endy-wia
26.08.09, 21:02
Witam,
może nie jest to temat na konkretnie to forum,ale czytając Was myślę, że jesteście odpowiednimi osobami by coś mi doradzić,oto moja historia:
Jesteśmy razem 4 lata, mam 28 lat, on jest młodszy 4 lata.ja mam stałą pracę, on jeszcze jest studentem, jestem jego pierwszą dzioewczyną, własciwie był jescze w szkole sredniej jak sie pzonalismy i zeszlismy.rok zylismy na odleglosc, bo ja studiowalam w innym miescie.potem on przyjechal na studia tam gdzie ja, zamieskzalismy razem. mieszkamy juz 3 lata ze soba. bylo wszystko swietnie.mam kilka zwiazkow za soba, ale nigdy nie czulam tego co czuje z nim. a on jest dobrym czlowiekiem, byl przy mnie zawsze na dobre i zle, a jestem osoba trudna do wspolzycia.byl zawsze dla mnie, zawsze mi oddany. stawal na rzesach by szybciej skonczyc studia, by moc samoedzielnie nas utrzymac, bym mogla spokojnie urodzic nam dziecko i je wychowac bez odmawiania sobie nizcego. myslelismy o naszej pzryszlosci, o slubie... i nagle dowiedzialm sie, ze spotykal sie z kims. to byla jego kolezanka ze studiow. on jest bardzo spokojna, rozsadna osoba.wrecz typem samotnika -idealisty.ona raczej typem rozwzreszczanej imprezowej dziewczynki. dowiedzialm sie o wsyztkim przez przypadek, kiedy przeczytalam smsy od niej.dodam, ze nie bylam latwa do zycia osoba, a to glownie wynikalo z moich obaw o nasza przyszlosc, o brak wiary w to,ze spotkalam tak dobra osobe, ze byc moze jestem jego pierwsza dziewczyna i to byla tylko fascynacja, zauroczenie, chociaz sama w to chyba nie wierzylam...ale to powodowalo moje zachowanai typu nie odzywanie sie, jakies przykre slowa, wyzwiska pod jego katem...on to znosil,plakal,zapewnial ze jest pewien siebie i nic w zyciu nie chce zmieniac. gdy sie dowiedzialam, dlugo rozmawialismy, nie szczedzilam wyzwisk,wyrzucilam go z domu, pokornie wysluchal,pokornie sie spakowal...wkoncu po spokojnej rozmowie wyjasnil mi wsyztko.kiedys ona napisla mu jakiegos smsa, niewinnego, odpisal jak kumpeli z grupy, i tak jakos doszlo do kilkurozmow po szkole, spacerow, wyjscia na herbate i jednego pocalunku. twierdzi ze to ona zaczela, ze go pocalowa, ze ona go wyciagala na pogaduchy, wierze mu, bo znam go na tyle, by w to wierzyc. prosil, blagal o szanse, dalam mu ja, choc moje zaufanie bylo juz tak znikome, ze nie potrafilam racjinalnie sie zachowywac.codzien awantury,pobicia(tak,to ja go bilam),wyrzucanie z domu,przeczekiwal w aucie, po czym wracal nad ranem kiedy mu pozwolilam, wracal i prosil o wybaczenie, mial wtedy sesje, blagal by mogl sie odrobine pouczyc, nie umialm sie z tym pogodzic, czasem bywal dzien kiedy byl spokoj, ale generalnie ten miesiac to byl jakis koszmar.zaraz po tym jak dowiedzialm sie o tych smsach zadzwonil do niej przy mnie i wyjasnil, ze ejst ze mna w stalym zwaizku, ze mielismy gorsze chwile i akurat ona w tym czasie nawiazala z nim znajomosc, ale zeby sobie za wiele nie wyobrazala i ze nie chcial by tak wyszlo.nie zrozumiala tego chyba,bo bylo kilka smsow z pretensjami, na ktore on nie odpowiedzial, bo stwierdzil ze be sensu z kims takim wchodzic w dyskusje.
po miesiacu wyjechalam na tydzien za granice. w tym czasie mial chwilowo zablokowany telefon,nasz kontakt byl tylko na gg i smsmy z bramki. na wyjezdzie napislam mu ze to koniec(w sumie co drugi dzin tak mu mowilam,dlatego wyrzucalam go z domu),nawyzywalam mu okrutnie prze caly czas, pislam okropne rzeczy i ze po moim powrocie ma go juz nie byc. wrocilam,zaczal sie pakowac, ale zatrzymalam go w sumie sila.nastepnego dnia stwierdzil ze powinnismy ochlanac i wyprowadzil sie na dwa dni.wrocil i poprosil bysmy jzu normalnie zaczeli zyc i ze nie pragnie niczego oprocz tego o czym marzylismy i do zcego dazylismy pzrez te lata wspolnie spedzone. zgodzilam sie po kilku dniach kzrykow,bicia i jego spania na podloze przy mnie jak wirnego psa. za tydzien dowiedzialm sie ze podczas mojej nieobecnosci spotkal sie z nia jescze kilka razy, pomogl jej w jakis zadaniach,i mial nowy numer do tel(karte jak twierdzil kupil bo mu zablokowali tel, ale jednak nie pwoeidzial mi o niej).wtedy jak sie wyprowadzil byl z nia na piwie. niby ona czegos znowu ozcekiwala ale na nic jej nie pozwolil. jak sie o tym dowiedzialam drugi raz, przylozylam mu tak obrzydliwie ze mial podejrzenie wstrzasu mogu.opiekowalm sie nim pzre tydzien. obecnie nadal to pieklo trwa. wyzywam go i robie okropne rzezcy.on plazce i blaga o szanse o litosc.
mozecie mnie skarcic za moje zachowanie, ale nie potrafie zapanowac nad soba,jestem tego swiadoma, chce isc do lekarza po jakies uspokajacze.ale nie tego tyczy sie moj post.
prosze o rade, co ja mam robic? kocham go. wiem to i jestem tego pewna. i bylam pewna ze on tez mnie kocha.to dobry czlwoiek,poswiecil mi wiele,byl na kazde moje zawolanie.znosil wsyztsko.ale mimo to nie umiem zrozumiec jak mogl az tak sie zatracic,by powtornie, pomimoze po pierwszym razie obiecal ze nie zrobi mi krzywdy , oszukal mnie swiadomie i celowo. ogolnie ostatni czas byl trudny dla nas obojga. trzeba podjac powazne kroki, planowalismy wspolne zycie, wiem ze on sie tego bal, wiem ze naciskalam na wiele rzeczy, on probowal sie w tym odnalezc. wiem,ze mlodego chlopaka moze pzrerazac dorosle zycie, wiem ze oczekiwlam od niego bardzo bardzo wiele, ale wlasnie dlatego mu ufalam bo wierzylamze podola, ze sie stara, ze tego chce. nie ufam mu teraz. to co teraz trwa to pieklo. nie potrafoe sie pozbierac, przyjac do wiadomosci ze byl w stanie skrzywdzic swoja najblizasza osobe, wiem ze nią bylam nadal jestem. on zawsze stronil od ludzi,nigdy nie byl na imprezie studenckiej,z kumplem na piwie, nie ze mu bronilam, nawet sama go wyciagalam, nie chcial, twierdzil ze ma wsytztko zcego mu trzeba w naszym kacie.idlatego tak trudno mi to pojac, czemu ona tak mu zaimponowala?napisla mi list, ze tak naprawde przytloczyla go ta doroslosc, ze sie gdzies pogubil, a ona taka beztroska panienka jakos odciagala go od rzezcywistosci, ze wydawalo mu sie ze my pomalu sie oddalamy,ze zawsze bylo jakos mniej problemow i on nie mogl sie pogodzic ze sa miedzy nami jakies zgrzyty, ze myslal ze tak wyglada koniec...napisal, ze nic nigdy dla niego nie znaczyla, ze nigdy nie przestal mnie kochac i jest pewny ze ze mna chce spedzic zycie...tylko ja nie potrafie zzyc z ta swiadomoscia. nie umiem tego przetrawic. nie ufam mu. co mam robic?jak zyc?jak zapomniec?codzien wracam do tych sytuacji. po kilka godzn rozmawiamy, wypytuje o najmniejsze sczegoly,analizuje..to jest chore, jak zyc?kocham go, boje sie ze wkoncu on tego nie wytrzyma i odpusci. nie chce tego,ale nie potrafie zmienic swojego nastawienia,a bez tego nic nie bedzie lepiej.prosze Was o porade...i jecsez jedno, do osób,ktore byly tymi zdradzajacymi...czy naprawde mozna tego az tak zalowac, czy moge mu zaufac ze po tymw sytzkim juz nigdy tego nie zrobi? nie umiem w to uwierzyc, skoro drugi raz wpakowal sie w to samo...moze jak juz raz sie sprobowalo to jest sie do tego po prostu zdolnym,ma sie to we krwi? nie chodzi głównie o zdrade,ale o to ze skrzywdzil mnie swiadomie,pomimo ze dostal sznse by wsyztko naprawic...wiem,ze on jest młody,zcasem sobie tłumacze,ze moze lepiej jak spróbował"czegos innego"niz ja, ze utwierdzil sie ile dla niego znacze, ale czy nie powinien sie o tym przekonac zaraz po tym pierwszym razie?czy w ogole trzeba sie przekonywac w ten sposob ile druga sooba znaczy?boje sie zawierzyc mu swojego zycia, a nie chce po prostu sprobowac,ze moze sie uda moze nie,ale jak mialabym mu przysiegac przed oltarzem?jak mialabym uwierzyc w jego przysiege? chce spokojnegoz zycia, rodziny, czekalam na niego tyle lat...moze to pierwszy znak,ze trzeba sie rozejsc?ze po slubie czekalby nas tylko rozwód?ale jestem idealistka, wierze w jedyna milosc, i jestem pewna ze on nia jest.nigdy nikomu nie ufałam, oprócz niego...
mam tysiece pytan i watpliwosci,ale nie chce jzu przedluzac, wszytskim ktorzy cokolwiek doradza z calegos erca dziekuje..