Dodaj do ulubionych

w oliczu śmierci

24.01.09, 15:43
Witam wszystkich ,często czytałam wasze komentarze ale do tej pory
sie nie wypowiadałam.CHciałam chyba uciec od tego co mnie czeka.
Moja córcia ma 20 lat i...
Ma glejaka muzgu.Ostatnio często boli ją głowa a ja umieram z
bezsilności ,strachu i bólu.Mam pytaniae do matek ,jak
powiedziałyscie dziecku o tym co go czeka w jaki sposób go
przygotowałyscie a moze nie mówic? I jeszcze jak sie zachować by nie
utrudniac odejśćia ? Boze o co ja pytam to chyba jakiś zły sen.
Obserwuj wątek
    • halas1961 Re: w oliczu śmierci 24.01.09, 19:45
      Kochana Halka2000
      Przede wszystkim to Tobie nie wolno tracic nadziei do konca. Musisz wspierac
      swoje dziecko, musisz byc silna za Was obie, teraz nie wolno Ci plakac w
      obecnosci corki, nie wolno pokazywac swojego strachu. Ja musialam powiedziec
      Agatce, ze ma guz na nerce i ze trzeba te nerke usunac.
      To bylo straszne, wszystkie zle wiadomosci to ja jej musialam przekazywac.
      Musisz byc przygotowana na rozne reakcje. Moja Agatka bardzo krzyczala, ze nie
      chce umierac, ze chce zyc.
      Jesli masz mozliwosc i corka sie zgadza to radze Wam opieke dobrego psychologa,
      ktory pracuje z osobami z choroba nowotworowa. Moja Agatka miala taki kontakt 2
      razy i absolutnie nie chciala wiecej. Od poczatku choroby zalozyla ze nie bedzie
      dlugo zyc. Czasem bylam na nia zla ze nie chce brac wspomagajacych lekow typu
      vilkacora, itp.
      Korzystalysmy okolo 10 razy z pomocy bioenergoterapeuty. Pomogl na tyle, ze po
      wizytach u niego miala bardzo dobry nastroj, wiec chociaz i to dobre. To ile
      powiesz corce zalezy od tego ile ona sama CHCE wiedziec. Moja Agatka po
      pierwszej operacji zakomunikowala lekarzom i nam , ze nie rzyczy sobie nic
      wiecej wiedziec na temat postepow choroby. Mieli informowac mnie. Tak ze wyniku
      badania histopatologicznego calkowicie nie znala, wiedziala tyle ile chciala
      wiedziec. Potem niestey kiedy nastapil przezut musiala byc poinformowana, bo
      byla potrzebna zgoda na druga operacje i na leczenie Sutentem. Potem bylo nie
      najgorzej, ale nie calkiem dobrze. A potem kiedy ja juz stracilam nadzieje, jej
      nadzieje caly czas dawalam, mowilam ze ma stan zapalny pluc, nie mowilam prawdy,
      ale wiedzialam ze ona tej prawdy nie chce wiedziec. Tak wiec wszystko zalezy od
      tego co Twoje dziecko chce wiedziec, jaka ma sile , jakie nastwienie do choroby.
      Czasem lepiej nie mowic wszystkiego nawet jesli chce wiedziec, po co ja straszyc
      dodatkowo, ona i tak okropnie sie boi chociaz stara sie to przed toba ukryc. Ja
      nigdy nie mowilam Agatce, ze moze czekaja ja pampersy, bo sama tego nie
      wiedzialam i to ona sama powiedziala: Mamus zalatw mi pampersy ja jestem taka
      slaba, tak mi ciezko oddychac kiedy musze wstawac.
      A najlepiej, jesli okaze sie ze nie ma juz innego leczenia tylko paliatywne, to
      nie boj sie tego skontaktuj sie z poradnia lub hospicjum (my korzystalismy z
      pomocy hospicjum domowego)oni maja bardzo duze doswiadczenie i mnie przygotowala
      Pani doktor. Powiedzial jak moze wygladac odchodzenie, jak mam sie wtedy
      zachowywac zeby nie utrudniac. Jesli potrzebujesz jakiejs pomocy lub wsparcia
      lub czegokolwiek to prosze napisz do mnie na email: halas1961@o2.pl
      Moze jestesmy z tego samego miasta lub gdzies niedaleko, bardzo chetnie Ci
      pomoge chocby rozmowa. Bardzo cie prosze nie krepuj sie i napisz
      Pozdrawiam
      Halina-mama Agatki
    • 999mamuska Re: w oliczu śmierci 25.01.09, 17:40
      Tak,to najgorszy sen w naszym życiu,kiedy dowiadujemy się o
      strasznej chorobie dziecka.Tylko ten sen to najtragiczniejsza
      rzeczywistośc.Wydaje mi się,że serce Ci samo podpowie,jak się
      zachowac,co powiedziec,a co ukryc.Ja do końca wierzyłam w
      cud,wmawiałam to mojej Asi.Do dziś się zastanawiam,czy ona w to
      wierzyła tak jak ja.Do dzisiaj zastanawiam się,czy dobrze
      zrobiłam,nie mówiąc jej,że będzie musiała odejś.Ona prosiła,żebym
      mówiła jej prawdę,a ja nie mogłam...Nie mogłam odebrac jej nadziei-
      miała tyle planów.Chyba najtrudniej było odpowiedziec na pytanie-
      mamusiu czy ja umrę.Ale bez zastanowienia zaprzeczyłam,kłamałam
      ją.oby tylko nie pozbawic jej nadziei.
      Uwierz w cud,to pomoże Ci przetrwac,wspomagaj swoją córkę we
      wszystkim i spraw,żeby wiedziała,że jest najważniejszą osobą w
      Twoim życiu.Po prostu kochaj ją i walcz z chorobą,nie poddawaj się.
      • tuptus110 Re: w oliczu śmierci 22.04.09, 17:10
        "Do dzisiaj zastanawiam się,czy dobrze
        zrobiłam,nie mówiąc jej,że będzie musiała odejś.Ona prosiła,żebym
        mówiła jej prawdę,a ja nie mogłam...Nie mogłam odebrac jej nadziei-
        miała tyle planów.Chyba najtrudniej było odpowiedziec na pytanie-
        mamusiu czy ja umrę.Ale bez zastanowienia zaprzeczyłam,kłamałam
        ją.oby tylko nie pozbawic jej nadziei." [999mamuska]

        Osobiscie uwazam, ze osoba chora powinna wiedziec - tym bardziej ktos, komu nie
        zostalo zbyt wiele zycia. Oczywiscie rozne sa sytuacje i rozni ludzie, i
        przewaznie najblizsi wiedza, co dla danej osoby jest lepsze.
        Pamietam siebie jako 17-latke. Mialam mnostwo planow, marzen...Chcialam isc na
        studia, zalozyc rodzine, pracowac - slowem: miec normalne zycie. Ale
        najwyrazniej ktos u gory stwierdzil, ze zbyt malo sie w moim zyciu dzieje i ze
        trzeba je troszke urozmaicic.
        Zaczelo sie niewinnie, ale do lekarza juz szlam "ciagnac" za soba lewa noge.
        Okazalo sie, ze potrzebne sa rutynowe badania i musze zostac w szpitalu, chociaz
        to na pewno nic powaznego, bo jestes na to za mloda. Tak mowil lekarz z
        przychodni.Poniewaz na neurologii nie bylo miejsc, musialam weekend spedzic w
        domu. W tym czasie moj stan jeszcze sie pogorszyl. Zaczynalam sie bac.
        W sumie w szpitalu spedzilam wtedy 3 tygodnie...przez 2,5 nie wiedzialam co mi
        wlasciwie jest. Non stop tylko jakies dziwne badania. Kilka razy powtarzano
        rezonans. Strasznie balam sie punkcji, ale po wszystkim uspokoila mnie siostra
        oddzialowa, bo stwierdzila, ze plyn mozgowo-rdzeniowy jest klarowny, a to
        dobrze...hmmmm...ale z drugiej strony jak dobrze, to czemu ciagle tu jestem??
        Ktoregos dnia rodzice przyszli z samego rana. Mowili, ze ida porozmawiac z moim
        lekarzem prowadzacym i profesorem, bo moze znaja juz wyniki badan i bedzie sie
        mozna czegos dowiedziec. Byli raczej powazni, choc nadrabiali mina. Wyraznie to
        czulam i widzialam. Nie pomagalo tez to, ze moj lekarz prowadzacy, a wlasciwie
        mlodziutka lekarka, caly czas mnie unikal. Pielegniarki szeptaly cos po katach,
        inne pacjentki patrzyly na mnie ze wspolczuciem, czasem pytaly co ja tu robie,
        przeciez jestem taka modziutka...eh...gdyby mlodosc mogla miec monopol na dobre
        samopoczucie i zdrowie...Powoli zaczynalam panikowac...to na pewno musi byc cos
        powaznego...chyba juz z tego nie wyjde...coraz bardziej logiczna wydawala mi sie
        diagnoza najgorsza z mozliwych: nowotwor zlosliwy.
        Na rodzicow czekalam w napieciu, z nikla nadzieja, ze okaze sie, iz to jakas
        banalna sprawa /ot chociazby taka 25-latka z sali obok miala podobne objawy do
        moich, a okazalo sie, ze musi brac potas i magnez bo ma niedobor/. Wreszcie
        przyszli rodzice.Zauwazylam, ze byli jeszcze bardziej spieci i jeszcze bardziej
        niz wczesniej nadrabiali mina.Tata usiadl tuz kolo mnie i wzial mnie za reke
        /druga mialam podpieta pod kroplowke/, mama siedziala nieco dalej i gdy tata
        zaczal mowic, nie mogla powstrzymac sie od placzu. Jak bylam zdezorientowana,
        ale jakos tak spokojna. Dowiedzialam sie, ze choruje na stwardnienie rozsiane,
        ze jest to nieuleczalne, ze prowadzi do trwalego inwalidztwa, itp.Tata pozniej
        szukal chyba u mnie potwierdzenia, ze dobrze zrobil, iz mi o tym powiedzial, ze
        to dobrze, ze znam prawde, ze jestem juz prawie dorosla i nie moga przede mna
        ukrywac takich rzeczy. Przyznalam mu racje. Wyraznie odetchnal z ulga. Lekarze
        sugerowali rodzicom, aby nie mowili mi na to jestem chora, bo ze wzgledu na moj
        mlody wiek, moglabym sie ta diagnoza zalamac, wpasc w depresje...Rodzice nie
        posluchali lekarzy i jestem im za to ogromnie wdzieczna. Zreszta dlugo by tego
        przede mna nie ukryli - za czesto jestem w szpitalach. Gdy lekarka prowadzaca
        dowiedziala sie, ze juz znam diagnoze, nagle przestala mnie unikac, zrobila sie
        bardziej sympatyczna, usniechala sie, byla mniej nerwowa; pielegniarki juz nie
        szeptaly po katach i juz nie odsylaly mnie do lekarza, gdy pytalam, jaki srodek
        podaja mi w kroplowce. Atmosfera sie oczyscila. Znala prawde. Okazalo sie, ze
        nie potwierdzily sie moje przeczucia o nowotworze /chociaz lekarka przyznala, ze
        tez brali to pod uwage i stad te powtarzane badania rezonansem/, ale i tak nie
        bylo rozowo. Zaczelam dzielic swoje zycie na to przed SM i na to po
        zdiagnozowaniu.Okazalo sie, ze moj swiat kompletnie nie pokrywa sie ze swiatem
        wiekszosci moich rowiesnikow, ze wszystko musialam sobie przewartosciowac...W
        ulozeniu sobie zycia od nowa pomogla mi wiedza o tym na co choruje. Moglam
        rozpoczac swoja walke, ktora prowadze do dzis.

        Wiem, SM to nie jest smiertelna choroba /chociaz jej powiklania moga byc
        smiertelne/, ale wazne jest to, by osoba bliska znala jednak prawde. To wcale
        nie znaczy, ze trzeba jej odebrac nadzieje. Wbrew pozorom bliska osoba potrafi
        wyczuc, ze sie ja oklamuje, ze cos sie przed nia ukrywa...Chociaz to serce
        powinno podpowiedziec, co robic.

        Tuptus
        • halas1961 Re: w oliczu śmierci 22.04.09, 21:19
          Dziewczynka, ktorej mama napisala ten post powoli odchodzi do Pana i juz wie...
          Jej mama nie musiala nic mowic, ona sama uświadomiła to mamie, że wie. Jest
          bardzo dzielna mimo wielkiego cierpienia. Jej mama tez jest bardzo dzielną i
          kochaną osoba. I taką mamą jaką każdy by chciał mieć. Pomimo, że jest bardzo
          wyczerpana nie odstepuje swego skarbu, swojej ukochanej córeńki. Od czasu do
          czasu czyta nasze wypowiedzi. Każdy by chciał aby w chorobie ktoś z nimi szedł,
          tak jak ona idzie ze swoim dzieckiem.
          Halina-mama Agatki
          • zawsze-zuzia-10 Re: w oliczu śmierci 22.04.09, 22:22
            Jestem z Wami, wiem bo sama przeszłam odchodzenie najbliższej
            osoby.. i wiem jakie to jest trudne.. zycze duzo sił.. Brak słów aby
            przekazac wszytko bo każde słowo jest za małe... Jestem z Wami.:(
          • tuptus110 Re: w oliczu śmierci 23.04.09, 07:33
            Mamo i corko - obie jestescie dzielne. Wierze, ze Bog musi miec w tym jakis swoj
            Plan, bo inaczej takiej niesprawiedliwosci losu nie jestem w stanie pojac, bo w
            takich sytuacjach zawsze cos we mnie krzyczy "Dlaczego?!!!!".
        • halas1961 Re: w oliczu śmierci - do tuptus 22.04.09, 21:22
          Jestes bardzo, bardzo dzielna dziewczyną i tak trzymaj. Jak mówiła zawsze moja
          córeczka:" Nie narzekaj. Ciesz się tym co masz". I ja widzę, że Ty tak właśnie
          starasz sie żyć. Zuch dziewczyna.
          Pozdrawiam
          Halina-mama Agatki
          • justynakm1 Re: w oliczu śmierci - do tuptus 22.04.09, 23:58
            Tuptus!
            Moj ukochany narzeczony Kubus odszedl na raka, mial 33 lata.. tez
            chcial zyc, miec plany, rodzine-takie byly z nas wymarzone polowki.
            z Jego choroba, a pozniej odejsciem, moj swiat sie zmienil, nie
            bedzie juz taki sam, beztroska i radosc mlodej osoby gdzies ulecialy.
            gdyys chciala napisac, pogadac, moze mieszkasz niedaleko? pisz,
            bedzie mu baaaaaaaaardzo milo!
            usciski
            • tuptus110 Re: w oliczu śmierci - do justynakm 23.04.09, 08:27
              W obliczu takiej tragedii, zawsze sie zastanawiam, dlaczego dzieje sie tak, ze
              ludzie odchodza bardzo czesto w najmniej odpowiednim momencie /a czy jest jakis
              odpowiedni moment na smierc? /...Byliscie tacy szczesliwi, mieliscie wspolne
              plany, a potem co? Czlowiek nagle musi nauczyc sie zyc ze swiadomoscia, ze tej
              drugiej-choc pierwszej, bo ukochanej, najdrozszej-osoby juz nie ma. I nie jest
              to latwe.
              Moja ukochana babcia zmarla na raka rok temu.Wiem, byla 80-letnia staruszka i
              teoretycznie z jej smiercia powinnam sie jakos tak latwiej pogodzic, bo przeciez
              juz i tak nie zostalo jej tego zycia wiele...a jednak do tej pory mocno to
              przezywam.Z babcia bylam silnie zwiazana, uwielbialam spedzac u niej wakacje
              jako dziecko i odwiedzac ja jako nastolatka czy juz dorosla osoba...Pamietam jak
              zmusilam babcie, zeby pojechala z siostra na pogotowie - ja mieszkam na drugim
              koncu Polski i nie moglam przyjechac tego samego dnia. A potem siostra
              opowiadala przez tel. jak babcie potraktowano na SORze, a potraktowano
              skandalicznie. Potem razem jezdzilysmy po odbior wynikow, potem do szpitala
              onkologicznego,gdzie...kazano nam czekac bez okreslenia terminu...i panika
              /nasza, bo domyslalysmy sie jak bardzo powazne to jest-nikt niczego jeszcze nie
              mowil/ i dezorientacja babci...a potem inny szpital - bo moze tam uda sie babcie
              zoperowac wczesniej...i nawet pan doktor byl bardzo mily, zyczliwy, spokojnie i
              rzeczowo wyjasnil, ze babcia nawet po tej operacji umrze.I nawet chyba nam
              wspolczul...Strasznie sie wtedy czulam, nie chcialam, zeby babcia umierala w
              cierpieniu, pamietam, ze zastanawialam sie nad tym czy zdazy zobaczyc nasza
              coreczke, ktora miala sie urodzic w marcu /a wtedy byl koniec wrzesnia/...Babcia
              tak sie cieszyla na mysl o prawnusi.Zdazyla ja zobaczyc i nawet czula sie duzo
              lepiej, czula sie tak dobrze, ze wrocila nam nadzieja, ze moze zdarzy sie jednak
              cud...ale on sie nie zdarzyl. Babcia chyba tylko czekala na swoja pierwsza
              prawnuczke, bo pozniej jej stan pogarszal sie w galopujacym tempie..
              Ty na pewno przeszlas jeszcze wiecej i tez musialas dac sobie z tym rade.
              Kurcze, czlowiek, gdy do tego zmuszony, jest mocny.
                  • halas1961 Re: w oliczu śmierci 29.04.09, 13:04
                    Teraz juz moge napisac jej imie -
                    Oleńka odeszla dzis rano o 5.12:(:(:
                    Placze, placze jakby to bylo moje wlasne dziecko. Wierze ze jest juz
                    szczesliwa, ze sie usmiecha i nie cierpi. Wiem, ze moja coreczka po
                    nia wyszla. Wiem, ale mimo to placze....
                    Halina-mama Agatki
                    • bezprzerwy Re: w oliczu śmierci 29.04.09, 14:30
                      Moje ogromne wyrazy wspolczucia dla wszystkich Mam, ktore stracily
                      dzieciaczki.
                      Mamo Agatki, Twoja Corcia napewno wyszla po Olenke. Teraz sa razem,
                      placz kochana, placz jest potrzebny ale pamietaj, ze Wasze
                      dzieciaczki sie do Was usmiechaja!
                        • halas1961 Re: w oliczu śmierci 29.04.09, 15:13
                          Przed chwila skonczylam rozmawiac z mamą Oli i pozwolila mi napisac
                          o kilku sprawach. Olenka chorowala na glejaka mózgu. Mimo wielkiego
                          cierpienia i licznych powikłań, mimo tego że nie mogla juz mowic, do
                          konca byla swiadoma i prawie do konca modlila sie razem z ukochana
                          mamusia. Bardzo dzielną, mądrą kobietą. Ola miala, a wlasciwie wciaz
                          ma ukochanego kota. Kot od poczatku, kiedy Ola musiala sie położyc i
                          juz nie mogla wstawac nie odstepowal jej na krok. Kiedy byly gorsze
                          momenty nawet sila nie mozna go bylo wypedzic z pokoju. W chwili
                          odchodzenia Olenki kot tez byl przy tym. I na pare minut przed
                          ostatnimi oddechami nie patrzyl prosto na Olenke tylko troche w bok.
                          Tam gdzie byla jej siostra. Mial przy tym ogromne oczy. I tak bez
                          ruchu wpatrzony trwal, dopoki Ola nie wydala ostaniego oddechu.
                          Myslimy z mama Oli, ze kot widzial to, czego nam widziec nie wolno.
                          Myslimy, ze Ola zegnala sie ze swoja siostra i jej duch byl w tym
                          czasie juz poza cialem, obok siostry. Dzis snila mi sie Agatka, jak
                          idzie po lace z jakas dziewczyna w podobnym wieku za reke. Na lace
                          bylo pelno stokrotek... I bylam taka zla na siebie i nadal jestem,
                          bo nie pamietam szczegolow tego snu. Zapamietalam tylko to co Wam
                          pisze. Ja w swoich modlitwach, nawet w ostatnia niedziele prosilam
                          Boga o milosierdzie dla Olenki, o skrocenie cierpienia, a takze o to
                          aby moja Agatka mimo iz nie znala ani Oli, ani jej mamy wyszla po
                          nia, aby ja powitala, zeby Ola sie nie bala. I mysle, ze dobry Bog
                          mnie wysluchal... Pomimo wszystko jednak Dobry... Napisze Wam
                          jeszcze, ze Ola odeszlaby moze ze dwa miesiace temu, ale jej mama
                          nie byla na to gotowa. I dpiero kiedy pare dni temu pogodzila sie z
                          nieodwracalnym i powiedziala, dobrze jesli tak ma byc, zabierz ja
                          niech tylko nie cierpi wiecej. Dopiero wtedy Ola odeszla. I jej mama
                          uwaza, ze Ola zostala te dwa miesiace tutaj tylko dla niej... A ja
                          mysle, ze ma racje...I mam nadzieje, ze kiedy zacznie pisac tu na
                          forum, bedziecie ja wspierac tak jak mnie na poczatku i teraz kiedy
                          tego potrzebuje. Moja coreczka tez odeszla w taki, piekny sloneczny
                          ranek.......
                          Halina-mama Agatki
                          • halas1961 OLa 29.04.09, 15:22
                            Olunia odeszła - matka płacze
                            Olunia odeszła - już jej tu nie zobaczę
                            Olunia odeszła - świat stanął w miejscu z rana
                            Odeszła jej córeczka, jej miłość ukochana
                            Olunia odeszła - łzy wszystkie matka wylała
                            I tylko bardzo by szczęścia dla swej córeczki chciała.
                            I tylko ma nadzieje, że Ola już radosna
                            Że piękna i wesoła jak dzisiejsza wiosna.

                            Dla Halinki- mamy Oli Halina-mama Agatki
                                • jower Re: OLa 30.04.09, 09:32
                                  Koty to jakieś magiczne zwierzęta. Widzą więcej, wiedzą więcej...
                                  Mój Krzyś ,kiedy przeprowadził się do Warszawy i po miesiącu poszukiwań znalazł
                                  własny kat - malutką , ale przytulna kawalerkę, pierwsze co zrobił - to ze
                                  schroniska na Paluchu wziął kotkę. Nazwał ją Coma. Miała czwórkę małych - które
                                  oczywiście szybko znalazły nowe domy. Krzyś wziął kocią mamę. Pierwsze tygodnie
                                  była bardzo wystraszona. Kiedy wracał z pracy do domu znajdował ją schowaną w
                                  najdziwniejszych zakamarkach. Ale z czasem nabrała zaufania. Słysząc jego kroki
                                  już stała pod drzwiami czekając na niego.
                                  Kiedy odwiedziłam synka, Coma już była "panią domu". Nawet łóżka nie zamierzała
                                  mi odstąpić. Położyła się w poprzek, zmuszając mnie do kulenia się przy ścianie.
                                  Ale nie o tym chciałam pisać - Coma panicznie bała się samochodu. Kiedy Krzyś
                                  jechał do domu i oczywiście zabierał ją ze sobą - przezywał gehennę w czasie
                                  jazdy. Ona po prostu bez przerwy piszczała ( 6 godzin !!!). Nie pomagały nawet
                                  żadne środki nasenne ani uspokajające. Myśleliśmy, że może to jakieś wspomnienia
                                  z okresu jej życia, o których nie wiemy. A teraz mam wrażenie że to nie
                                  wspomnienia - ona wiedziała...
                                  Mieli wypadek, w połowie drogi do domu.
                                  Zderzenie czołowe z TIRem.
                                  Coma przeżyła, poraniona ze złamaną łapka doczołgała się do letniego domku w
                                  okolicy, gdzie spędziła dwa miesiące. Potem jej tymczasowi opiekunowie zaczęli
                                  szukać dla niej innego domu, bo do swojego w mieście nie mogli jej zabrać. I
                                  dotarli do miejsca, gdzie mój mąż zostawił swój numer telefonu zaraz po wypadku.
                                  Telefon zadzwonił kiedy szliśmy do sądu na sprawę spadkową. Przypadek?
                                  Coma jest u moich rodziców. Praktycznie nie schodzi im z kolan. A na dźwięk
                                  jadącej ulicą ciężarówki panicznie chowa się za fotele....
                                  Koty to magiczne zwierzęta...
                                  Wierzę ,że na Tamtym Świecie i z naszymi pupilami spotkamy się również. Czasem
                                  one czekają tam na nas, czasem, niestety my na nich.
                                  Jola
                                  • justynakm1 Re: OLa 30.04.09, 14:35
                                    Tak, koty sa magiczne. Juz pisałam na tym forum,ze 2 tygodnie temu
                                    bylam bardzo smutna, w piatek nie mialam do kogo wraca po pracy,
                                    nikt na mnie w domu nie czekal, ale czekał Kubus-na cmentarzu. I
                                    płaczac wtedy u Niego, taka byla zrozpaczona, poszłam na spacer i
                                    spotkalam kotka-wiem,ze byl od Kuby,zeby mnie pocieszyc, bo byl
                                    niesmowitym pieszczochem. W ostatniw wtorek taka sama sytuacja -
                                    straszny dół, łzy. Bylam z mama na cmentarzu, a tutaj znów "miau
                                    miau", zza grobu Kubusia wyszedl ten sam kotek!!! i znów sie tuił,
                                    az się popłakałam. Wierze, ze koty mają kontakt ze zmarłymi i sa
                                    swoistym medium.
    • halas1961 Re: w oliczu śmierci 04.05.09, 21:08
      Halinka - mama Oli dziękuje Wam wszystkim życzliwym i dobrym ludziom z całego
      serca za słowa otuchy i wsparcie, za modlitwę... Narazie nie ma siły aby zrobic
      to osobiście, więc pozwoliłam sobie zrobic to w jej imieniu. Dziekujemy...
      Halina-mama Agatki
      • dorrita79 Re: w obliczu śmierci 05.05.09, 16:39
        Wielkie współczucia Mamo Oli. Przeszłaś trudną drogę wraz ze swoją córkę. Ilu
        musiałaś mieć w sobie siły i zaparcia, aby jej w tym towarzyszyć. Jesteś dzielną
        Mamą. Ale teraz już możesz sobie pozwolić na płacz, łzy, na rozpacz, złość. Już
        nie musisz być silna, już nie musisz.... Zostań z nami, bo tu znajdziesz
        zrozumienie, otuchę i wirtualne ramiona, w których będziesz mogła się schować,
        gdy Ci będzie źle. Ściskam
        • hhalka Re: w obliczu śmierci 07.05.09, 12:04
          Bardzo ,bardzo dziękuje Wam wszystkim za wsparcie ,słowa otuchy za
          modlitwę za to że byłyście ze mna.Ogromne podziekowania ślę dla
          Halinki mamy Agatki która miała dla mnie zawsze czas, wysłała w tym
          tragicznym dla mnie okresie 89 listów,w których mnie wspierała ale
          głównie przygotowała do tej chwili.
          Czuję sie psychicznie i fizycznie bardzo żle ,tak strasznie tęsknię
          za Olunią za rozmową z nią za jej słodkim wesołym spojrzeniem.
          Nic do mnie nie dociera nie mogę uwierzyć ,ze juz jej nie przytulę
          nie wycałuje.SZukam jej w tych miejscach gdzie bywała,siedze przy
          jej biurku przgladam książki i zeszyty.Właśnie zdawała by teraz
          maturę.Nie mogę zrozumiec Boga czemu zesłał na nią tą straszną
          chorobę.BOze jak ja bez CIebie będę zyć,gdzie teraz jesteś ,czy tam
          też zdajesz maturę?
          • halas1961 Re: w obliczu śmierci 07.05.09, 13:07
            Moja Kochana Halinko
            Jak Ci mówiłam juz to tak jest, wszystko boli, na nic nie ma siły,
            wszystko wydaje sie bez sensu... Ale Ty jestes na początku tej drogi
            i teraz juz możesz płakać , jeśli jeszcze masz łzy. Teraz już nie
            musisz byc silna. Teraz masz prawo spierać się z Bogiem i wątpic.
            Masz prawo i nie powstrzymuj na siłe swoich emocji. Jesli nie możesz
            spać idź do lekarza, najlepiej do dobrego psychiatry. Ja tak
            zrobiłam. I choć wiem ,że jestes blisko wiary, to jeszcze Ci raz
            powiem za wszelką cenę trzymaj się tej wiary. Nawet jesli ona jest
            teraz słabsza. JA bez wiary, bez tego pisania nie przetrwałabym...
            I nie trzeba mi dziękowac, ja tak bardzo kiedy odchodziła Agatka
            potrzebowałam tego wsparcia, że wiedziałam co Ty czujesz i dziekuję
            Ci I Bogu że było mi dane iśc razem z Twoją Olunią i Tobą tą
            niezwykle trudną drogą. Ja miałam obok siebie Szymonów, którzy mi
            pomagali dźwigać ten niezwykle ciężki Krzyż, więc jakże mogłabym nie
            pomóc teraz innemu człowiekowi. Halinko, Ty wiesz, że zawsze na ile
            potrafię Ci pomogę i przede wszystkim wysłucham.
            Halina-mama Agatki
            • annmaria Re: w obliczu śmierci 07.05.09, 22:27
              Halinko droga Mamo Oli
              Spotkala Cie najokrutniejsza rzecz jaka moze przytrafic sie Matce.
              Nie bede Cie pocieszac bo nie ma slow dobrych slow zeby ugasic Twoj
              bol.. Chce Ci jednak powiedziec ze glrboko wierze w to ze Twoja
              corcia jest teraz szczesliwa ze trafila do miejsca gdzie zawsze
              swieci slonko ze spotkala biskich i oni sie nia zaopiekuja. Ty
              zostalas tu ale Ola pragnie zebys dalej dobrze zyla. Wiem ze to
              tylko puste slowa ale wiedz ze tule Cie z calych sil do serca. Jak
              tylko potrafie. A
          • grazyna1965 Re: w obliczu śmierci 07.05.09, 23:18
            mamo Oleńki, ja też chciałabym Cię mocno przytulić..wiem co czujesz,
            wiem jak ciężko Ci jest. Tylko tyle mogę. Moja Patrynia odeszła 15
            miesięcy temu, wciąż myślę,że to jest jakiś film, że to nie dotyczy
            mojego życia, że zaraz się obudzę i Patrynia będzie ze mną.Ale mija
            kolejny dzień, kolejny miesiąc a ten horror trwa nadal. I budzę się
            czy tego chce czy nie. Chcę żebyś wiedziała mamo Oli, że jest gdzieś
            też taka matka jak Ty, cierpiąca, z krzyżem tak ciężkim, że wydaje
            się nie do udźwignięcia. Ale dźwigam go, tak jak wiele innych matek.
            Tulę Cię mocno mamo Oli
            Grażyna,mama Patryni
            • jower Re: w obliczu śmierci 08.05.09, 08:25
              Mamo Oleńki
              Jest nas tu tak wiele na tej drodze krzyżowej. Krzysiu zginął tragicznie - tak
              jak Patrynia , córka Grażyny. W jednej sekundzie zawalił się świat. Nagle ,
              niespodziewanie. Tęsknię za nim już 21 miesięcy. Ze stratą dziecka nie można się
              pogodzić, ale, chociaż nie wiem sama jak - można żyć.
              Przytulam najserdeczniej
              Jola - mama Krzysia
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka