Dodaj do ulubionych

Zdrada- kto jest w końcu winny?

10.11.05, 00:08
Nie wiem czy wątek akurat tutaj powinien się znaleźć, ale zdrada często jest
przyczyną rozwodów. Może i umnie w końcu też...Czytam różne wypowiedzi,
czytam artykuły, sama to przechodzę i zastanawiam
się dlaczego kiedyś zdrada i zdradzający byli oceniani jednoznacznie. Dziś to
właściwie nie zdradzającyy jest zły, ale zdradzany. To zdradzany jest winny
zdrady, to zdradzający jest nieszczęśliwy. Gdyby nie zła żona, beznadziejny
mąż partner, by nie zdradził. I teraz zdradzony nie tylko musi znieść
świadomość, ze bliska mu osoba oszukała, zdradziła go, ale jeszcze musi żyć w
poczuciu winy, ze to on jest temu winny. To nie jemu nalezy sie współczucie,
ale zdradzającemu, jego trzeba zrozumieć, koniecznie trzeba(!) mu wybaczyć,
nie nękać, obchodzić się jak z jajkiem. Nikt nie zastanawia się nad uczuciami
zdradzanego: nad tym, ze stracił zaufanie ,że jakaś dobra część w nim
umarła, ze czuje okropny ból, samotność spotęgowaną jeszcze tym,z ę właściwie
nie moze sie pożalić, poskarżyć, bo przeciez to ona jest winna. Ktoś jest
oszukiwany, okłamywany, bo przecież gdyby był inny i moznaby mu opowiedzieć o
innej kobiecie/mężczyźnie nie byłoby problemu,a skoro głupia baba nie
rozumie, ze inna jest w tej chwili ważniejsza dla męża, mądrzejsza,
lepsza...to sama jest sobie winna, ze mąż ją oszukuje. To jakis horror.
Kobieta, która została uderzona przez męża(nie raz) słyszy, ze widocznie
zasłuzyła sobie na to. Kobieta, która w desperacji wzywa policję słyszy,
ze "co to za miłość, ze na mężą nasyła policję"...I znów ma poczucie
winy...Idzie na obdukcję do lekarza, czuje się jak złoczyńca, znów poczucie
winy, bo przecież robi coś przeciw bliskiej osobie....A skoro żona zła wzywa
policję i robi obdukcję to nieszczęśliwy mąż ma prawo wyżalić sie innej ,
dobrej kobiecie, spędzić z nią noc....I tak pisac by mozna w nieskończoność.
Dlaczego tak jest?
Mam wrażenie,ze w kolejnej sprawie (inna to np. wykorzystywanie seksualne
dzieci-człowiek boi się własnego dziecka przytulić) nastąpiło wynaturzenie
słusznej skądinąd prawdy, ze wina zawsze lezy po obu stronach. Owszem to
prawda, ale wina skrzywdzonego jest z reguły mniejsza, poza tym to w niczym
nie usprawiedliwia "przestepstwa". To, ze ktoś zostawi na stole otwary
portfel nie znaczy, ze musze mu pieniądze zabrać.

To nie jest w porządku...
Obserwuj wątek
    • tricolour Nie wiem... 10.11.05, 00:20
      ... czy fakt, że "przechodzisz" zdradę oznacza, że jesteś sprawcą, czy ofiarą... smile

      W każdym razie winę i odpowiedzialność ponosi zdradzjący. Za przemoc też.
      Ofiara ma prawo bronić się tak, by było skutecznie i nie pogwałcic praw innych
      ludzi (sprawcy też).

      Tyle.
    • ak70 Re: Zdrada- kto jest w końcu winny? 10.11.05, 10:41
      Pojęcie zdrady jest bardzo szerokie. Piszesz o zdradzie fizycznej, która jest
      najbardziej - jak dla mnie - ostateczna i niewiele związków jest w stanie ja
      przetrwać. Dużo prawdy jest w tym co napisałaś i zgadzam się z wieloma
      stwierdzeniami. Życie jest brutalne, a pozycja zdradzanego czyni je wyjątkowo
      okrutnym... trzymaj się, bo nie jesteś sama.
      • bursztynowe Re: Zdrada- kto jest w końcu winny? 10.11.05, 11:12
        Mocno nie trafiona argumentacja. To, że odbiór społeczny kobiety upominącej się
        o swoje prawa jest negatywny, nie wynika że jest czysta i święta jak lelija, w
        szczególności w odniesienu do jej związku. To są dwie odrębne sprawy.

        Zdrada w mojej opinii jest skutkiem. W zdrowym i udanym związku (pomijam różne
        patologie) nie ma miejsca na zdradę. Jeśli więc w związku źle się dzieje, to
        stwarza to miejsce na zdradę i inne wyżej przytoczone zjawiska (przemoc, terror
        emocjonalny i psychiczny). Z reguły oprócz zdrady, w związku ma miejsce wiele
        innych negatywnych zjawisk, które np. kobiety nie chcą dostrzec, np. swojej
        destrukcyjnej roli. Wolą się koncentrować na byciu ofiarą wstrętnego samca, co
        to poszedł był penetrować gdzie indziej. Można by odpowiedzieć, że związek nie
        jest tożsamy z wyłącznością na seks, a tak jest bardzo czesto traktowany, i to
        przez obie płcie.
        Wydaje mi się, że seks jest dopełnieniem udanego związku, a nie jego sednem.
        Problemy w tym obszarze zwykle znamionują generalne tracia i konflikty na styku
        między kobietą i mężczyzną.

        Chce podkreślić, że nie można w tej materii generalizować, że każdy przypadek
        jest inny, tak samo jak różni są ludzie.

        Występowanie w przyrodzie samców nieodpowiedzialnych i egoistycznych nie
        gwarantuje tym samym idealności ich partnerek, choć w poszczególnych
        przypadkach może tak właśnie być. Kobiety potrafią być równie wstrętne jak
        faceci. I płeć nie stanowi żadnego usprawiedliwienia, a nie też wytłumaczenia.

        Badania wskazują, że tendencje do zdrady są bardzo podobne w obu płciach. Nie
        jest tak, że meżczyźni mają w tym zakresie wyłączność.
        • julka1800 Re: Zdrada- kto jest w końcu winny? 10.11.05, 11:33
          ....i tym samym Bursztynowe potwierdził to ca napisała Chryzokola /co za dziwny
          nick?/...

          ja sądzę ze prawda leży w tym zdaniu, ze przy zdradzie winne są obie strony,
          lecz wina pokrzywdzonego jest niewspółniernie mniejsza, niezależnie od płci

          • bursztynowe Re: Zdrada- kto jest w końcu winny? 10.11.05, 11:48
            Właśnie, że się nie zgadzam z Chryzokolią.

            A o winie (w tym także wskazywaniu ofiar i pokrzywdzonych) można mówić po
            dogłębnej analizie konkretnego przypadku.
            Nie ma jednej prawdy, sorry.
            Nie ma lekko...
            • julka1800 Re: Zdrada- kto jest w końcu winny? 10.11.05, 12:14
              ale ja własnie to napisałam /ironicznie/
              nie zgadzając sie z Chryzokolą potwierdzasz to co ona napisała, ze w naszym
              społeczeństwie z osoby pokrzywdzonej=zdradzonej robi sie osobe winną
              i nie dosc ze jest ona i tak dość upokorzona, sponiewierana przez własna druga
              połówkę, to jeszcze ogoł spoleczeństwa depcze ją wslazując palcem "O patrzcie
              teraz placze, a trza było chlopu dogadzac...itd"

              TY Bursztynowe reprezentując tę drugą płec i pisząc to co napisałeś
              potwierdzasz niejako opinię ze nie nalezy współczuć kobiecie zdradzanej, bo ona
              tez jest winna tej zdrady. Czyz nie to napisałeś?
              Bo moze niezrozumiałam Twojej wypowiedzi
              • bezecnymen Re: Zdrada- kto jest w końcu winny? 10.11.05, 13:54
                protestuję przeciwko określeniu ''druga płeć'' w odniesieniu do meżczyzn!
                jestesmy niewątpliwie (patrz Biblia) płcią pierwsząsmile
                a co do tematu wątku:
                owszem zdradzający jest winny zdrady, to nie ulega watpliwości, ale skoro
                roztrząsamy zagadnienie winy i kary, to radzę wziąć pod uwagę istnienie tzw.
                okoliczności łagodzących...dlaczego całą winę za ''skok w bok'' ma brać na
                siebie małżonek terroryzowany psychicznie w małżeństwie? i czy nie jest tak, że
                w przypadku fizycznej zdrady cierpi miłośc własna zdradzonego? i czy nie bywa
                tak, że od lat nie ma sexu, a fakt pojawienia się tej/tego trzeciej/go raptem
                narusza poczucie wyłączności własności ciała małżonka???
                ile przypadków tyle różnych okoliczności i tu zgadzam się z Bursztynkiem: nie
                ma co generalizować
                • naiwna52 Re: Zdrada- kto jest w końcu winny? 11.11.05, 08:42
                  >owszem zdradzający jest winny zdrady, to nie ulega watpliwości, ale skoro
                  > roztrząsamy zagadnienie winy i kary, to radzę wziąć pod uwagę istnienie tzw.
                  > okoliczności łagodzących...dlaczego całą winę za ''skok w bok'' ma brać na
                  > siebie małżonek terroryzowany psychicznie w małżeństwie? i czy nie jest tak, że
                  > w przypadku fizycznej zdrady cierpi miłośc własna zdradzonego?

                  a co uznasz za okoliczności łagodzące, jeśli w małżeństwie było wszystko ok
                  łącznie z seksem, tylko zajęta pracą, ograniczyłam dbanie o męża nie prasując mu
                  już koszul i nie czekając na niego z obiadem, a on mający więcej czasu niż ja
                  nie pomagał mi i to on nie czekał na mnie z obiadem lub kolacją albo tylko z
                  dobrą cherbatą i gotowością do seksu kiedy wrócę z pracy, znalazł sobie przez
                  internet drugą do której jeżdził kilka razy w miesiącu (200km) na seks - a
                  później wracał do domu i było wszystko ok, gdybym się nie dowiedziała to nadal
                  by oszukiwał - - co tu znajdziesz jako okoliczności łągodzące?
                  • bezecnymen Re: Zdrada- kto jest w końcu winny? 14.11.05, 07:05
                    nie zamierzam grzebać w twoim małżeństwie...ale chyba nie wszystko było ok, bo
                    chyba nie jeździ on te 200km by ktoś prasował mu koszule i czekał z obiadkiem?
                    hmmm?
              • bursztynowe Re: Zdrada- kto jest w końcu winny? 10.11.05, 18:14
                Domyślnie stawiasz kobietę w roli zdradzanej, a mężczyznę w roli zdracającego.
                Czy to nie jest zbyt daleko idące uogólnienie, jak sądzisz?

                Poza tym, zaiste, nie do końca odczytałaś co napisałem.
                • julka1800 Re: Zdrada- kto jest w końcu winny? 14.11.05, 13:18
                  nie Bursztynowe, nie stawiam w domyślnie kobiety w roli zdradzanej, a mężczyznę
                  w roli zdradzającego.
                  Pisałam w odniesieniu do postu Chryzokoli.

                  Napisałam też ze niezależnie od płci wina za zdradę leży po obu stronach z tym
                  ze wina zdradzanego jest NIEWSPOLMIERNIE mniejsza od winy zdradzającego.
                  I mozna tu rozpatrywać kwestie czy wina zdradzanego jest w ogole winą, bo tak
                  naprawde winny jest on rozpadowi /w jakims stopniu/ związku, a nie wlasciwie
                  samej zdrady jako takiej, Zdradzający winny jest rozpadowi i tego ze znalazl
                  sobie kogos i wlazł do lozka.

                  Specjalnie uzywam rodzaju meskiego w stosunku do zdradzanego i zdradzającego
                  ale /patrz wyzej/ wszystkie te rozważania rozpatruje "bezplciowo".



              • nangaparbat3 Re: Zdrada- kto jest w końcu winny? 12.11.05, 10:35
                Proponuje odejść od schematu zdradzający mężczyzna - zdradzana kobieta. Sama
                znam co najmniej kilka par, gdzie było/jest dokładnie na odwrót.
          • berek_76 Re: Zdrada- kto jest w końcu winny? 14.11.05, 09:34
            Chryzokola /co za dziwny
            >
            > nick?/...

            Chryzokola - minerał. Uwodniony krzemian miedzi big_grin (Cu, Al)2H2Si5(OH)4
            Taki niebieskozielony.
            -----------------------
            Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
    • julka1800 Re: ech ta solidarność 10.11.05, 15:02
      ..czegoś tam co macie Panowie między.....
      • bursztynowe Re: ech ta solidarność 10.11.05, 18:16
        No pewnie, zdradzamy nasze partnerki ze sobą wzajemnie...

        A nie możesz spojrzeć na problem bez angażowania jajników?
        • julka1800 Re: ech ta solidarność 14.11.05, 13:24
          "A nie możesz spojrzeć na problem bez angażowania jajników?"

          odpowiedam, nie nie mogę, w pracy 80 % to faceci z ww jajnikami
          na ulicy tez jakoś widze tylko facetów z ww ...
          a w domu jak już jest przewaga kobiet /ja i córa/ ..to w radio słyszę
          Testosteron i znowu kojarzy mi sie z ww...

          apoważnie:
          rozpatrujemy problem 1. winy/niewiny za zdradę czy 2. odbioru spolecznego i
          stereotypów zyjących w naszym spoleczenstwie
          bo to dwie rozne sprawy
    • tricolour Niech Was gęś kopnie! 10.11.05, 21:48
      Wina leży po obu stronach? Co za odważna, kurcza mać, teza!

      Wynika, że jak kobiecie złodziej rąbnie torebkę, to też wina leży po OBU
      stronach? Bo babsko mogło nie leźć po nocy z torebką na widoku?

      Mam inne zdanie!

      Zdrada nie jest UPRAWNIONA. Chętnie podyskutuję z innowiercami.
      • chryzokola Re: 10.11.05, 22:42
        Pisałam, ze wina lezy po obu stronach niewątpliwie, ale na pewno nie jest
        wieksza po stronie zdradzanej osoby ani już na pewno tylko po jej stronie.
        Owszem zgoda, ze w jakims sensie zdrada moze byc skutkiem, ale jestesmy ludźmi,
        myslącymi itd. i gdy cos jest nie tak trzeba chyba porozmawiać, próbować a nie
        szukac na boku nowych doznań, pocieszenia...
        Mnie również było źle w małżeństwie, było zimno, samotnie, brakowało wsparcia,
        ale nie szukałam tego u innego. Próbowałam u męża, potem czekałam, aż coś się
        zmieni, aż mu "zmęczenie" przejdzie...Bo uważałam, że inny facet to nie w
        porządku wobec niego i wobec nas. To, ze w związku jest nie tak jakbyśmy sobie
        wymarzyli nie jest usprawiedliwieniem dla zła, krzywdzenia tej drugiej osoby. I
        co najgorsze nadal szukam miłości, dobra, ciepła właśnie u niego, choć wielu mi
        mówi, ze u niego akurat tego nie znajdę. Więc pewnie powinnam poszukać u
        innego, ale nie potrafię, bo to byłaby w jakimś sensie zdrada, nawet jeśli nie
        poszłabym z tym kimś do łóżka.
        Ktoś napisał również, ze zdrada fizyczna jest taka bezapelacyjna, itd. A jednak
        to byłoby łatwiej wytłumaczyc, ale zdrada psychiczna, emocjonalna, gdzie nasz
        partner całkowiecie oddaje sie tej innej/innemu, ten inny staje się ważniejszy
        niż my , to jest straszne, zwłaszcza ta bezsilność.....
      • kuragan Re: Niech Was gęś kopnie! 11.11.05, 11:14
        Ja sie zgadzam z tri. Jesli dobrze go zrozumialam. Wina za rozpad zwiazku moze
        lezec po obu stronach, ale zdrada byla wyborem jednej strony. I nie jest to
        dzielenie wlosa na czworo. Jesli w zwiazku juz wszystko sie doszczetnie popsulo
        to mozna sie rozstac. Najpierw. A potem szukac nastepnego partnera. Moim
        zdaniem tak powinno byc.
        • naiwna52 Re: Niech Was gęś kopnie! 11.11.05, 11:44
          zgadzam się z kuragan. Jeśli uczucie choć jednej ze stron wygasło- to ze
          zwzględu na przeszłość partnerowi nalęzy uczciwie o tym powiedzieć, albo będą
          naprawiać to co się psuło, albo się rozstaną i będzie każde szukało (lub nie)
          lepszego partnera - gdyby tak postąpił mój M, to zrozumiałabym (może nie do
          końca - bo moje uczucia nie wygasły)ale uszanowałabym jego zdanie i
          rozstalibyśmy się bez takiego bólu jaki mi sprawił oszutwem i zdradą.
          • ak70 Re: Niech Was gęś kopnie! 14.11.05, 16:13
            Uczciwość przede wszystkim... czyż nie tak się ślubowało przed
            ołtarzem? "miłość, wierność i UCZCIWOŚĆ małżeńską"... choć wiele osób
            (bezpłciowo!!!) uważa to dzisiaj za banał... wielka szkoda.
            • bezecnymen Re: Niech Was gęś kopnie! 14.11.05, 18:29
              no tak...
              tyle, że skoro nie ma juz miłości to mozna pozbyć się również dwóch pozostałych
              elementów przysięgi...hurt wychodzi taniejtongue_out
        • sun_woman Re: Niech Was gęś kopnie! 12.11.05, 02:16
          kuragan napisała:

          > Ja sie zgadzam z tri. Jesli dobrze go zrozumialam. Wina za rozpad zwiazku
          moze
          > lezec po obu stronach, ale zdrada byla wyborem jednej strony. I nie jest to
          > dzielenie wlosa na czworo. Jesli w zwiazku juz wszystko sie doszczetnie
          popsulo
          >
          > to mozna sie rozstac. Najpierw. A potem szukac nastepnego partnera. Moim
          > zdaniem tak powinno byc.


          dokładnie.
    • nangaparbat3 Re: Zdrada- kto jest w końcu winny? 12.11.05, 10:50
      Takie pytanie mi przyszło do głowy: na rok przed rozstaniem, z dnia na dzień,
      mąż przestał ze mną sypiać, przestał się niemal odzywać i absolutnie wszystko
      miał za złe, chyba jedynym uiczuciem, jakie wtedy do mnie zywił była wrogość.
      Probowałam coś naprawić, nie dawało rezultatów. Czy gdybym go wtedy zaczęła
      zdradzać, bylabym winna? I na czym by ta wina polegała?
      • kuragan Re: Zdrada- kto jest w końcu winny? 12.11.05, 15:02
        nangaparbat3 napisała:

        > Takie pytanie mi przyszło do głowy: na rok przed rozstaniem, z dnia na dzień,
        > mąż przestał ze mną sypiać, przestał się niemal odzywać i absolutnie wszystko
        > miał za złe, chyba jedynym uiczuciem, jakie wtedy do mnie zywił była wrogość.
        > Probowałam coś naprawić, nie dawało rezultatów. Czy gdybym go wtedy zaczęła
        > zdradzać, bylabym winna? I na czym by ta wina polegała?

        Ja w podobnej sytuacji, po probach naprawy, zaproponowalam rozstanie.
        Propozycja zostala przyjeta, nikt mnie zbytnio nie zatrzymywal. Nie przyszlo mi
        do glowy zeby go wtedy zdradzac. Nie czulabym sie z tym dobrze, to tez... ja
        wiem, ze w zyciu sa rozne sytuacje, wiele sie moze wydarzyc i wiele jestem w
        stanie zrozumiec, ale staram sie trzymac zasady ze mam jeden zwiazek w tym
        samym czasie. smile Najchetniej bym miala jeden na cale zycie, ale niestety sie
        nie udalo. smile
        • rrhadane Re: Zdrada- kto jest w końcu winny? 12.11.05, 23:37
          kuragan napisała:

          >> Ja w podobnej sytuacji, po probach naprawy, zaproponowalam rozstanie.
          > Propozycja zostala przyjeta, nikt mnie zbytnio nie zatrzymywal. Nie przyszlo
          mi
          >
          > do glowy zeby go wtedy zdradzac. Nie czulabym sie z tym dobrze, to tez... ja
          > wiem, ze w zyciu sa rozne sytuacje, wiele sie moze wydarzyc i wiele jestem w
          > stanie zrozumiec, ale staram sie trzymac zasady ze mam jeden zwiazek w tym
          > samym czasie. smile Najchetniej bym miala jeden na cale zycie, ale niestety sie
          > nie udalo. smile
          U nas to sie zaczęło od jego propozycji (jesli tak to mozna nazwać) rozstania,
          która spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Więc ja też przez tamten rok (z
          duuuuzym okładem) próbowałam "ratować związek".
          ale tak uczciwie - czy nie przyszło Ci wtedy do głowy zdradzić go z powodu
          zasad, czy może ze wzgledu na okoliczności? To znaczy - gdyby w takiej sytuacji
          znalazł się ktoś, kto bylby dla Ciebie dobry, ciepły, pełen zrozumienia, komu
          zależałoby na Tobie i kto w dodatku by Cie pociągał - na pewno byś wtedy męża
          nie zdradziła? Bo ja myslę, że w takich okolicznościach zdradziłabym go - i
          gdyby się okazalo, ze jednak chce ze mną być, oczekiwałabym nawet nie
          przebaczenia, ale akceptacji tego, co sie stało.
          Z drugiej strony uważam, ze gdyby mąż dowiedział sie o zdradzie i z jej powodu
          cierpiał, nalezałoby mu sie zrozumienie, nie kąsliwe uwagi i pouczenia - tak
          jak każdemu, kto cierpi.
          specjalnie odwróciłam tutaj role, bo myslę, ze niepotrzebnie nasza dyskusja
          zaczęła się zamieniać w mecz damsko-męski - nie zawsze mąż zdradza, nie zawsze
          zona jest zdradzana.
          • nangaparbat3 PS 12.11.05, 23:39
            Bardzo przepraszam, pomyliły mi sie nicki, to ja , nangaparbat.
            • kuragan Re: PS 13.11.05, 17:28
              Nie wiem co bym zrobila, nie wiem co zrobie nastepnym razem z innym M (tfu,
              tfu, a kysz, a kysz, takie cos juz sie wiecej nie powtorzy!! smile) Ja jestem w
              stanie wiele zrozumiec, wiec moze i zrozumialabym kogos kto zdradza. Ale to ze
              jakos tam to zrozumiem to nie jest wytlumaczenie dla zdrady...
      • arek-zabki Re: Zdrada- kto jest w końcu winny? 12.11.05, 19:36
        nangaparbat3 napisała:

        > Takie pytanie mi przyszło do głowy: na rok przed rozstaniem, z dnia na dzień,
        > mąż przestał ze mną sypiać, przestał się niemal odzywać i absolutnie wszystko
        > miał za złe, chyba jedynym uiczuciem, jakie wtedy do mnie zywił była wrogość.
        > Probowałam coś naprawić, nie dawało rezultatów. Czy gdybym go wtedy zaczęła
        > zdradzać, bylabym winna? I na czym by ta wina polegała?

        ja będę sypiał zTobą. to chyba dobre rozwiązanie
    • akacjax Spodobało mi się 13.11.05, 00:12
      że wyraźnie oddzielono rozkład związku od zdrady. Bo to w sumie dwie różne sprawy, ale ta druga skutkiem pierwszej, choć może są wytłumaczenia, że zdrada nastapiła ot tak (ale to wyjątki chyba psycho skręcone). Innymi słowy za rozpad sa odpowiedzialne dwie strony, albo los-bo się źle dobrali...., ale niestety rozpad nie usprawiedliwia zdrady, choć często ją wywołuje. Być może zdrada jest szukaniem (głupim) potwierdzenia swojej wartości, ersatzem czułości małżeńskiej...
      Ale jest tez wyborem, świadomą decyzją. Jest źle-ale czy to znaczy, że mam pozwolenie na zdradę-niestety nie. Tu pojawia się kwestia dojrzałej świadomości albo uleganie nagłym emocjom.

      O sobie powiem, że gdy było źle, ale byliśmy razem, ja byłam stroną walcząca o małżeństwo, to bałam się, że dojdzie do sytuacji skrajnej. Nie wytrzymam tego, co się dzieje, przegram, o co walczę i ucieknę w inne ramiona. Ale z czasem im bardziej przegrywałam, bardziej byłam sama, tym mniej takich myśli, tym łatwiej samej było. Teraz tylko niezależne ( nagłe, niespodziewane) ode mnie zakochanie się, mogłoby zmienić to wszystko.
      • berek_76 Re: Spodobało mi się 14.11.05, 09:31
        Otóż to, otóż to. Rozkład związku - to jedno. Zdrada - drugie. Rozkład związku z
        reguły jest jakoś tam winą obu stron. Ale za zdradę - jaoo za czyn, świadomy
        wybór - ponosi winę strona zdradzająca. Zdrady nikt nikomu nie nakazuje.

        I IMHO fakt, że jest tak, jak w poście tytułowym, to konsekwencja tego, że
        przyjmuje się zdradę jako naturalną konsekwencję niepowodzeń w związku. A tak
        nie jest. naturalną konsekwencją nienaprawialnych konfliktów jest zakończenie
        związku i potem juz cokolwiek. Natomiast nie ma usprawiedliwienia dla zdrady.

        Piszę to ja - od której mąż odszedł do kochanki, którą znalazł sobie, kiedy ja
        byłam w drugiej ciąży. I nadal nie uważam, aby to, że sam odszedł, dawało mi
        prawo do poszukania sobie kogoś innego na jego miejsce - dopóki mam męża. Jeśli
        się okaże, że mojego małżeństwa nie ma, także formalnie, będę mogła ewentualnie
        układać sobie życie z kim innym.




        Tym czasem mój mąż tak właśnie tłumaczy swoją zdradę - ja najpierw "odszedłem"
        od ciebie, a ta pani przyszła później.
        Tylko dlaczego, kurna, ja nic nie wiedziałam, że on odszedł?

        Ale to takie ładne, wszystko wyjaśniające, wytłumaczenie. Wszak nasze małżeństwo
        już nie istniało...

        -----------------------
        Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
        • sinsi Re: Spodobało mi się 14.11.05, 10:15
          > Tym czasem mój mąż tak właśnie tłumaczy swoją zdradę - ja najpierw "odszedłem"
          > od ciebie, a ta pani przyszła później.
          > Tylko dlaczego, kurna, ja nic nie wiedziałam, że on odszedł?
          >
          > Ale to takie ładne, wszystko wyjaśniające, wytłumaczenie. Wszak nasze małżeństw
          > o> już nie istniało...


          Bo o tym, ze wasze małżenstwo nie istnieje powiedział kochance. I to zapewne
          wielokrotnie i z pełnym przekonaniem ją o tym zapewniał. Tobie już nie musiał
          mówić spraw tak oczywistych(dla niego), to by zresztą nie było rozsądne...
          jeszcze byście go obie porzuciły i co by biedny począł tak sam...?? uncertain
          • bezecnymen Re: Spodobało mi się 14.11.05, 12:07
            sam by nic nie począł, do tego trzeba dwojgasmile
            • sinsi Re: Spodobało mi się 14.11.05, 12:18
              w tym przypadku trojga, co najminiej
              • bezecnymen Re: Spodobało mi się 14.11.05, 14:10
                do poczęcia trzeba trojga/ masz na myśli trzecią płeć? bo jeśli chodzi o zdradę
                to moim zdaniem dotyczy to dwojga (w skrajnych przypadkach dwóch albo dwu)tj.
                zdradzającego podmiotu i zdradzającego przedmiotutongue_out osobnik zdradzany przeciez
                nie bierze w tym udziału!
                • sinsi Re: Spodobało mi się 14.11.05, 14:13
                  i co w związku z tym?
                  umniejsza to winę zdradzajacego bo od osoby z którą zdradza dostał przyzwolenie
                  na zdradę?? on nie dostał przyzwolenia na zdradę - co najwyżej na związek z nią.
                  za swoją zdradę jest odpowiedzialny sam osobiście i nie ma co przerzucać winę na
                  żony/mężów czy kochanki/kochanków...
                  • bezecnymen Re: Spodobało mi się 14.11.05, 14:19
                    z nikogo nie zdejmuję odpowiedzialności za popełniony czyn (patrz wyżej)
                    ale co licha, gdyby nie miał z kim to pewnie by nie zdradził...
                    i tu mi się nasuwa kolejne pytanie:
                    czy brak zdrady z kimś nie jest zdradą jako taką gdy chętny do zdrady z braku
                    obiektu robi to sam ze sobą?
                    • sinsi Re: Spodobało mi się 14.11.05, 14:24
                      nie bzdurz
                      zdrada jest zdradą nawet jak robisz to z sasiadką z którą pięciu sąsiadów tez
                      miało przyjemność...
                      o onaniźmie z braku obiektu rozmawiac mi się nie chce
                      • bezecnymen Re: Spodobało mi się 14.11.05, 14:29
                        czy ja wiem.... jak się bardzo chce sikać to nie zawsze jest czas by to zrobić
                        w domowej toalecietongue_out
                        > o onaniźmie z braku obiektu rozmawiac mi się nie chce
                        a szkoda bo rzecz dotyczy wielu osób, które pozostając w związku małżeńskim nie
                        współżyją z partnerem, a coś z tym fantem trzeba zrobić....
                        • sinsi Re: Spodobało mi się 14.11.05, 14:31
                          idz na siłownie
                          pooglądaj mięśniaków
                          • bezecnymen Re: Spodobało mi się 14.11.05, 15:10
                            sugerujesz, że to wystarczająca forma zagospodarowania chęci na sex? oj wątpię
                            a może chodzi ci o to, że wiekszośc pań fitnesowatych i panów a'la king kong to
                            osobniki wygłodzone sexualnie?
                            • ak70 Re: Spodobało mi się 14.11.05, 16:20
                              bezecny... smile)))))))))))))
                              temat onanizmu jest trudny i może dlatego nie został podjęty, bo to rzecz
                              wstydliwa. Poza tym post dotyczy zdrady - a czy w tym wypadku mamy z nia do
                              czynienia? Hmmm... to wszystko zależy od tego co ów onanizujący sie sobie przy
                              tym wyobraża, bądź ogląda. Chyba tak... czy się myle??
                              • bezecnymen Re: Spodobało mi się 14.11.05, 18:34
                                raczej nie wyobraża sobie swojej połówki w papilotach czy rozciągniętym dresiebig_grin
                                jesli już to z czasu gdy jeszcze ze sobą sypiali ku wzajemnej satysfakcjismile, a
                                może w sytuacjach niekoniecznie związanych ze świętym łożem małżeńskimbig_grin
                                • sinsi Re: Spodobało mi się 15.11.05, 09:30
                                  Bo za chwile dojdę do wniosku, że Ty tylko po bożemu i w pozycji na baczność,
                                  oczywiście w długiej zgrzebnej koszuli. Bo wprowadzenie do małżeńskiego łoża
                                  urozmaicających dodatków juz ci sie ze zdrada będzie kojarzyć, bo kochac należy
                                  dziewicza żonę w papilotach a nie seks machine na którą się kreuje z wieczora.
                                  • bezecnymen Re: Spodobało mi się 15.11.05, 14:11
                                    masz rację sinsi...moj nick to tylko przykrywka dla zatwardziałego
                                    egoistycznego konserwatywnego i pozbawionego wyobraźni faceta w kapciach i z
                                    kapciemsmile
                                    • scriptus Re: Spodobało mi się 16.11.05, 07:08
                                      To ja też jestem zatwardziały, egoistyczny, konserwatywny facet, który w ogóle
                                      nie dostrzega potrzeb i pragnień swojej żony, dlatego musi ona oparcia szukać
                                      gdzie indziej crying
        • nangaparbat3 Re: Spodobało mi się 14.11.05, 18:50
          Ale, Berek, to o czym piszesz, to porzucenie dla innej osoby, a w takich
          okolicznościach jak opowiadasz, zwyczajne draństwo.
          Natomiast zdrada nie musi oznaczać porzucenia.
          • bezecnymen Re: Spodobało mi się 14.11.05, 20:23
            oczywiście to tylko taki niewinny skok w boktongue_out
            • nangaparbat3 Re: Spodobało mi się 15.11.05, 20:58
              bezecnymen napisał:

              > oczywiście to tylko taki niewinny skok w boktongue_out
              A zebys wiedział.
              Oczywiscie nie myślę o sytuacji takiej, jaką miała Berek.
              Ale wciąż uważam, ze są rzeczy ważniejsze niz seks.
          • berek_76 Re: Spodobało mi się 14.11.05, 20:42
            > Ale, Berek, to o czym piszesz, to porzucenie dla innej osoby, a w takich
            > okolicznościach jak opowiadasz, zwyczajne draństwo.
            > Natomiast zdrada nie musi oznaczać porzucenia.

            Nie, Nanga. On tak odpowiadał na moje zarzuty, że najpierw powinno się skończyć
            jeden związek, a dopiero potem zaczynać drugi. Porzucenia nie było - kiedy
            wykryłam jego romans, nasze dziecko miało 1,5 miesiąca i mężowi ani się śniło
            odchodzić. Ale jak to ładnie brzmi "Ja już wcześniej odszedłem"... I jest
            podobnie prawdziwe, jak słynne zdanie "nasze małżeństwo już nie istnieje".

            -----------------------
            Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
            • nangaparbat3 Re: Spodobało mi się 15.11.05, 20:51
              Taaaak...
              Ja usłyszałam (z dnia na dzień, grom z jasnego nieba) "nienawidzę cię".

              Popatrzyłam na daty, jak to niedawno wszystko się stało."Ja juz wcześniej
              odszedłem" - wyjatkowo wredne i tchórzliwe.
        • bursztynowe Kochani 15.11.05, 10:24
          Ale czy w przypadku rozpadu związku, o którym tu mowa (zaniknięcie więzi,
          seksu, whatever), można mówić o zdradzie?
          Przecież owa zdrada już de facto się dokonała, niekoniecznie poprzez
          penetrację...
          Jeśli ludzie nie czują do siebie niż poza wzajemną wrogością i niechęcią, to
          czy można mówić o seksie jako o zdradzie?

          Szczerze mówiąc, zdradą, w mojej opinii jest oszukiwania partnera,
          wykorzystywanie jego zaufania. I niekoniecznie wiąże się
          seksem "pozamałżeńskim". A w momencie gdzy tego zaufania nie ma, nie ma więzi,
          nie ma miłości, nic już nie ma, to fakt, że ktoś tam prześpi sie z kimś innym
          niż ustawowy partner/ka moim zdaniem nie jest już zdradą.
          • julka1800 Re: Kochani 15.11.05, 10:31
            oj to teraz rozpętałeś prawdziwą burze jak sądzę

            jak Polska długa i szeroka: nie zgadzam sie
            • sinsi Re: Kochani 15.11.05, 10:36
              bursztynowy podal typowy i bardzo wygodny przyklad myslenia zonatego faceta
              uganiajacego sie za mlodymi dupciami gdy mu "milosci" do starej zony wyrazac sie
              juz nie chce
              oni nie zdradzają!
              a gdzieżby tam zdrada!?>
          • sinsi Re: Kochani 15.11.05, 10:34
            Czyli jeśli żonaty facet mieszka z rodzina, a spotyka się z kochanką której
            wyznaje miłosc i opowiada o tym ze "z zoną go nic nie łączy" a po upojnych
            chwilach wraca z powrtotem do małżenskiego domu w ktorym warczy na żonę - to on
            nikogo nie zdradza? czy jednak kogoś zdradza?
            • berek_76 Re: Kochani 15.11.05, 11:50
              > Czyli jeśli żonaty facet mieszka z rodzina, a spotyka się z kochanką której
              > wyznaje miłosc i opowiada o tym ze "z zoną go nic nie łączy" a po upojnych
              > chwilach wraca z powrtotem do małżenskiego domu w ktorym warczy na żonę - to on
              > nikogo nie zdradza? czy jednak kogoś zdradza?

              O, o, o właśnie!

              Bo tak, pewnie, jeśli związku już nie ma... Tylko kto ma wyrokować o tym, że nie
              ma? czy jeśli mój mąz uznał, że nie ma, to już absolutnie wystarczy, zeby z
              czystym sumieniem obejrzeć się za inną panią? nawet jesli ja, z kilkumiesięcznym
              brzuchem, tonę w błogiej nieświadomości, że oto naszego małżeństwa już nie ma? A
              może jednak należałoby mi o tym powiedzieć PRZED poszukaniem tej pani?

              -----------------------
              Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
              • sinsi Re: Kochani 15.11.05, 11:57
                ale jak to sobie wyobrazasz?smile
                Powie Ci: "żono, wychodzę się teraz poseksić z inną panią. aTy nakarm i uspij w
                tym czasie dzieci dzieci żeby nie płakały jak wrócę, będę po 22 w domu" -
                hyhy, jakoś trudno taki "czysty i szczery" układ
                małżenski-w-ktorym-milosc-sie-skonczyla sobie wyobrazić... ale może ktos tak
                ma?? może bursztynowy zna takie przypadki?
                • bursztynowe Re: Kochani 15.11.05, 13:08
                  no właśnie parę wpisów wyżej są takie przypadki opisane... ludzie nie żyją już
                  razem i wydaje mi się że trudno wtedy mówić o zdradzie .

                  Natomiast..
                  coś co szanowne polemistki bardzo wygodnie przeoczyły w moim wpisie.
                  Mówiłem o zaufaniu, a w szczególności nadużyciu tegoż.
                  I to jest dla mnie zdradą. A czy przyjmie to forme seksu, randki, kina, romansu
                  to jest już tak naprawdę drugorzędne...
                  Znam historię małżęńśtwa które rozpadło się (mom zdaniem) pod wpływem zdrady.
                  Mianowicie, on przez kilka lat twierdził, że studiuje. Chodził na zajęcia, miał
                  egzaminy. Jednak naprawdę został wywalony po pierwszym roku, choć fikcję
                  utrzymywał przez kolejne trzy lata. I koleżanka małżonka wzięła i się
                  rozwiodła. Seksu w tym nie było, romansów ani innych harlqinów. Zwykła (?)
                  zdrada.

                  Chcę poza tym podkreślić, że zwyczajowo przyjęło się, że zdrada ma jedynie
                  postać seksu - była już kiedyś na tym forum dyskusja nt zdrady fizycznej i
                  psychicznej, i pewnie z powrotem do tego dojdziemy.

                  Drogie Panie,

                  Odnoszę wrażenie, że wasze opinie są mocno obciążone faktem, że część
                  (wiekszość?) uważa się za ofiary zdrady i to wpływa na wasz osąd sytuacji.
                  Bardzo się mylę?

                  Sinsi:
                  widzisz, mogę, tak jak Ty, podać wiele różnych specyficznych przypadków,
                  różnych wariantów itp. I właśnie na to chcę zwrócić uwagę (już od kilku
                  wpisów). Że każda sytuacjia jest inna, że nie można generalizować, bo to do
                  niczego nie prowadzi, a wręcz może być krzywdzące.
                  Bo świat nie jest czarno biały.
                  Do bólu jednoznaczny.
                  No po prostu nie.
                  • sinsi Re: Kochani 15.11.05, 13:34
                    > Natomiast..
                    > coś co szanowne polemistki bardzo wygodnie przeoczyły w moim wpisie.
                    > Mówiłem o zaufaniu, a w szczególności nadużyciu tegoż.
                    > I to jest dla mnie zdradą. A czy przyjmie to forme seksu, randki, kina, romansu
                    > to jest już tak naprawdę drugorzędne...


                    a w jaki sposob ty to jestes w stanie stwierdzic?- czy np wyjscie na kawe twojej
                    zony z Pawłem to zdrada, a z to nie zdrada Andrzejem?

                    a jesli przestales ufac żonie to ona juz Cie może zdradzac do woli? czy Ty ją
                    mozesz zdradzac do woli? bo przecież już "nie zyjecie razem w zaufaniu" ...?

                    jesli zona nie ma teraz ochoty na seks to znaczy ze daje ci prawo zebys sie
                    przespal z inną?

                    jesli wasza rodzina nie jest zamozna, żona staje na głowie żeby dzieciom buty
                    kupić a ty wydzwaniasz wysokie rachunki telefoniczne na dlugie zagraniczne
                    rozmowy z "kolezanką" -z ktora nigdy nie spałeś przecież, a tylko "załatwiasz z
                    nią pracę za granicą zeby rodzina miala więcej pieniędzy"? - to zona moze Cie
                    juz zdradzać? czy moze dopoki sam jeszcze płacisz te rachunki to zona nie ma
                    prawa się odwzajemniac?

                    zdrada i oszustwo jest zdradą i oszustwem. i nie ma co sie tu rozmieniac na
                    drobne. niczym innym nie jest.



                    • bezecnymen Re: Kochani 15.11.05, 14:22
                      ehm chyba wypada zaprosić na nasze forum naszych parlamentarzystów...na pewno
                      przyda im się lektura nt. zdrady i oszustwasmile
                      • julka1800 Re: Kochani 15.11.05, 14:27
                        nasi parlamentarzysci maja to w jednym palcu
                        • julka1800 Re: Kochani 15.11.05, 14:29
                          tak mi sie przypomniało:

                          - Ozenisz sie ze mną?
                          - Nie!
                          - No to złaź!!!
                    • bursztynowe Sinsi 15.11.05, 16:09
                      Nie rozumiesz, czy nie chcesz zrozumieć?

                      Prościej już nie dam rady wytłumaczyć...
                  • nangaparbat3 Re: Kochani 15.11.05, 21:04
                    Mianowicie, on przez kilka lat twierdził, że studiuje. Chodził na zajęcia, miał
                    egzaminy. Jednak naprawdę został wywalony po pierwszym roku, choć fikcję
                    utrzymywał przez kolejne trzy lata. I koleżanka małżonka wzięła i się
                    rozwiodła. Seksu w tym nie było, romansów ani innych harlqinów. Zwykła (?)
                    zdrada

                    To teraz mnie zamordują, ale pomyslałam sobie, że tu on jednak jest ofiarą (w
                    połowie przynajmniej), jesli nie był w stanie szczerze porozmawiać z nią o tym,
                    co sie stało, od razu jak go wywalili. W ogole jakoś nieładnie to wygląda -
                    bardziej jakby ona go karała za rozczarowanie, jakie jej sprawił.
                    • bursztynowe Re: Kochani 16.11.05, 11:06
                      Nie.
                      Okłamał wszystkich. Nie tylko ją.

                      I szczerze mówiąc nie dziwie się jej. Wcale.
                      Trudno mówić o miłości bez zaufania.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka