podczas rozwodu uzgodnione bylo ze moj ex ma mi zaplacic pewna sume pieniedzy (jest to zapisane w papierach rozwodowych). Oplaty miesieczne, przez pare lat. 1/3 z tego to jego pozyczka ktora ja splacalam a on oddawal pieniadze, reszta kasy to hmm... suma uzgodniona za "zadoscuczynienie"

(czyli oddanie pieniedzy ktore dawalam mezowi w czasie malzenstwa, aby rozkrecal swoj bizness, bo wkoncu zadnych korzysci juz z jego "biznesu" nie bede miala )
Ex do tej pory splacal, zazwyczaj z miesiecznymi spoznieniami, ale splacil pozyczke. No i tyle. teraz bez zadnych wyjasnien przestal splacac juz 4 miesiace. wyjechal na kilka miesiecy do PL zreszta.
Z pewnych zrodel wiem ze finansowo jest splukany. Pracuje na czarno wiec droga legalna nic nie moge wyegzekwowac, bo nic nie ma. Jednak moge mu popsuc kredyt, (choc pewnie bardziej sie nie da), i zglosic ze przestal placic. Bedzie wtedy dostawal telefony i pisma, i nie bedzie mogl trzymac pieniedzy w banku, bo raczej mu zabiora.
Nie, nie jestem Matka Teresa, uwazam go za dupka i uwazam ze chlop w sile wieku powinien znalesc sobie normalna prace, i splacac swoje zasrane splaty skoro sie zobowiazal. A ze tego nie robi swiadczy o jego lenistwie.

Mowiac o lenistwie, to to jest jedyne co mnie powtrzymuje - nie chce mi sie w tym siedziec i wydawac pieniedzy gdy wiem ze to nic nie da.

(moze by sie wystraszyl i przez miesiac czy dwa zaplacil, ale cholera go wie).
Chcialoby sie wam? czuje ze jak za dlugo bede sie zastanawiala - to sprawa wygasnie.
Jak to widzicie? Darowalibyscie, czy walczyli o swoje.
Dodam ze pieniadze w sumie by sie przydaly - wychodze za maz

czy to brzmi strasznie?