wiona11
16.03.07, 08:45
Zmieniło, nie da się ukryć, jak wszystko, z czym się zetknęłam i robiłam
przez ostatnie lata. Odniosę się jednak tylko do jednego aspektu, wąskiego
wycinka.
Wczoraj mąż kazał mi odp....lić się. Hmmm... Tak po prostu. Nie pierwszy raz
użył pod moim adresem takich słów. Nie pierwszy. A kiedy to było po raz
pierwszy? Nie pamiętam. Pamiętam jednak, że nigdy wcześniej w mojej rodzinie
nikt bliski nie użyłby wobec mnie (i nikogo innego) takich słów. W mojej
rodzinie określenie "głupio gadasz" było już obraźliwe. Nikt nie powiedziałby
do nikogo bliskiego "jesteś głupia". Wybielam? Nie. Były kłótnie, czasem
ostre słowa, ale nie takie, z jakimi potem spotkałam się w moim małżeństwie.
Mąż nie szczędził mi niczego, co dotąd kojarzyło mi się raczej z patologią,
niż ze związkiem wykształconych, dobrze myślących o sobie ludzi. Na początku
za każdym razem, gdy to się działo byłam a szoku. To było nie do uwierzenia,
bolało jak diabli, wyłam z rozpaczy i przecierałam oczy ze zdumienia. I
kochałam go bez pamięci. Przepraszał potem. Gorąco i namiętnie. Wybaczałam.
Sytuacja się powtarzała. I tak w kółko, na coraz więcej sobie pozwalał, coraz
słabiej przepraszał, w końcu nie zadawał sobie nawet najmniejszego trudu,
żeby w ogóle przepraszać. A ja już nie oczekiwałam przeprosin.
To, co było patoligią, stało się normą mojego życia. Ciosy i ostre sowa
spływały, jak po kaczce. No, może nie do końca, ale tak to wyglądało.
Przewartościowało się w mojej głowie. Ciosy i słowa stały się normą, jeden
więcej, jeden mniej... Potem robiłam obiad i razem z dziećmi siadaliśmy do
wspólnego stołu. Wielkie rzeczy! Rozmawialiśmy o sprawach bieżących, jakby
nic się nie stało, z czasem sprawa przysychała i było - można powiedzieć -
miło, jak w rodzinie. Do następnego razu.
A wczoraj zdałam sobie jakoś z tego sprawę, że jednak odp...ol się nie jest
słowem, które bezkrytycznie powinnam przyjmować. Zmieniło mnie małżeństwo.
Boże, jak dobrze, że to się wreszcie kończy, może zetrę z siebie ten brud i
uda mi się wrócić do moich wartości.