mala-sokolka
07.04.14, 07:50
Niedawno rozmawiałam z moją chrzestną-świetna babka, udane życie zawodowe, kiepskie prywatne, ale do tanga trzeba dwojga. Gdy najmłodsze wyfrunęło z gniazda, rozwiedli się - oboje byli wtedy mocno po pięćdziesiątce. Dziś On mieszka w jednym mieście z nową Panią i jest przeszczęśliwy (w życiu nie widziałam jak mężczyzna może tak odżyć - obiektywnie mówię), Ona przeprowadziła się do innego miasta i również wygląda fantastycznie, tak jakby to powiedzieć - błyszczy. Mnóstwo znajomych, w domu długo miejsca nie zagrzeje, ciągle chodzi na różne spotkania, spektakle, imprezy (czasem z kimś, czasem sama).
Ale jednak potem wraca do tej kawalerki. Pustej, z kwiatkami na balkonie.
I ostatnio, gdy się widziałyśmy, zaczęła mi tłumaczyć, że bycie samą nie oznacza bycia samotnym.
I z jednej strony zgadzam się z nią - chociaż teraz, gdy niedawno straciłam pracę, ciężko mi tę sytuację ogarnąć. Ale fakt, mam dużo swoich zajęć, swoje hobby, podnoszę kwalifikacje, często spotykam się ze znajomymi, lubię i potrafię być sama, to jednak jest pewien obszar, który wieje pustką. Taki obszar pewnych emocji, które ciężko wypełnić zwyczajnymi zajęciami.
I tak się zastanawiam czy to jej stwierdzenie samym, nie samotnym, to nie jest trochę takie naciągane? Taka życiowa kapitulacja, bo nie ma innego wyjścia? Z kolei pakowanie się na siłę w kolejny związek tylko dlatego, żeby kogoś mieć, to okropne, co można sobie zrobić. I drugiej stronie.
Kapitulacja czy akceptacja Waszym zdaniem?