wildheart2
06.12.06, 04:36
Witam wszystkich, smutne, ale tylko tutaj jako pierwszym i ostatni powiem Wam
anonimowi słuchacze to co przelewa mi się przez serce od kilku miesięcy, a
właściwie lat. Właśnie kilka miesięcy temu wyprowadziłem się z domu (decyzję
podjęliśmy wspólnie) mamy dwóch wspaniałych synów: 8 i 11 lat (chłopcy są
świetni, zdrowi, uczuciowi i kochani). 13 lat temu mając 21 lat bez pamięci
zakochałem się w mojej żonie, zawsze uważałem, że uczucie przezwycięży
wszystko, był duży problem z wiarą i brak akceptacji naszych rodziców jednak
dla mnie najważniejsza była Ona, świat kręcił się wokół niej. 2 lata potem, w
tym samym roku był pogrzeb mojej mamy (chorowała od dłuższego czasu) oraz
skromna ceremonia ślubu i narodziny starszego syna, teraz z perspektywy czasu
czuję się winny bo uważam, że gdyby nie ciąża może odeszła by wtedy ode mnie
a ja zaoszczędziłbym jej wiele ciężkich przeżyć, (zresztą niejednokrotnie mi
to mówiła w ciągu ostatnich kilku lat, w chwilach jak było "źle" pomiędzy
nami). Ale stało się, urodził się nam syn i na pewno tego nie żałuję i nigdy
nie żałowałem, po 3 latach "bez planowania" narodził się drugi syn. Żona w
między czasie skończyła studia, a ja, no cóż ukończyłem w indywidualnym toku
studia oraz już od dłuższego czasu ogarnął mnie chaos pracy na 2,3 etatach.
Potem kariera w dużej firmie, praca po 15 godzin, częste delegacje i
awanse... świadomość , że "wszystko mogę" i spełniałem się zawodowo.... ale
równolegle zaczęliśmy się oddalać z żoną od siebie, ja nie dostrzegałem jej
potrzeb, ona moich... dla niej od początku najważniejsi byli, są i będą nasi
synowie, niejednokrotnie mówiła mi, że kocha ich "bezwarunkowo" a ja no cóż
po latach uważam, że czasami czułem się jak "5 koło u wozu", a czasami , że
na to zasłużyłem. Niewątpliwe ważną „cegiełka” do takiego stanu rzeczy była
podświadoma własna izolacja, ze względu na fakt iż, żona wychowywała synów w
swojej wierze (wyraziłem na to zgodę, jednak pomimo to czułem się coraz
bardziej wyobcowany). Już po narodzinach pierwszego syna, sytuacja była
ciężką ... ja zapatrzony (może celowo) w pracę, żona zajęta starszym synem ,
domem i ambicją rozwoju zawodowego na tyle oddaleni, że poczęcie drugiego
syna było cudem ze względu na te „nasze rzadkie wspólne chwile”. Potem
popełniłem największy błąd zawodowy w moim życiu: moja żona zaczęła ze mną
pracować, a jestem osobą bardzo wymagającą i perfekcyjną w pracy w stosunku
do wszystkich, także byłem i taki w stosunku do swojej żony. Firma się
rozwijała a my małe mróweczki trwaliśmy w tym kieracie, gdzie coraz więcej
więcej, a stres nas nie opuszczał, nawet nie wiem kiedy po raz pierwszy
podniosłem na Nią głos…. (zresztą nie tylko na nią, ale tez na innych
pracowników, ale wiem , że mnie to nie usprawiedliwia, jednak pragnę
zapewnić, kochane Panie, które to przeczytają, że na Żonę nie podniosłem
ręki ani nie wypominałem nigdy finansowo jej sytuację ani tez nie było
problemu z alkoholem oraz pochodzimy oboje z „pełnych” rodzin) Błędne koło
się zamykało: w ciągu dnia wspólne nerwy w pracy, a nocą stres z „powodu
zimnej wzajemnej obojętności”, wzajemne pretensje i prośby by druga strona
poszła do specjalisty po pomoc, lub „żebym znalazł sobie inną osobę”, wtedy
uważam , że nie stanęliśmy na wysokości zadania „bycia dojrzałym i ratowania
związku”. Tak bardzo czułem się samotny , a może tylko się tłumaczę przed
Wami, że zdradziłem Ją z młodą dziewczyną, która wychowywała się bez ojca i
wcale nie chodziło mi o seks (jeśli by tak było zrobiłbym to dużo
wcześniej : okazje, propozycje, imprezy zawodowe, niestety „świat prostych
wartości” XX! wieku) jeśli możecie uwierzcie przede wszystkim byłem w to ,
że „czułem się dla tej dziewczyny potrzebny” , ta „sielanka” trwała, przez
ponad rok, doszło do tego , że czasami nie nocowałem w domu, z jednak strony
czułem się spełniony psychicznie bo znowu byłem dla kogoś ważny, a drugiej
strony coraz bardziej brakowało mi synów i Żony, miałem olbrzymie wyrzuty
sumienia, wręcz zdarzało się, że praktycznie mówiłem dla Niej „o tym” wprost,
chciałem wręcz by się to „skończyło”, żeby się dowiedziała i zaczęło jej
zależeć , jednak nie widziała tego, dopiero jak przeczytała SMS-y z mojego
telefonu, które też świadomie nie kasowałem reakcja Jej była jaka już się
domyślacie, odwrotna, poprosiła bym się z domu wyprowadził, zaczęła spotykać
się z adwokatem w sprawie rozwodu.
Próbowałem, prosiłem, walczyłem, przez te kilka miesięcy, aż w końcu do mnie
dotarło: widok moich dzieci śmiejących się na mój widok i w tej samej chwili
uczucia: żalu i braku zrozumienia w Jej oczach. Znam Ja bardzo dobrze i
wiem, że bardzo trudno jej przebaczyć , na przestrzeni 11 lat naszego
małżeństwa to ja przychodziłem i przepraszałem „setkami raz” wtedy gdy
powinienem i nie tylki, Ona hmmmm tylko kilka razy….. Niestety pomimo, że
dwa tygodnie temu wysłała mi dwa bardzo smutne SMS-y , a ja oczywiście
przyjechałem , przytuliłem Ją (może nie powinienem przyjeżdżać) dobrze wiem,
że od dawna szuka swoją Duszą nie od dziś kogoś zupełnie innego, a ja czy
uwierzycie lub nie ….. nie potrafię przestać ją kochać i przytulając synów
nie zwracać uwagi na zimno bijące od niej, jestem wtedy taki smutny a dzieci
niestety to czują. Ona uważa i uważać będzie mnie za osobę, która ją
oszukiwała, oszukuje i będzie ją oszukiwała.
Rozmawiałem tak często, próbowałem ……., ale jestem już naprawdę tak bardzo
zmęczony…… do tego jeszcze gdyby miała być sprawa rozwodowa no nie …..
przepraszam Was.
Niestety tu każdy wybór jest zły, ale już podjąłem ostateczną decyzję:
otrzymałem bez problemu wizę biznesową do USA, byłem także (w razie czego) u
notariusza, gdzie prawo do połowy majątku mojej firmy potwierdziłem dla Żony
i dzieci a drugą połowę opisałem na przyjaciela, który jest za razem
wspólnikiem w firmie. Pozostałe sprawy już praktycznie także dopiąłem.