danagr
31.12.07, 02:36
a co?...wiecej was czytam jak pisze chodz, od czasu do czasu dodam cos od
siebie. Wsliznelam sie po cichutku nie opisujac mojej sytuacji i przyjeliscie
mnie w wasze grono. Z tego tytulu i w ramach podziekowania chce napisac o sobie.
Rozwodu nie mam chodz nie mieszkamy razem od roku....wczesniej byly kilukrotne
wyprowadzki i powroty meza, dojrzewam po woli, moze zbyt wolno do tej
decyzji?. Zostalam sama, zdradzona (okropnie to brzmi...brrrrr) ze zlamanym
sercem, podeptanymi marzeniami, zwatpieniem czy dam sama rade, po 10 latach
malzenstwa z niespelna 1,5-rocznym synkiem...a gdzie tam....od samego poczatku
kiedy maly pojawil sie w domu jestem sama, maz byl tylko cialem, teraz to
wiem. Oczywiscie probowalam ratowac, dla siebie i dziecka. Dlaczego? bo
kochalam i chcialam zeby syn w koncu mial oboje rodzicow, jedno juz stracil
bezpowrotnie, jest adoptowanym dzieckiem, na dodatek bardziej z inicjatywy
meza jak mojej. Jego odejscie to byl dla mnie cios ponizej pasa, nic na to nie
wskazywalo, a moze ja bylam slepa, tym bardziej, ze oboje cieszylismy sie z
synka, a po pol roku bytnosci dziecka w domu doszlo do pierszej wyprowadzki i
moich podejrzen, ze jest jeszcze ktos inny. Nie pamietam, pierwszego roku od
pierwszej wyprowadzki. Bylam w zlym stanie, hustawka byla okropna do tego
pogorszyl sie stan mojego zdrowia. Czulam sie jak ryba w sieci z ktorej nie
potrafi sie wyplatac, pomogl psycholog.
W tej chwili jest o niebo lepiej, emocje ustabilizowaly sie chodz serce dalej
bije w jednym kierunku i kloci sie z rozumem, relacje sa jako takie, w dalszym
ciagu po malu wygrzebuje sie z dolka, dzieki moim wspanialym przyjaciolom i
wam, bo gdybym nie trafila na to forum, duzo trudniej byloby wychodzic na
prosta, a tak wiem, ze nie jestem jedyna osoba w takiej sytuacji, ze swoimi
rozterkami, bolem i calym tym kolowrotkiem.
Wasze opinie, rady, wsparcie jest bardzo cenne i za to wam serdecznie dziekuje.
Przy okazji zycze spelnienia marzen, realizacji zamierzen i samej pomyslnosci
w nadchodzacym Nowym Roku
D.