serwispodlasia
24.12.05, 21:56
byłem wtedy w pierwszej klasie podstawówki.
Do dziadków na kolacje wigilijną schodzili się z całej ul. Mickiewicza i
rodzina. Dziadkowie mieli już trzy córki zamężne i dwóch synów żonatych, to i
swatowie z rodzinami przychodzili. Dom duży, drewniany pękał w szwach.
Kobiety przynosiły ze sobą rarytasy wigilijne. Mężczyźni zaś "przemycali”
siwuchę. "Przemycali", to może za mocno brzmiało, bo wtedy nie było
alkoholizmu takiego, jak obecnie. Alkohol piło się dwa razy w roku na święta.
Kilkadziesiąt osób w jednym domu, to trzeba było i kolędować i golnąć sobie
ukradkiem dla zdrowotności.
Zwyczaj był taki, że do pasterki nikt do swego domu nie wracał. W całym domu
aż huczało. W dużym pokoju stoły poustawiane jak do wesela, suto zastawione
potrawami wigilijnymi. W sąsiednim pokoju przy żywej prosto z lasu
przywiezionej choince dzieciarnia bawiła się nowymi zabawkami. Nie były to
czasy takie jak teraz, że wszystko w sklepach jest na wyciągnięcie ręki.
Zamiast cytrusów jadało się gruszki i jabłka - specjalne okazy trzymane na
Boże Narodzenie. Ale nie o tym chciałem opowiedzieć....
Był u dziadków zwyczaj staropolski, że na pasterkę szli wszyscy razem i
wracali do dziadków śpiewając kolędy. Dopiero wtedy zaczynała się prawdziwa
gościna.
To Boże Narodzenie było ostatnim takim wesołym i hucznym. Utkwiło mi w
pamięci z powodu jednej sytuacji, która miała miejsce w kościele w czasie
pasterki.
Po powrocie do domu dziadków wszyscy narzekali, że Karmel (jeszcze wtedy nie
był parafialnym kościołem) jest mały i ciasno było. Kobiety piszczały, że
ktoś im nogi podeptał. Wtedy wstał mój dziadek Karol (bez oka, bo w czasie I
wojny światowej jako 14-15latek eksperymentował ze znalezioną amunicją w
ognisku i stracił je) i rzekł tak: „a mnie to wcale nie było ciasno, nawet
powiem, że luźno całkiem i dobrze się śpiewało”.
Dziadek śpiewał ładnym i donośnym głosem. Więc babcia powiedziała, że na
pewno za głośno śpiewał i dlatego ludzie od niego odstąpili na boki, mimo
ścisku.
Dziwiło mnie to dlatego, że dziadek był znanym i lubianym człowiekiem. Przy
domu dziadków była studnia, w której poili konie wjeżdżający do Bielska od
strony Narwi i wyjeżdżający z miasta rolnicy z okolicznych wsi. Każdy z nich
lubił dziadka, bo nie żałował nikomu nigdy wody, nawet Cyganom z Sobótki.
Kilka lat później, gdy na wigilię w latach 80-ch zjechała się do moich
rodziców cała rodzina (bracia z żonami i narzeczonymi oraz dzieci), matka
moja zaczęła wspominać tamte wigilie z czasów, gdy żył dziadek. Zapytałem
wtedy - bo przypomniało mi się tamto zdarzenie z pasterki, dlaczego wszyscy
narzekali na ciasnotę, a dziadek nigdy.
Matka odpowiedziała, że gdy dziadek głośno śpiewał w kościele,
to „nieministerialny wychucha” z jego rozśpiewanych ust był mocniejszy od
perfum kobiet. Dlatego odstępowano od dziadka na krok. Robiło się luźno wokół
niego, ale ciaśniej dla innych.
Oczywiście nie miało to żadnego znaczenia dla mego światopoglądu, co zaraz
byłoby tematem szyderstw niektórych z dążących mnie odwzajemnioną „sympatią”
forumowiczów. Dzisiaj proponuję, aby każdy opowiedział ciekawą historyjkę
związana z Bożym Narodzeniem. Mam nadzieję, że niektórzy forumowicze nie
powtórzą swoich opowieści(?).
Aha i dołączam życzenia:
Wszystkiego najlepszego, a przede wszystkim zdrowia na ciele i umyśle i czego
jeszcze sobie życzycie podwójnie.