czarka77
24.08.06, 11:36
To straszne, jak nas widzą...
„Wiesiek Paluch, mój Boże. (...)
O Wieśku wszyscy mówili, że zrobił karierę i złapał Pana Boga za nogi. Był na
podwórku kimś z innej parafii. Przyjechał z rodzicami z jakiejś zapadłej
suwalskiej czy białostockiej prowincji. Długo nie mógł się dostosować, zawsze
pozostawał kimś z boku, i zdaje się, że to go bardzo bolało. (...) Po liceum
dostał się na jakąś filologię, skończył studia bez wyróżnień i dzięki
niejasnej sytuacji (...) został asystentem. (...)
Skończyło się tak, jak się skończyć musiało – Wiesiek wyleciał z hukiem, a
żeby przeżyć, dorabiał sobie handlem naręcznym na bazarze (...). Ostateczny
kryzys przyszedł mniej więcej wraz z przemianami ustrojowymi i Wiesiek,
trochę ku własnemu zaskoczeniu – ale dzięki dawnym, zawsze profitującym w
przełomowych momentach znajomościom – wylądował w redakcji pewnego
stołecznego miesięcznika. No i okazało się, że ma talent, to znaczy jest
błyskotliwy, agresywny, chamski w stopniu w sam raz kwalifikującym go na
czołowego felietonistę pisma. (...) Potem jeszcze awansował i został nawet
kierownikiem działu kultury. Jego podwładni szczerze go nie cierpieli.
Wiesiek pił nawet w pracy (...). Po szesnastej nie było sensu z nim gadać, bo
następnego dnia i tak już nic nie pamiętał. (...)
Z czasem Wiesiek odkrył w sobie prawdziwy talent literacki (...). Dostał
jedną nagrodę, drugą, wreszcie otrzymał Pegaza, najbardziej znany laur
literacki w kraju.
Wtedy testosteron uderzył mu juz całkiem do głowy. (...)
Wiesiek, choć zadomowiony w stolicy, na zawsze pozostał prowincjuszem (był to
jego kompleks, który zresztą skrzętnie wygrywał w felietonach, pisząc często
o sobie per „chłopak z Hajnówki”)...”
Jarosław Klejnocki, "Przylądek pozerów", Warszawa 2005, s. 74 i dalsze
www.merlin.com.pl/frontend/towar/405106