lechowski51
29.01.09, 15:53
..pogrzebie Grecje?W Polsce kryzys,w Grecji plona ulece a tu rozmowy o
zuczkach.Linkuje ten tekst z nadzieja ze nik sie odezwie...
A czy państwo może się rozpaść? Oczywiście, historia zna takie przykłady i
niekoniecznie są to przykłady z epoki faraonów czy archontów. W 2001 roku – w
czasie masowego bankructwa banków – faktycznie rozpadła się Argentyna, a ulice
Buenos Aires i innych miast przekształciły się w pole bitwy demonstrantów,
band, kibiców. Policja uciekła przed rozwścieczonymi tłumami. Ulice
argentyńskich przemieniły się w prawdziwy hobbesowski świat stanu natury:
mordobicie, napady, gwałty.
Identyczne zjawisko obserwujemy ostatnio w Grecji, gdy upadł porządek prawny,
policja wycofała się w panice do koszar, a na ulicach panują uzbrojone bandy,
napadające ludzi, rabujące sklepy i podpalające samochody.
Grecki przypadek jest bardzo ciekawy, gdyż pokazuje niezdolność
demokratycznego rządu do zaradzenia sytuacji wyjątkowej. Śmierć 15letniego
anarchisty stała się początkiem zamieszek, które ogarnęły cały kraj. Siły
policyjne uciekły przed demonstrantami, którzy opanowali ulice wszystkich
greckich miast i z pianą na ustach rzucili się do grabieży i demolki. Do
miejscowych anarcholi dołączyły z politycznym poparciem partie lewicowe,
strajk generalny ogłosiły lewicowe centrale związkowe, a samolotami, statkami
i samochodami z całej Europy zaczęły przyjeżdżać z „bratnią pomocą” tłumy
anarchistycznych i antykapitalistycznych bojówkarzy lub zwykłych chuliganów
żądnych ulicznej rozróby.
Zacznijmy od tego, że zastrzelenie 15letniego anarchisty nie jest powodem do
wstydu dla rządu i policji. Jeśli kilkudziesięcioosobowy tłum zaczyna rzucać w
radiowóz kamieniami, to policjanci powinni wysiąść i przejechać po motłochu z
automatu. Wszelkie inne zachowanie jest odbierane jako oznaka słabości. W
chwili gdy wybuchły zamieszki, rząd popełnił katastrofalny błąd: aresztowano
„sprawcę morderstwa”, zaczęto przepraszać i cofać się. Widząc słabość,
anarchiści od razu urośli w siłę. Słabość rozzuchwaliła ich. Jeśli bowiem rząd
i policja raz cofnie się przed tłumem, wtedy będzie po chwili musiała cofnąć
się kolejny raz, a potem kolejny. Przykład Ludwika XVI dowodzi, że władza
cofająca się zawsze kończy na gilotynie. Słabość zawsze rozzuchwalała motłoch.
Karzący miecz władzy zawsze budzi jego szacunek!
Centroprawicowy rząd Kostasa Karamanlisa powinien się podać do dymisji. Ale
nie dlatego, że domaga się tego szabrujący na ulicy tłum, ale dlatego, że w
chwili sytuacji krytycznej całkowicie się skompromitował. Żenujące zerkanie w
słupki sondażów poparcia doprowadziło ten gabinet do słabości, polityki
zwątpienia i defetyzmu. Zamiast pierwszej nocy, przy pomocy wojska i policji,
zmiażdżyć protestujący motłoch, rząd zachwiał się, okazał słabość, dopuścił do
sytuacji, gdy tłum zbrojny w kamienie i kije wygrał walkę uliczną. Cofając
się, rząd stał się godny jedynie pogardy. Jeśli rządząca Grecją Nowa
Demokracja ma innego lidera, to natychmiast powinien on zastąpić premiera,
który okazał słabość. Jeśli nie ma, to za kilka tygodni rząd powinien podać
się do dymisji. Należy rozpisać nowe wybory, gdyż rząd utracił swoją
legitymowalność i wiarygodność. Oddajcie lewicy władzę, skoro umiała ją wziąć
– wy nie jesteście władzy godni! Na Węgrzech lewicowy premier Ferenc Gyurcsány
w 2006 roku nie zawahał się posłać policję aby zmiażdżyć prawicowych
demonstrantów chcących obalić rząd. Towarzysz Ferenc Gyurcsány to polityk nie
z mojej bajki, ale okazał się godny sprawowania władzy i zalegitymizował swoje
panowanie polityczne, okazując stanowczość wobec protestującej prawicy.
Warto zresztą wskazać na nowatorską tendencję w wielu zachodnich krajach
unijnych: gdy do władzy dochodzi polityk kojarzony z prawicą, rozpoczyna się
fala najpierw medialnej, a potem fizycznej agresji. Ogłasza się, że „faszyzm
no passaran” i lewactwo kompletnie ignoruje wyniki wyborów. Spotkało to min. –
skądinąd bardzo mało prawicowego polityka - Nicolasa Sarkozy’ego w 2007 roku.
W Stanach Zjednoczonych lewactwo i czarne przedmieścia zapowiadały walki
uliczne, gdyby wyborów nie wygrał Obama.
Nie należy ignorować podobnych sygnałów. Wskazują one, że lewica przechodzi do
nowego etapu wykluczania ze sceny politycznej. Przez ostatnie kilkadziesiąt
lat wykluczano z niej – jak „faszystów” – katolików, nacjonalistów,
monarchistów, autorytarystów. Odbywało się to przy cichej akceptacji tzw.
centroprawicy, czyli prawicy koncesjonowanej przez lewicowe salony i media.
Teraz rozpoczął się kolejny etap: salony i media - posługując się wyrostkami,
anarchistami, kolorowymi i zwykłymi bandziorami – przeszła do „oczyszczania”
sceny politycznej nawet z tej pseudoprawicy w rodzaju Sarkozy’ego czy McCaina.
W Polsce media podobnie „oczyszczają” scenę polityczną z pseudoprawicowego
„kaczyzmu”. Kiedy i u nas czerwony motłoch wyjdzie na ulicę z koktajlami
Mołotowa i kamieniami w garści, krzycząc „faszyzm no passaran”?