wiarę, w sensie Bóg- Życie Wieczne. Choć cieżko
              uwierzyć na 100% (sama mam z tym problem choc sie staram) to myśle
              że warto, bo żadne inne "wyjście" nie przynosi ulgi, nie uwalnia od
              bólu straty. To moje zdanie na dzis, co bedzie jutro nie wiem...
              Tulam ciepło Ela.
              • margolka-and-more Re: Okruchy wspomnień 26.02.10, 10:44
                Bardzo, bardzo dziękuję Ci za ten wpis, który tulił mnie wczoraj na
                dobranoc... Masz tak samo na imię jak moja K. Która nie była moją Mamą,
                a była jak Mama... Czego się opowiedzieć nie da. Myślę, że Ona
                powiedziałaby mi to samo, co Ty... Dziękuję.
          • annubis74 Re: Okruchy wspomnień 26.02.10, 13:53
            Elu (moja Mama miała tak na imię), dobrze że mamy się na kim oprzeć.
            To i tak duze szczęście w tej rozpaczy. NIgdy nie wiemy jak nas
            życie zaskoczy, a zwykle uderza z zupełnie niespodziewanej strony.
            Wsparcie mojej Mamy, więź z nią była tak silna, że teraz czuję się
            zupełnie bezradna i zagubiona. Dlatego tak mocno chcę wierzyć, że
            ona jest ze mna w jakiś sposób.
            Choć mimo wszystko, myślę ze nic nie może równać się z bólem po
            stracie dziecka. Mocno Cię przytulam życzę Ci dużo sił
    • mocnakrysia Re: Mamusiu... 27.02.10, 19:54
      Dziś byłam na cmentarzu.Uporządkowałam twój grób bo po pogrzebie mróz i śnieg
      uniemożliwiał robienie czegokolwiek. Zapaliłam znicz ,popłakałam się. Mamo to
      nie tak miął wyglądać ten rok. Miałaś w maju być na I komunii prawnuczka ,w
      sierpniu na weselu wnuczka a nie leżeć na cmentarzu. Jak ja mam bez ciebie
      przeżyć te wszystkie uroczystości rodzinne które czas nieuchronnie zbliża.
      • maka336 Re: Mamusiu... 28.02.10, 20:15
        Mamusiu, Mamuńku, Mamusieńko Wróć!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
        Kocham Cię!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
        Nie potrafię żyć bez Ciebie Mamuś, ból jest zbyt wielki, boję się, że dłużej tego nie zniosę!!!Twoja wnusia Oliwunia, ciągle mówi o Tobie i pyta, czy już nigdy nie pojedzie do Babuni?Ani do teatrzyku?Ani do kina?Do zoo?Do wesołego miasteczka? Nad morze? A ja Mamuńku cała sztywnieję, oblewa mnie zimny pot i dreszcze przeszywają całe ciało, nie mogę wykrztusić słowa, a potem krzyczę z bólu, wyję! To 20 dzień bez Ciebie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
        Są chwile, kiedy myślę, że już oszalałam z rozpaczy, wtedy boję się jeszcze bardziej i dochodzi strach, panika o Mojego Skarba, Oliweczkę!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
        Mam tylko Ją, Kocham Moją Piękną Laleczkę ponad życie, ale ból i tęsknota za Tobą Mamuś są tak silne że nie mogę tego udźwignąć!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
        Kocham Cię Mamuś, Kochałam, Kocham, Zawsze będę Kochać.Czuję Twoją Obecność zawsze i wszędzie. Wiem, że moja rozpacz przeszkadza Ci tam w Niebie być Szczęśliwą, Wybacz mi ...
        maka336
    • annubis74 Re: Mamusiu... 05.03.10, 14:37
      Mamusiu, znów jest gorzej. Tęsknię bardzo. Znów ostatnie dni
      uświadomiły mi boleśnie jak wszystko jest inne. Urodziny brataniczki
      też były smutne mimo prezentów, tortów i tego że wszyscy staraliśmy
      się zachowywać normalnie. Ten smutek który wisi w powietrzu. Te
      życzenia składane półszeptem i łamiącym się głosem. O moich
      urodzinach mało kto pamietał. Ale miałam sen. W urodziny. Że
      wróciłaś, weszłaś do pokoju piękna i promienna, złożyć mi życzenia.
      OKazało się że to miał to być taki "dowcip", że ktoś powiedział że
      umarłaś. To było absurdalne, bo gdyby ktoś zrobił taki dowcip to bym
      go chyba udusiła gołymi rękami, ale we śnie tak się cieszyłam ze
      jesteś, że żyjesz, że nawet nie miałabym pretensji o tak bezduszny i
      okrutny kawał. Mamo, tak Cię kocham
      • kath31 Re: Mamusiu... 06.03.10, 15:27
        Może Mama chciała Ci powiedzieć przez ten sen, że śmierć nie istnieje. tylko
        przejscie do innego życia, gdzie nie ma bólu i cierpienia, gdzie jest
        szczęśliwa. Może to taki prezent od Niej na urodziny, że mogła w ten sposób do
        Ciebie przyjść i Cię pocieszyć.
    • olaopolanka Re: Mamusiu... 06.03.10, 16:53
      Mamo, tak strasznie tesknie za twoim zapachem, glosem,
      usmiechem,gestami,przytuleniem, za Twoja obecnoscia Mamo, za poczuciem
      bezpieczenstwa,ktore mi dawalas, za nasza wspolna poranna kawa...
      Mamo wtulam sie w Ciebie, prosze BADZ.
      • maka336 Re: Mamusiu... 08.03.10, 22:41
        Jutro wtorek,9 marca,równy miesiąc,gdy odeszłaś Mamuniu w inny wymiar.Ale jutro też są urodzinki Twojej Najukochańszej Wnuczuni Oliwuni. Mamuś Najdroższa,planowałyśmy te 5-te urodziny od wielu miesięcy,miały się odbyć u Ciebie,częściowo zaprosiłyśmy gości.Nie wiem jak przetrwam tą uroczystość?Nawet nie umiem sobie tego wyobrazić!!!Chciałabym wszystko odwołać,ale nie mogę tego zrobić Oliwce i Tobie Mamuniu!!!Wiem,że będziesz z nami,już dziś czuję Twoją obecność,intensywniej niż dotąd.Mamuś,co chciałaś nam przez to powiedzieć włączając wielokrotnie dvd i bajkę?Oliwcia się przestraszyła i od razu powiedziała:zobacz mamuniu,to Babunia mi włącza bajkę,ale ja się troszkę boję. A ja tuliłam to miejsce przed dvd,czułam Cię Mamuniu,prawie namacalnie.Powietrze było gęste... Mamuś,Kochamy Cię!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
        • kath31 Re: Mamusiu... 10.03.10, 14:50
          Też tęsknie za moją Mamuś. Minęlo 34 dni dopiero odkąd odeszła. Tak
          mi brakuje jej dotyku, obecności, ciepła.
          Ciągle nie mogę sobie wybaczyć dlaczego nie wzielam zwolnienia z tej
          pieprzonej pracy. Tak się nią przejęlam, że nie dostrzeglam, albo
          udawalam że nie widzę jak cichutko odchodzi moja Mama. Straciłam
          bezcenne chwile. A tak jej obiecywalam ze tylko do stycznia i bede
          juz z Nią, a bylam tylko tydzien i weekendy...Ciągle wierzylam ze to
          jeszcze nie teraz ze to będzie z nami do lata, a na pewno do wiosny.
          Moj egoizm przeraza mnie, będe sie samobiczować wyrzutami...
          • maka336 Re: Mamusiu... 10.03.10, 23:53
            MAMUŚ,KAŻDY KOLEJNY DZIEŃ BEZ CIEBIE JEST INNYM CIERPIENIEM!!!PRZEŻYWAM RÓŻNE
            STANY ŻAŁOBY,OD ROZPACZY DO OBŁĘDU,PO AGRESJĘ I ZŁOŚĆ!!!NIE WIERZĘ,ŻE BÓG MÓGŁBY
            NAM CIĘ ZABRAĆ I POZOSTAWIĆ SAME NA ZIEMI!!!NIEMOŻLIWE,ŻEBY BYŁ AŻ TAK
            ZŁY!!!KIEDY SIĘ OBUDZĘ Z TEGO KOSZMARNEGO SNU I ZADZWONISZ ŻEBYŚMY PRZYJECHAŁY
            NA OBIADEK?MIAŁYŚMY W MAJU JECHAĆ NAD MORZE!!!OBIECAŁAŚ OLIWUNI!!!OBIECAŁAŚ
            MNIE!!!OBIECAŁAŚ,ŻE NAS NIE ZOSTAWISZ!!!WRÓĆ,MAMUŚ,WRÓĆ,BO SERCE MI PĘKNIE Z
            ROZPACZY!!!KOCHAM CIĘ TAK MOCNO,ŻE CHCĘ IŚĆ DO CIEBIE!!!
    • lekarzyk30 Re: Mamusiu... 12.03.10, 12:26
      03.03.2010 o godz.09.10 odeszła Moja Ukochana Matka.
      Przeczytałem wszystkie Wasze wypowiedźi, kilkakrotnie się
      wzruszając. Obiecałem sobie, że sam też coś od siebie napiszę....
      Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie.
      • annubis74 Re: Mamusiu... 12.03.10, 13:46
        współczuję i wiem jak bardzo Cię boli. pozdrawiam
        • lekarzyk30 Re: Mamusiu... 13.03.10, 22:29
          Tyle jeszcze chciałem swojej mamie powiedzieć.... za tyle rzeczy
          podziękować, było też za co przepraszać...
          Niestety wiadomość o udarze mózgu mojej kochanej matki spadła na
          mnie jak grom z jasnego nieba. Ból był tym potworniejszy, że
          dowiedziałem się o tym zdarzeniu będąc za granicą. Natychmiast
          chciałem wracać do kraju, do szpitala, do rodzeństwa i taty, którzy
          byli przy mamie. Płakałem jak małe dziecko, wszechogarniający smutek
          i poczucie olbrzymiej straty rozdzierał, zresztą nadal rozdziera
          moje serce. Jak tylko znalazłem się w swoim pokoju hotelowym,
          upadłem na kolana i prosiłem Boga ze łzami w oczach, aby pozwolił mi
          zdążyć wrócić do kraju i pożegnać się z mamą, jeżeli to właśnie nią
          zapragnął powołać do siebie. Zdążyłem... Prosto z lotniska do
          szpitala, a tam widok, którego nie zapomnę do końca swojego
          życia...Była w śpiączce podpięta do aparatury medycznej -
          monitorujacej jej funkcje życiowe. Brat złapał mamę za jedną, a ja
          za drugą dłoń. Krzyczeliśmy do niej ,,mamo wstawaj, obudź się Twoi
          chłopcy przyjechali" licząc, że nas usłyszy i wybudzi się z tego
          głębokiego snu. Nagle, uświadomiłem sobie, że moja mama, która tak
          dużo i chętnie zawsze mówiła, nie jest w stanie i co więcej
          niewiadomo czy kiedykolwiek będzie w stanie jeszcze coś do nas
          powiedzieć. Natychmiast zadzwoniłem do pracy, że biorę urlop i nie
          będzie mnie kilka dni, chciałem być przy niej tak długo jak było to
          tylko możliwe. Opowiadliśmy jej z bratem i siostrą o wszystkim tym,
          co najbardziej lubiała. Zauważyliśmy, że w dołkach ocznych pojawiają
          się łzy, właśnie wtedy kiedy mówiliśmy, że będziemy wychodzić, bo
          czas odwiedzin dobiega końca, czyżby zbieg okoliczności, a może ona
          jednak nas słyszy? Tak słyszała nas, jesteśmy tego pewni. Udar mózgu
          obejmował lewą półkulę, aż do potylicy, a więc prawa część ciała
          pozostawała sparaliżowana. Jednak lewa ręka, która miała na tyle
          władzy, że opuszkami palców była w stanie dotykać naszych twarzy,
          nas w tym utwierdziła...tak nie tylko, że nas słyszała, ale i
          rozpoznawała po dotyku, przecież każda matka rozpozna swoje dziecko
          po dotyku i wie nawet, które to spośród nich.
          Całą noc nie dzwonił telefon, a więc nie dzwonili też ze szpitala, w
          takim przypadku brak informacji, to dobra informacja. Pojechałem po
          brata, sisotra miała dojechać chwilkę później i pojechaliśmy do
          mamy, jak to określiliśmy kontynuować ,,akcję pobudka''.
          Brat poszedł do sali gdzie leżała mama, a ja zapytałem lekarza raz
          jeszcze o jej stan, wcześniej pytała siostra. Usłyszałem to czego
          tak bardzo nie chciałem usłyszeć. Pomyślałem, medyczny punkt
          widzenia to jedno, ale przecież cuda się zdażają. Podszedłem do mamy
          i podałem jej swoją prawą dłoń na, której noszę obrączkę, zaczęła
          dotykać moje palce,każdy po kolei, a następnie przez chwilę
          przytrzymała obrączkę. Po chwili podałem drugą swoją dłoń, na której
          noszę różaniec, jakie było nasze wszystkich zdziwienie, gdy
          zauważyliśmy, że człowiek, który cały leży jak kłoda,jest jakby
          uwięziony w swoim ciele, ma zamknięte oczy i od czasu do czasu
          głośno chrapie,rozpoczyna obkręcąć ten różaniec wokół palca. To była
          chyba ostatnia z modlitw razem odmówionych. Przez dwa tygodnie i
          jeden dzień od wystapienia udaru jeździliśmy codzienie do szpitala,
          żeby być jak najbliżej przy kimiś kto w całości poświęcił dla nas
          swoje życie. Niestety przyszedł ten dzień ostatni, dokładnie o godz.
          9.10 jej serce zabiło dla nas po raz ostatni. Jej choroba, a w
          następstwie śmierć zbiegła się akurat z okresem Wielkiego Postu
          obchodzonego w Kościele Katolickim. Rekolekcje jakie przeżyliśmy z
          rodziną przy łożu śmierci, były czymś bolesnym, ale zarazem bardzo
          wyjątkowym i wymownym. W pierwzej chwili po śmierci ogromny żal i
          rozgoryczenie kierowane do wszytskich łącznie z lekarzami, przecież
          nie tak miało być. Żona brata w ciąży, miała się mama o tym
          dowiedzieć 8 marca w dniu kobiet, najstarsza wnuczka I komunia św. i
          to już niebawem,bo w maju, przecież miałaś już upatrzoną garsonkę.
          Przez kilka dni refleksji, szukałem jakiegoś pocieszenia w całej tej
          okropnej i traumatycznej dla nas sytuacji. Pomyślałem, każdy z nas,
          z rodzeństwa choć ma małe dzieci jest już w pełni usamodzielniony,
          mieszka na swoim, a jakby Cię zabrakło nam mamo wcześniej? Pomogło
          może na 5 albo 10 minut za chwilę znów pytania bez odpowiedzi.

          Twoj pogrzeb pokazał jak bardzo byłaś lubianą osobą. Przyjechałaś na
          Śląsk za pracą, byłaś bardzo młoda wtedy i nie miałaś tutaj nikogo.
          Zdobyłaś zawód, w którym przepracowałaś większość swego życia. Nie
          było dla Ciebie rzeczy niemożliwych...Jaka Ty byłaś mocna. Kobieta,
          która przybyła do miasta z malutkiej wsi, a właściwie przysiółka
          przynależącego do tej wsi..8 domów i nic więcej. W dniu pogrzebu
          miałaś pełny kościół tych, którzy towarzyszyli Ci w tej ostatniej
          drodze...Tak wielu krewnych, byli dawni i obecni rządzący naszym
          mias tem, nawet dwukrotny medalista olimpijski. Rekordowa chyba
          liczba sąsiadów i znajomych jak na dzisiejszą miejską znieczulice.
          Dwóch księży koncelebrowało Twoją Mszę Św. pogrzebową...Mamo nie
          wiem czy wszystko zapamiętałem z Twojej szkoły życia...Jestem z
          Ciebie taki dumny...Szkoda tylko,że ta lekcja skończyła się
          przedwcześnie...
          Napiszę jeszcze na tym forum o Tobie bo to daje chwilowe
          wytchnienie.
          • olaopolanka Re: Mamusiu...do lekarzyk30 13.03.10, 22:46
            Twoja Kochana Mama na pewno wiedziala, ze jestes przy Niej i na pewno
            rozpoznawala Cie. Z moja Mama /po ciezkim zawale/bylo podobnie, byla uwieziona w
            swoim ciele, porozumiewalismy sie za pomoca oczu e jednak wszystko bylo
            zrozumiale, Mama takze miala czesto lzy w oczach.Mysle, ze to byla MILOSC, u
            Ciebie tak samo.Lacze Cie z Toba w bolu i pozdrawiam cieplo.
          • annubis74 Re: Mamusiu...do lekarzyk30 15.03.10, 14:38
            Dobrzeże zdecydowałeś się napisać o swojej Mamie. Mówienie, pisanie
            o naszych ukochanych bliskich przynosi chwilową ulgę (sama to wiem).
            Płakałam czytając to co napisałeś bo przypomniało mi się jak moja
            Mama walczyła o życie w szpitalu. Tylko ja się z nią nie pożegnałam.
            Do końca nie zdawałam sobie sprawy, nie przyjmowałam do wiadomości
            tego, że Mama może odejść. Pamiętam wściekłość kiedy mój Tata
            zasugerował coś akiego. BYłam wściekła na niego że w ogóle mógł tak
            pomyśleć, że takim myśleniem wprowadza jakąś złą energię. Ja do
            końca wierzyłam że Mama wyzdrowieje. Teraz wiem jak naiwna była to
            wiara.
            Pozdrawiam Cię i życzę dużo siły
    • mocnakrysia Re: Mamusiu... 14.03.10, 10:13
      Pisz o swojej mamie i o swoich uczuciach do niej będzie ci lżej. W realu nikt
      tego nie chce słuchać. Ludzie uważają że jak człowiek umiera i jest pochowany to
      sprawa zamknięta i o tym się nie mówi . Człowiek który kochał swoją bliską osobę
      chce postępować akurat odwrotnie. To jest takie miejsce gdzie każdy cię wysłucha
      i zrozumie bo nasze uczucia i myśli są takie same. Moja mama zmarła 22.12.2009r
      niecałe 3 miesiące temu. W wigilię był jej pogrzeb. Znowu nadchodzą święta,
      nawet nie wiesz jak się ich panicznie boję.
    • annubis74 Wiosna... 19.03.10, 14:58
      Wiosna już, Mamusiu, wiosna idzie. Pachnie już nią powietrze... Dziś
      byłyśmy z Malutką na długim wiosennym spacerze, gdybyś ją widziała
      jak chlapie się w kałużach. Wiosna... tak chciałabym Cię zobaczyć
      przed domem, porządkujacą grządki po zimie, sprawdzającą czy
      pojawiaja się kiełki wisoennych kwiatów. W tym roku nie zakwitną
      przed waszym domem hiacynty, żonkile czy przebiśniegi. Ani
      szafirki... Nie pojedziesz już do centrum ogrodniczego wybrać nowe
      rośliny do ogrodu. Nie będziemy cieszyć się wiosną w waszym
      ogrodzie. Mamo, myślałam że miłość, nadzieja i wiara potrafia
      przenosić góry, że potrafią zdziałać cud. Dałam sie nabrać na slogan
      reklamowy pana B.
      • annubis74 Książka 28.04.10, 21:52
        Wiesz, Mamusiu, jedna z tych rzeczy, bez których trudno jest się
        obejść to czytanie. Ale trudno mi czytać, bo ta czynność tak bardzo
        jest z Tobą zwiazana. Pamiętasz, ile razy kupiłam lub dostałam nową
        książkę Ty rezerwowałaś sobie do niej prawo pierwszeństwa. Teraz
        kupuję coś nowego i nie mam komu o tym powiedzieć. Mam nadzieję że
        jeśli jest niebo to tam na niebiańskich półkach stoją wszystkie,
        warte przeczytania książki, które umilaja przedłużajacą się
        wieczność. Sięgnij po "kartki z białego zeszytu". Ta książka jest
        czasem jak Twoja dłoń wyciągnięta, która gładzi mnie po twarzy,
        przytula i ociera łzy. Czytam ją po woli, boję się skończyć.
        Niektóre zdania jakby ktoś wyczytał w mojej głowie: "Ja będąc w w
        tym momemncie życia najbardziej potrzebowałam od swojej mamy
        obecności. I docenienia tego, ze sobie poradziłam i radzę.
        Potrzebowałam jej doswiadczonnego spokoju na którym mogę się oprzeć.
        (...) Kogoś kto mnie zna i bez słów wie, że teraz przydałby się
        kwadrans snu (...) Mama mamy."
        A Ciebie Mamo nie ma przy mnie. I nie ma nikogo, kto by mnie znał
        tak jak Ty i pod maską względnego spokoju i niby-pogodzenia odczytał
        jak bardzo to wszystko jest nie takie. Jak mi źle bez Ciebie. I nie
        ma nikogo kto cieszyłby się z moich sukcesów i utulił w smutku.
    • mocnakrysia Re: Mamusiu... 21.03.10, 13:15
      Jesteś w tej wieczności już 3 miesiące. Coraz gorzej znoszę pustkę którą po
      sobie zostawiłaś.Jest już wiosna idą święta bez ciebie. Mamo jak to przeżyć jak
      się pogodzić z tym .
      • maka336 Re: Mamusiu... 21.03.10, 19:28
        MAMUŚ NAJDROŻSZA,BOJĘ SIĘ TYCH NADCHODZĄCYCH ŚWIĄT ... NIE DAM RADY ...
        JAK MAMY ZASIĄŚĆ DO ŚWIĄTECZNEGO ŚNIADANIA? SAME ... TYLKO JA I OLIWUNIA ...?
        NIE MA NIKOGO,WSZYSCY NAS OPUŚCILI W BIEDZIE I NIESZCZĘŚCIU!!! KOCHAMY CIĘ
        NAJUKOCHAŃSZY NASZ ANIELE!!! OLIWCIA NIE POZWALA MI PŁAKAĆ, MÓWI: MAMUNIU,NIE
        PŁACZ JUŻ,BABUNIA JEST NASZYM ANIOŁKIEM I JEST JEJ SMUTNO,ŻE TAK CIĄGLE
        PŁACZESZ!!! WIDZISZ MAMUŚ,JAK TO DOBRZE,ŻE OLIWKA NIE MA MOJEGO CHARAKTERU,ŻE
        JEST SILNA I MĄDRA!!! MA DOPIERO 5 LATEK,ALE WIDZĘ,ŻE MOGĘ SIĘ OD NIEJ WIELE
        NAUCZYĆ!!!JA JESTEM DO NICZEGO,ZAWSZE TAK BYŁO. JESTEM MIĘCZAKIEM I
        NIEUDACZNIKIEM I NIE WYOBRAŻAM SOBIE ŻYCIA BEZ CIEBIE!!!BARDZO CIĘ KOCHAMY!!!
    • sylwiunia81 Re: Mamusiu... 08.05.10, 20:49
      Witam jestem tutaj pierwszy raz...chociaż od śmierci mojej mamy
      minęło 5 miesięcy.... 5 najgorszych miesięcy mojego życia...
      Byliśmy taką szczęśliwą rodziną, ja już mam córeczkę, która niedługo
      skończy 3 latka...oczko w głowie mojej mamy Aż przeszedł taki
      dzień , najstraszliwszy z wszystkich....zadzwonił brat z telefomu
      mamusi ...i ten krzyk zapamiętam na zawsze :( ...reanimują już pół
      godziny...zaczadziła się.... Boże to takie straszne ...ja w to nie
      wierzę... Przecież mieszkaliśmy tam tyle lat, nowy piecyk, przeglądy
      robione dwa razy do roku ...ale niestety też nowe okna i warunki
      pogodowe...czad się cofnął....i zabrał ze sobą wszystko co kochałam
      najmocniej na świecie :( Dzień przed wigilią pogrzeb...mało co
      pamiętam...
      Mamusiu kochałaś Nas najmocniej na świecie... Tak bardzo Ciebie
      brak...codziennie budzę się ze snu do tego koszmaru tutaj... i tylko
      ta mała istotka trzyma mnie jakoś przy życiu. Malutka mówi do mnie-
      Nie płacz mamusiu , nie płacz, kocham Cię - Byłabyś z niej taka
      dumna jak zawsze zresztą.Tak mi żal,że nie będzie znała babci ,z
      którą była tak strasznie zżyta ...całe 2 latka spędziłyście razem
      tak blisko... najszczęśliwsze 2,5 roku mojego życia. Kolejne dzieci,
      które planujemy, też już Cię nie będą znać...to tak strasznie boli...
      I Twój kochany synuś nie będzie miał mamy na swoim weselu...tak
      bardzo dbałaś o niego zawsze... o tatę też...teraz jest taki sam.
      Zawsze podróżowaliście razem...wszędzie razem...na dobre i na złe.
      Jak to boli gdy na niego patrzę. A nasze mieszkanie , które było nam
      kochanym gniazdkiem omijam teraz szerokim łukiem... te emocje są nie
      do pokonania.. i wszędzie wiszą moje zdjęcia , które wieszałaś w
      każdym pokoju, a ja się na to złościłam... Gdzie siępodziała Twoja
      ogomna miłość i troska o każdy nasz dzień... MAMO...umieram z
      tęsknoty...już dłużej nie mogę!!!!!
      • annubis74 Re: Mamusiu... 10.05.10, 12:59
        ogromnie Ci współczuję, tym bardziej, że doskonale wiem co
        przeżywasz. Od smierci mojej Mamy minęło prawie 11 miesięcy.
        Długich, ciężkich, trudnych, bolesnych. Mam wrażenie że dopiero
        ostatnio zaczynam oswajać się z samym faktem śmierci mojej Mamy.
        przez długie miesiace po prostu nie dopuszczałam do siebie tej
        świadomości. Dopiero ostatnio zaczynam funkcjonować "w miarę"
        normalnie. Ciężki czas przed Tobą, wiem... Powiem Ci coś co sama
        usłyszałam (i wtedy mnie to zupełnie nie przekonało): Dobrze, że
        masz dziecko. Dzieci mobilizują do tego by podnieść się i iść dalej.
        Zawsze już będziemy tęsknć za naszymi Mamami, wiedząc ze nasze życie
        bez nich już nigdy nie będzie takie samo. Przytulam, życzę Ci dużo
        siły
      • lekarzyk30 Re: Mamusiu... 10.05.10, 16:00
        Witam, czytając twój post, przypomniałem sobie jak to było z Moją
        Mamą (3 maja minęły 2 miesiące). Wczoraj była Komunia Św. jej
        najstarszej wnuczki (reszta wnuczków to 2,3 i 4 latkowie). Jak sobie
        przypomnę jak bardzo chciała na tej komuni być, to aż za serce
        ściska. Odkładała nawet na swoim rachunku na prezent dla swojej
        wnuczki....Niestety to ja ten prezent przekazałem. Po skończonej
        uroczestości pojechaliśmy wszyscy na cmentarz zapalić znicze...
        Staram się pogodzić z wolą Bożą.
        • mocnakrysia Re: Mamusiu... 10.05.10, 17:59
          U mnie było podobnie. Wczoraj była I komunia jej jedynego prawnuczka, też bardzo
          chciała być na tej uroczystości, niestety nie doczekała. Bardzo trudno pogodzić
          się z tą wolą bożą.
        • edzia764 Re: Mamusiu... 10.05.10, 23:06
          Napisałeś "staram się pogodzic z wolą Bożą" ..... ja walczę z tym
          pogodzeniem juz dzisiąty miesiąc i jest to strasznie trudne. Jutro
          własnie minie 10 miesięcy, jak zmarł nagle mój mąż ... zostałam
          sama. Wmawiam sobie, ze powinnam z pokorą przyjąć wole Boga .... ale
          chwilami jest to nierealne. Wielką pomocą i wsparciem dla mnie jest
          to forum ....
          • mocnakrysia Re: Mamusiu... 15.05.10, 11:41
            Dziś byłyby twoje urodziny. Zamiast do ciebie z życzeniami ,jadę ze zniczami na
            cmentarz. Śniłaś mi się w nocy ,nawet się do mnie uśmiechałaś.Kocham cię mamusiu
            i bardzo za tobą tęsknię.
            • sylwiunia81 Re: Mamusiu... 17.05.10, 20:54
              Dziękuję Wm za odpowiedz. Wczoraj były jej urodziny i 5 miesięcy od
              śmierci. Przedwczoraj mi się przyśniła uśmiechnięta, dziwnie , bo w
              sumie tylko 3 x mi się sniła ... zrobiłam test ciążowy, są dwie
              kreseczki....cieszę się i płaczę na zmianę....jak to jest ,że ona
              nie zobaczy mojego dziecka....tak kochała moją córeczkę :(

              MAMUSIU.....tęsknię :(

              Cieszę się ,że u Ciebie po 11 m-cach jest trochę lepiej....bo ja
              chyba tak do końca ni dopuszczam do siebie myśli,że jej już nie ma :(

              Pozdrawiam Was wszystkich !!!
            • maka336 Re: Mamusiu... 08.02.11, 21:14
              Jutro tj. 9 lutego o godz. 10.45 będzie równy rok odkąd opuściła nas Najukochańsza Mamusia i Babunia. Cały ten rok przepłakałam, nie było jednej godziny żebym za Mamą nie tęskniła. Ból jest nadal nie do zniesienia, szczególnie od tygodnia. Dziś oglądałam z córunią pierwszy raz od śmierci Mamusi, zdjęcia, albumy, opowiadałam córci różne historyjki i anegdotki, żeby tylko być bliżej Mamy. Strasznie się boję że serce mi pęknie jutro rano!!!!! Pozdrawiam Was Wszystkich bardzo serdecznie.
              • gama2003 Re: Mamusiu... 08.02.11, 21:34
                Mocno przytulam. Życzę sił na jutrzejsze wspomnienia.
              • fruzelina56 Re: Mamusiu... 08.02.11, 22:29
                bardzo Cię przytulam,bądź dzielna i bądź jutro z Mamą
                • maka336 Re: Mamusiu... 20.02.11, 19:58
                  Bardzo Wam dziękuję. 9 lutego zaprowadziłam córunię do przedszkola i pobiegłam na cmentarz z zapaleniem oskrzeli, ale co tam ... Znajomi byli przerażeni że idę z gorączką w taki zimny i wietrzny dzień. Ale Wy kochane rozumiecie, prawda? Musiałam tam być z Mamą! Nie było nikogo na cmentarzu, tylko ja i jakiś kotek towarzyszył mi całe 3 godziny i tak bardzo się łasił i tulił, jakby rozumiał co czuję ... Trzymajcie się cieplutko, pozdrawiam Was bardzo serdecznie.
    • annubis74 Dzień Matki 25.05.10, 14:50
      Jutro z bukietem kwiatów nie pobiegnę do Ciebie
      powoli pójdę na cmentarz
      spuszczając wzrok by uniknąć ciekawskich spojrzeń
      zaglądających mi do duszy
      nie ucałuję Twego policzka
      nie uściskam
      mogę dotknąć tylko zimnego kamienia
      Ten Dzień bez Ciebie boli jeszcze bardziej niż zwykłe dni
      Dzień Mamy bez Mamy...
      chciałabym wykreślić z kalendarza wszystkie takie dni, bo tak
      strasznie mnie bolą
      Mamo............
      • olaopolanka Re: Dzień Matki 25.05.10, 22:46
        Tak, tak bardzo to boli.Mamo moja kochana,jestem mala dziewczynka bez
        Ciebie,tesknie za Twoim zapachem,przytuleniem, tak mi trudno zyc bez Ciebie moja
        Mamo...
      • isobel Re: Dzień Matki 05.07.22, 18:04
        Jeszcze tu ktoś w ogóle zagłada? Annubis już tyle lat minęło od śmierci Twojej mamy. Jakieś rady dla "koleżanki " , która w wieku niespełna 30 lat straciła matkę? Moja ukochana matula 17.06.22 odeszła od nas, zabierając całe szczęście i poczucie bezpieczenstwa. Boję się każdego dnia bez niej, a zarazem nie chce przeżywać żadnego, bo nie widzę sensu. Człowiek jedna jakoś próbuje żyć, niby tyłu ludzi dookoła, ale jednak okropnie samotnie. Jeszcze jest ojciec, kochany tatinek, który nigdy nie bał się łez i mówienia kocham, ale teraz jest inny, daleki, nieobecny, sam w swoim bólu. Nie potrafię do niego dotrzeć.
        Dajcie znać, czy jest jakaś szansa na małe ukojenie ? Wiem, że czas nie leczyć ran, on je tylko trochę zabliźnia, ale chciałabym wiedzieć, że chociaż z czasem może trochę ten rozdzierający bol się zmniejszy....
        • dora136 Re: Dzień Matki 31.07.22, 10:10
          Czytam te posty i jakby o sobie...nikt chyba tu nie zajrzał...ludzie jakoś żyją dalej....minęło 12 /lat...też jestem ciekawa jak żyją te osoby...
          • smutna76 Re: Dzień Matki 30.05.23, 00:11
            I ja tu zajrzałam...bo mimo już ponad 3 lat ból jest nadal, nie odpuszcza,
            zmienia się jest o różnym naterzeniu..ale nadal jest...rozgościł się w moim
            życiu na dobre..tak jak tęsknota i żal za moim dawnym życiem..
            Czy potrzeba więcej czasu...? Nie wiem..boję się że tak już zostanie..
            • paskap Re: Dzień Matki 30.05.23, 18:48
              Ja czuję takie ból całego ciała.. i żal... I wstyd... Że nie zauważyłam że jest chora, że nie dopytapam.. czuje się z tym koszmarnie. Te wyrzuty poZostana już ze mną chyba na zawsze. Nie wybaczę sobie tego.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka